Przy okazji ostatnich świąt Bożego Narodzenia rozpisałem sie na temat paranoiczności potraw na wigilijnym stole. W skrócie chodziło o to, że większość z nich jest tak niezjadliwa i niewypiwna (kompot z suszu – fuj!), że tylko ten raz w rocku pojawiają sie na stołach, by zaraz z nich zniknąć i przez pozostałe 365 dni nie pamiętać o tej traumie.

         Tutaj Wielkanoc ma kolejną przewagę, bo zestaw śniadaniowy – w  odróżnieniu od wigilijnej kolacji – jest niezobowiazujący i dotyczy luźnego spektrum mięsiw i sałatek. W zasadzie są tylko trzy konieczne potrawy: jajca, żurek i biała kiełbacha.

         O ile jajca to jajca i nie ma co na ten temat pisać, żurek też jest tak neutralny, że w zasadzie każdy go bez problemu wciągnie, to skąd w tym zestawie się wzięła biała kiełbacha?!

         Nie cierpię tego syfu na równi z flakami! Nie cierpię niczego, co mi się nie rozpływa w ustach i zostawia po sobie niezgryźliwe kawałki ścięgien, żyłek, stawów, czegokolwiek! Z tego powodu głębokie obrzydzenie budzą we mnie wszelkie mielonopochodne!

         Z białą kiełbachą na czele.

         Która na wielkanocnym śniadaniu koniecznie musi być! Bo Jezus sobie tego życzył, czy co?!!! Podobnie jak tego wigilijnego szajsu!

         No więc podjarane pod sufit gospodynie domowe (ach te tradycyjne, przedświąteczne porządki, pełne napięć i złości!) obowiązkowo muszą muszą zapodawać to, co ich przodkinie i co wydaje im się przedwieczne. A że taka biała kiełbacha, to co najwyżej od XVIII wieku, choinka od XIX, a grudniowy karp to wynalazek PRL? Nieistotne! Kobiety działają szablonowo, a gdy szablon ma w sobie coś ceremonialnego, to już jest radość wielka!

         A zaiste, Wielka Noc to święto radości, więc radujmy się, przymknijmy oko na te drobne przeszkody, a owe białe ścierwo, przy pierwszej lepszej sposobności rzućmy psu (o ile bydle będzie to chciało zeżreć), lub zwyczajnie wywalmy za okno – coś dzikiego i głodnego zawsze to z radością wciągnie: na przykład jakiś bezdomny cygan.

        I z tym radosnym akcentem życzę wam niezłej polewki w poniedziałkowy ranek… 

 

 

15 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      Naprawdę arcyciekawa ta historia.

      Skromny kaznodzieja imieniem Jezus, tak zaszedł za skórę miejscowym kapłanon, że postanowili się go pozbyć. A że nie mieli uprawnień do jego fizycznej likwidacji (także religijnie), więc odesłali go do sfrustrowanego pobytem na zadupiu, wśród maniaków religijnych, Poncjusza. Ten, po stwierdzeniu niewinności odesłał go z powrotem. Wszyscy chcieli się Go pozbyć, ale nikt nie chciał Go skazać i zlikwidować.

      Więc naturalnie i ostatecznie trafił znowu przed oblicze Piłata.

      Ten przyparty do muru i wierny prawu (czymże jest dziś prawo?) chciał go uwolnić…

      Ale ostateczne słowo miał lud.

       I słowem motłochu skazano Go na śmierć.

       Nie przypadkiem wybrano ten lud. Jak żaden inny jest wierny słowu – nawet do dzisiaj. A że słowo jest największym mordercą – także wtedy to udowodnili. W innych, bardziej dzikich rejonach by Go zwyczajnie zaciukano przed początkiem nauczania. Tu musieli tak kombinować, by pozbyć się odpowiedzialności (jakże to żydowskie!), aż w końcu osiągnęli swój cel.

