Podniszczeni tatusie, z puszeczkami w wózkach

Młode plastiki o zrypanych gustach

Buziaczki, papatki, córy swej matki

Notoryczni bezrobotni

W tanich szmatdresach

Bojowi do czasu

Aż załapią stresa

Przemądrzali emeryci

Fachowcy od mediów

Cwane dupki w wieśwagenach:

To jest polska makarena!

Jestem aminokwasem

Co martwi mnie czasem

Bywam ludziem przednim

Przedludziem nawet

Czasem się podludziwam

By ludziom się dziwić

Patrzę i podziwiam

Nieprzemyślane czyny

Tej zmęczonej czasem 

Przetrąconej krainy

To polska makarena!

Tutaj każdy tańczy

Co rusz jest orkiestra

Wodzirej samozwańczy

Bądź służną papużką 

I wywijaj nóżką…

 

 

7 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

 

     Praktycznie od półwiecza, każda dekada ma swoją muzykę wyznaczającą bunt wobec otaczającego świata i niejednokrotnie mającą kluczowy wpływ na historię. Więc:

  1. Zaczęło się toto w latach 60 niejakimi hippisami. Podpierając się swoją zaangażowaną, acz równocześnie mdłą i denną muzą, odmienili jednak świat i można to nawet nazwać rewolucją (sexualną – ale zawsze!). Ciekawy jest jednakże późniejszy los owych młodych buntowników – bo jakże podobny do obłudy ostatnich na tej liście hip-hopowców. Otóż po wyrośnięciu i pokończeniu szkół, praktycznie całe to zbuntowane pokolenie zamieniło się w potulnych, opakowanych w garniaki japiszonów, twierdzących że dorośli i teraz czas robić globalne MFW, zamiast jakichś tęczowych zadym.
  2. Potem były punki (70/80). Ich bunt był dobry, bo praktycznie nieokreślony i