       A w tłumie to zawsze łatwiej – na tym polega ten fenomen, że słowem mas rządzi ten, kto pierwszy zapoda temat. Jak padnie hasło: "Na krzyż z nim!" , to nikt nie odważy się krzyczeć co innego. Gdy zaczną krzyczeć: "Uwolnić Barabasza", no to w sumie nawet nic złego… A że od tego zginie ktoś niewinny? W tłumie lepiej się nie wyróżniać, nie myśleć i lepiej nie kombinować. Odpowiedzialność teoretycznie żadna.

       Teoretycznie.

       Oni tam jeszcze krzyknęli: „Krew Jego na nas i na dzieci nasze”. Piłat umył ręce…

       Minęło dwa tysiące lat, tłum rozproszył się i siedzi przed telewizorami. Nie krzyczy: robią to za niego dziennikarze i politycy. Ale tłum się robi coraz starszy, czas televizji manipulacyjnej jest policzony, więc wyje na najwyższych obrotach, niczym ZSRR przed upadkiem! Nie ważne z której strony! Tłum jest tradycyjnie tępy i strachliwy, tłum jest tubą przywódców (wystarczy zapodać temat).

        A raczej tłum był, bo nagle technika rozpieprzyła odwieczny system i pozwoliła się odseparować, jednocześnie będąc w skupieniu.

        Dlatego internet jest taką solą w oku rządzących!

        I za wszelką cenę chcą go ujarzmić!

        Bo w wolnym internecie może przetrwać tylko prawda.

        Ale czymże jest prawda?

 

 

 

           Konstruując wczorajszy wpis, zapomniałem o jednej kluczowej kwestii, która mnie do tego skłoniła.

           Nazywa się Krzysztof Skiba.

           Koleś (zasłużony cokolwiek w rozpieprzaniu komuny) przypiął się automatycznie do akcji hasztag-nauczyciel-coś tam, ale przy okazji pierdolnął sobie dość sporą petardę w odbyt.

           Więc zacytuję: 

"Krzysztof Skiba nie ma wątpliwości, że warto stanąć po stronie nauczycieli. Podał mocne argumenty.

- A dziś? Jestem za strajkiem, bo bywa, że nauczyciele zarabiają mniej niż robotnik niewykwalifikowany, który rowy kopie. I to jest skandal. Ciężko za to godnie żyć."

       Ale czemu ten skromny, drobny, niepozorny, pogardzany przez elyty robotnik niewykwalifikowany ma zarabiać mniej?!

          Rowy też są potrzebne i ktoś je musi kopać!

          A jak robi to dobrze i – w przeciwieństwie do całego systemu szkolnictwa – ma to uzasadnienie ekonomiczne, to niech nawet płacą mu w złotych sztabkach, a resztę wydają brylantami!

          Tu przy okazji wyciekła z mainstreamu (z niego ostatnio tak cieknie, jak ze starego szamba – co się zresztą dziwić?) coraz mniej skrywana pogarda do praktycznie wszystkich poza nim. Wręcz segregacja klasowa! Taki nowoczesny podział na kasty. Źli są ci z prowincji, ci parający się ręczną robotą (zwani dawniej fizolami), a nadludźmi są właśnie ci z mainstreamu, którzy za cholerę nie przyjmą do wiadomości, że ich dotarcie na szczyt było o wiele łatwiejsze, niż takiego chociażby kopacza rowów. Że coś im się udało, że ktoś ich przepchał, że mieli zwyczajne szczęście, itp.

          Oni już się wykreowali, jako nowoczesna arystokracja. Ot tak, samozwańczo.

           Ale panie Skiba, mi by się nigdy nie wyrwało tak z pogardą odnieść się do prostego człowieka. Ja ludzi poczciwych zwyczajnie, po chrześcijańsku szanuję: czy to śmieciarz, łopatowy, młotkowy, pani sprzątaczka, czy babcia klozetowa. 

          Więcej!

           Obserwując, ilu ludzi z tytułami i ze świecznika, to zwyczajne głąby, pozerzy i ściemniacze, z całą mocą gardzę właśnie nimi!

           Bo żeby wymagać szacunku do siebie, trzeba wpierw obdarzyć szacunkiem wszystkich dookoła.

           Dlatego szczam sprężystym moczem na te nauczycielskie pasożyty i śmietankę ich popierającą.

 

21 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

          Chodzi oczywiście o obecny strajk samozwańczej ętelygencji – czyli nauczycieli. Grupa owa żyje od lat w jakimś równoległym świecie, kompletnie oderwanym od rzeczywistego. Ci ludzie są niemobilni, nieelastyczni i zazwyczaj przerażająco tępi. Tu trzeba też dodać, że zawód ten (nie żadne powołanie!) sfeminizował się w ostatnich latach praktycznie w 100%!

          Kto nie wierzy, niech wpadnie na najbliższy univerek, na te pedagogiczne wydziały, a ujrzy taką masę wymuskanych ciach, że grozi to zawałem penisa! Na ogół te ciacha pochodzą z zapadłych wioch i zostały tam wysłane z krwawicy swych rodzicieli – a jak już we wcześniejszych wpisach wspominałem, wysłanie córki na takie studia, to gwarancja jej staropanieństwa i bezdzietności (wnuków nie będzie!). Spora oczywiście ich część, wspomaga się finansowo, użyczając swych pięknych ciał za pieniądze, by dociągnąć do magisterki. Oczywiście o tym szczególe się nie dowiecie, ponieważ nabralibyście sporych wątpliwości w oddawaniu swych pociech w ręce takich ciał (pedagogicznych już).

          One oficjalnie kreują się na lepsze od niedouczonego motłochu, ponieważ nie posiadają ABSOLUTNIE ŻADNYCH innych cech dodatnich, oprócz wyoranej magisterki (o czymś takim ongiś śpiewało Lady Pank w piosence "Mniej niż zero", ale wtedy zwykła matura była więcej warta od dzisiejszych studiów). To jest ich sens życia, cel i spełnienie. Więc nie potrzebują już ni rodziny (bo każdy facet niegodny i ma wady), ni praktycznie właściwie niczego, co trapi ludzi doczesnych. One po tych studiach, niczym kule bilardowe, wpadają do odpowiedniej szkoły, gdzieś tam w pobliżu sprawiają sobie maluśkie mieszkanko (koniecznie z kotem!) i z naturalnym przekonaniem, że raz podjęta praca, w jednym miejscu, jest jak wstąpienie do zakonu: czyli do śmierci. One będą same cierpiały, a swoje komplexy, braki umysłowe i złość wyładowywały na biednych dzieciach.

           Po czym orientują się (z nudów zazwyczaj), że za bycie taką matroną edukacji, ostoją wiedzy i kagankiem oświaty należą im się o wiele większe pieniądze, a jako że o życiu zwyczajnym nie mają ABSOLUTNIE żadnego pojęcia, więc kwestie średnich zarobków, średnich ludzi i ogrom pracy na to poświęconej, równie ABSOLUTNIE ich nie interesuje.

           No i naturalnie rozpoczynają strajk.

           Temat ten nie wart by był niniejszego wpisu, bo już został mocno rozjechany w internecie, a i media mainstreamowe zaczynają się powoli odwracać, ale…

           Ale nagle ruszyła akcja pod hasłem hasztag coś tam popieram i wywaliło całą masę celebrytów z nieodłącznymi karteczkami i tak sobie poczytałem…

          Więc praktycznie jeden w jedną podają te same "argumenty" (?): a bo mnie tam kiedyś uczyła/uczył ktoś tam od czegoś (wtedy jeszcze zdażali się nauczyciele – mężczyźni) i byli wspaniali i przekazali mi ogrom wiedzy, etc. 

          A i owszem! Nawet dzisiaj tacy się zdażają! Tyle tylko, że to coraz mniejsza mniejszość.

          Cała reszta nie nadaje się nawet do łopaty, bo nie potrafiliby obsługiwać tak skomplikowanego urządzenia, a poza tym świat zewnętrzny (olaboga – inna praca!) dla nich nie istnieje, więc okopali się na swych z góry straconych pozycjach i dokonali tak wspaniałego strzału w kolano, że już wkrótce publiczne przyznanie się do bycia pedagogiem będzie równoznaczne z przyznaniem się do pedofilii. 

          Więc od dzisiaj każdemu nauczycielowi bez krępacji powiem w twarz, że jest zwyczajnym pasożytem

          I wszystkich zachęcam do tego samego!           

 

 

 

 

 

 

       Więc w roverze swym zamontowałem takowe i skłaniając się ku sugestii sąsiada stwierdzam, że działają dość pobudzająco na kierowców, albowiem ci widząc z daleka coś mrugającego na niebiesko, naturalnie zdejmują nogę z gazu i zaczynają jeździć normalnie, a nawet mnie przepuszczają na przysługującym mi z zasady przejeździe!

       Potem się pewnie dziwią i wkurwiają, że jakiś pedalarz (tak to ci dojczszrotowcy zwą takich jak ja) zrobił ich w bambuko.

       Ogólnie jest jakaś niezrozumiała nienawiść (ja ją rozumiem – bo to komplex biedaka, co się owego szrota dochapał) do roverzystów.

      I nie zaprzeczam – jakieś 1/3 kolarzy to idioci, których naturalnym celem jest zginąć na drodze.

      Tyle że podobne proporcje obowiązują także wśród pieszych i kierowców.

      Różnica jest zasadnicza jednakowoż: pieszy i roverzysta jest zagrożeniem sam dla siebie, a kierowca debil to potencjalny morderca.

      I z tym faktem nie zamierzam dyskutować.

16 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

         Są trzy polskie nazwiska, które pod każdą szerokością geograficzną w mig każdy załapie: Jan Paweł II, Lech Wałęsa i Robert Lewandowski.

         JP II był właściwym człowiekiem, na właściwym stanowisku, skupionym na zwalczeniu komunizmu i jego agonalnych drgawkach, między innymi w Ameryce Południowej i Afryce. Doskonały polityk (papież to głównie głowa państwa, a raczej głównie rzeszy jego wiernych poddanych, równie wiernych swojemu krajowi – co jest kompletnie niezrozumiałe na przykład dla Chińczyków!). Co jeszcze ciekawsze, teoretycznie, do niedawna kardynałem i potencjalnym papieżem mógł zostać każdy katolik, bo to kwestia urzędnicza, a nie mistyczna. Nie przypadkiem papieży nie wybiera się spośród biskupów – takie dwutysiącletnie zabezpieczenie). Sęk w tym, że ów JP II tak się skupił na polityce, że zapomniał o ogromnym homosexualnym lobby w kościele i naturalnie związaną z tym pederastią i pedofilią, co po latach odbija się ogromną czkawką (kompletnie ignorowaną przez polskich biskupów, co skończy się równie naturalnie, za parę lat totalną sraczką).

         Lech Wałęsa. Bufon, debil, pionek w rękach UB. Ma nawet swój port lotniczy, pisany bezpiecznie bez wężyka pod "e" , by obcoziemianie się nie trudzili (a co z japończykami, hindusami, hebrajczykami i tajami?!). Koleś, który w miarę życia coraz bardziej oddala się od ziemii – ale jest wciąż znany.

         Lewandowski, rzecz dziwna, sporo się wyrobił w miarę grania, ale od poziomu Messiego, czy Ronaldo dzieli go wciąż przepaść.

         Tyle że tych trzech uznaje się u nas za nietykalnych i świętych (ten pierwszy nawet formalnie!). Właściwie tylko z Wałęsy kręci się bekę, bo sam się już tak pogrąża, że po prostu inaczej się nie da!

         Chodzi o to, że większość, napędzana mainstreamem, myśli że to jest jakiś produkt exportowy, że Polska coś zyskuje na znajomości tych trzech osób, czy cuś w tym stylu?

         Absolutnie nie!

        To bez znaczenia!

        Wolałbym te prawie czterdzieści milionów absolutnie anonimowych obywateli, świadomych swej wartości, żyjących w solidnym kraju, niż napędzanie swej wartości przez tą masę owymi trzema osobami.

        Coś tu jest na odwrót.

        I tak wygląda ów komplex polski (między innymi). 

70 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

          Najłatwiej można określić, z kim mamy do czynienia, po tym, jaką rozrywkę preferuje. Czasy mamy takie, że możliwości są w zasadzie ograniczone tylko zasobnością portfela, ale z odrobiną fantazji można i to przeskoczyć.

          Na przykład turystyka. Zdecydowana większość za swe marzenie uzna dwutygodniowy pobyt w jakimś Egipskim hotelu za jakieś 5 koła, w zasadzie bez możliwości czegokolwiek poza tam przebywaniem, i to jeszcze w szczycie sezonu - czyli kiedy tam jest total patelnia (ci odrobinę mądrzejsi jeżdżą tam zimą i po powrocie chociaż robią wrażenie naturalną opalenizną, ze sporymi oszczędnościami w portfelu)!.

          Warszafki marzeniem i jej xerokopiami jest nie wiedzieć czemu Podhale, wraz z centralnym jego punktem, czyli owym Zakopanem. Na samą myśl o góralach (czyli mieszaninie naprutego, prostego, sepleniącego człowieka z owcą), wyciągających ręce po dutki od jakichś frajerów dostaję dreszczy! To gorsze od zacnego horroru! To miejsce nie oferuje niczego poza pozerstwem w tłoku!

          A jest sporo alternatyw.

          Choćby coś bardziej na zachód, czyli Dolny Śląsk, który odwiedziłem w ostatni weekend, wraz z wizytą w Czechach, a to wszystko za ćwierć ceny tego, co bym przerypał w owym zakopcu.

         Więc wybierając bazę wypadową chociażby w zamku Czocha, mamy w okolicy Karkonosze, wraz z nielimitowaną liczbą tras narciarskich i busem gotowym na nasze zachcianki. Mnie akurat zsuwanie się w dól na jakichś dwóch sztachetach, lub jednej desce do prasowania nie bawi, ale rozumiem i szanuję ludzi, którzy tego potrzebują.

         Mamy tam niedaleki Frydlant, wraz z zacnym zamkiem i naprzeciwko położonym równie zacnym browarem z rozsądnymi cenami (można płacić w złotówkach!).

        Mamy tam totalnych świrów z zamku w Świeciu, którzy wbrew wszystkiemu, z kupy kamieni postanowili odbudować zamek (w technice średniowiecznej!). Mamy tam posmak tajemnicy, dobre zaopatrzenie…

        Więc co gna lud pędny w miejsca pełne trzody, jak owe Zakopane?

        Ano to samo, co dżdżownice w wilgotną glebę. Takie proste, zwykłe – trzeba tam być, bo są już inne.

        Sam dzieciństwo spędziłem w turystycznej, nadmorskiej miejscowości, gdzie na tych walących tłumnie w sezonie (poza sezonem – w przeciwieństwie do owego zakopca była to totalna dziura) mówiliśmy z sarkazmem: "stonka".

         Więc te robaczki – jak ich tam zwał – wybierają cel spędzania wolnego czasu według zasad stadnych. Ba! Są tacy, co to czas wolny przeznaczają na nic zupełnie!

         A jak zwykle można inaczej.

         To już nie jest kwestia tego, że można inaczej.

         To kwestia świadomości i chęci, że tak można.

         Ale skoro ludzie chcą być bezkształtną masą skupioną w jednym miejscu, to po co to kwestionować?

         Więcej miejsca dla nas!

 

        

         

30 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

         Większośc facetów ma ogólnie skromne potrzeby, za wyjątkiem ich hobby. Więc wiekszośc tych normalnych - nie zgejowanych – nie przykłada zbytnio uwagi do ubrania, wyglądu mieszkania, lub też własnego wyglądu… Znaczy ta normalna większość chce chodzić w czymś wygodnym, fajnym i czystym, chata ogólnie nie ma być porośnięta pajęczynami, a i spora część (jak ja) przykłada się do utrzymania uzębienia w stanie pozytywnym – bo zły zgryz i ubytki w szczęce to natychmiastowa oznaka obciachu. Typowy facet większość swoich przychodów naturalnie wydaje na używki i owe hobby (każdy jakieś ma – w przeciwieństwie do bab). Wędkarstwo, majsterkowanie, fura, gitary, sprzęt RTV, czy inne aparaty do filmowania, czy fotografowania, itp. Tu faceci mają hopla i w swoją pasję są w stanie zainwestować ile się da!

        Jest w tym jakieś współzawodnictwo, ale w konfrontacji na ogół – a właściwie zawsze – kończy się to wesołą imprezą, typu: kto więcej złowi, kto lepiej zagra, zrobi lepsze zdjęcie, lepiej spali gumy, wystruga coś fajniejszego, itp. No i oczywiście po wszystkim obowiązkowy, niezobowiązujący ochlaj.

        Babska nasze niewyżyte podchodzą do tego inaczej. 

        Praktycznie wszystkie muszą mieć lepiej od koleżanek! Większa chata w lepszym terenie, lepsze mebelki, fura też nie byle jaka, ciuch lepszego sortu i facet także musi być xięciem z bajki (jurny, przystojny i wrażliwy – w zasadzie same wykluczjące się na wzajem cechy ogólnie)!

        I one na takie duperele wydają wszystkie pieniądze (+ kredyty) i to w zasadzie one nie dają żyć spokojnie, bo zawsze mają jakiś cel, ku któremu lecą! A jak kończy się jeden, to wyznaczją następny.

        I tak bez końca, aż dostaną alzheimera.

        Weźmy takie zakupy zwykłe.

         Facet je robi normalnie, czyli kupuje to co chciał kupić + ewentualnie zobaczył coś, o czym marzył, było potrzebne i zapomniał i w tym stylu.

         Kobiety zaczynają od plusów i potem wracają z siatami nikomu niepotrzebnych towarów, na które i tak wydały więcej, niż na normalne sprawunki (+ to co miały kupić).

         Zróbcie wy tak mężowie rachunek sumienia i podliczcie, ile niepotrzebnych rzeczy jest w waszym domu i ile one kosztowały?

         Jeszcze gorzej z ubraniami! Tego są całe szafy i wszystko w okazyjnych cenach!

         Kosmetyki: tu można mnie zaprowadzić do każdej łazienki z zamknietymi oczami i od razu stwierdzę, czy tam mieszka kobieta. Na to wydają majątek! Czasem całkiem słusznie, bo lepiej zamaskować paszteta. Ale to za każdym razem jest i tak wariactwo, bo facetowi jest potrzebny krem do golenia, coś po goleniu i dezodorant. One tam mają całą encyklopedię popkultury (za w sumie ogromną zawsze kasę) + nieodłączne pranie. Prawdziwy facet pierze, zmywa i sprząta, jak naprawdę musi i potem jest fajnie. Kobiety ciągle. Widać są notorycznie źle zorganizowane?

        Znaczy wiem… Jest spory odsetek kobitek, które te wymienione wady wykazują w stopniu minimalnym i ogólnie ciągną ten płużek na ugorze, nie wymagając zbyt wiele w tym styranym dziejami najbliższymi kraju.

        I tym właśnie kobitkom życzę wszystkiego najlepszego z okazji tego socjalistycznego święta!

        Reszta niech spierdala jak najdalej!

37 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

         Obecnie teorią prowadzącą jest asertywność, która zakłada zatwardziałe dążenie do obranego z góry celu (sławie, karierze, szmalowi i tym podobnym bzdurom). To idea nowa i całkowicie utopijna, bo zakładająca, że tylko całkowite skupienie się na dążeniu do owego sukcesu w końcu się spełni i nastąpi raj na ziemii. Oczywiście pułapką jest fakt, że tylko nieliczni ów sukces osiągają.

         Reszta cierpi i się wyczerpuje.

         Alternatywą jest stoicyzm.

        Najlepszym przykładem są himalaiści i inni wspinacze, którzy zakładają sobie, że muszą zdobyć szczyt.

        Stoik stwierdza, że chce tam wejść.

        Niby drobna różnica, a dokumentnie wywraca sposób myślenia…

35 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

           Subiektywnie patrząc, sen od zawsze był dla mnie czymś wręcz najważniejszym, czasem nawet mieszającym się z rzeczywistością (paradoxalnie – używki wyzwalające innych z realiów życia, pozwalają mi wytrwać w owej "rzeczywistości"!). Spanie, zajmujące zdrowemu osobnikowi około 1/3 wegetacji w ciele materialnym, przez zwolenników asertywnego, pełnego sukcesów życia, jest ogólnie uznawane za stratę czasu (tego skromnego – góra stuletniego). Więcej! Spora część trzódki ludzkiej, prąca przez swoją (ułomną) czasoprzestrzeń, nie pamięta nawet swych snów i uważa je za bezsensowną stratę owego skromnego, danego nam, tu na ziemii żywota.

            Tak oczywiście nie jest.

            Olewanie sprężystym moczem 1/3 całego życia jest co najmniej ignorancją!

            I to dopiero jest nieekonomiczna strata czasu!

            Sen trzeba docenić.

            Od maleńkości.

            Co niestety w obecnym czasie nie jest normą i owych maluchów snu się pozbawia wręcz sadystycznie!

            Otóż stary model rodziny, gdzie to mąż (też rzadkość w obecnych, luźnych związkach) zajmował się utrzymaniem rodziny, a żona, tak naturalnie, gdzieś do trzeciego/czwartego roku życia chowała dzieciaki, jest już w zasadzie cieniem przeszłości. Więcej! Obecnie sporo kobiet, na kierowniczych stanowiskach (wbrew bzdurnym hasłom głoszonym przez feministki – kobiety zarabiają TYLE SAMO co mężczyźni!) zarabia więcej od swoich mężów. I co naturalne, więcej czasu spędzają w robocie. Drugą grupę stanowią pracownice zwykłe, fizyczne, słabo opłacane, które to przed 6 rano muszą swoje dzieciaki gdzieś wyexpediować.

            O ile ta pierwsza grupa da się swym dzieciakom wyspać chcociaż do 7 rano, by potem pozostawić je w swym najbardziej chłonnym wieku, na pastwę obcych ludzi w jakichś przechowalniach, do wieczora, o tyle te drugie mnie wprost przerażają!

            W zasadzie nie ze swojej winy – bo życie kosztuje, a życie w Polsce postPeeReLowskiej kosztuje podwójnie/potrójnie/poczwórnie – niepotrzebne wykreślić.

            Więc te poranne (w sumie nawet nocne) wyrobnice, budzą regularnie swoje pociechy (?!) o 3 – 4 rano, by zapierdalać wózkiem gdzieś tam, gdzie to dziecko przetrwa do ich powrotu. 

            To żadna ściema! Widzę to przez okno, wstając o 5 rano na pierwszą zmianę! Dla mnie, dorosłego człowieka, wstawanie o 5 rano już samo w sobie jest cierpieniem, ale jaką katastrofą dla wykluwającej się dopiero psychiki musi być zrywanie w środku nocy i przerywanie owych, tak ważnych snów (czy tam nowocześnie zwanych faz REM)!

            Zapierdalając w tym wyzwolonym od ustalonych reguł świecie, powoli, acz nieuchronnie doczekamy się pokolenia tak zestresowanego, z tak skrzywioną psychiką, że dzisiejsza gimbaza, hipsterzy i pederaści będą przy nich ostoją normalności!

             A to wszystko przez tak ignorowany obecnie sen…

 

 

            PS   Kompletnym paradoxem jest, że w czas ferii, czy wakacji, dla dzieciaków praktycznie nic sie nie zmienia (bo rodzice nie mają urlopów), ale za to wolne mają nauczycielki (bo to zawód już praktycznie w 100% sfeminizowany) i to te stare panny mogą sobie bez przeszkód podróżować, imprezować i zalegać w barłogach chociażby do południa!

 

 

47 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Kategorie

Użytkownicy na stronie

Aktualnie online: 4

Stronę odwiedziło

000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 18.234.111.56

Kontakt

Your name
Your email
Enter your message
Enter below security code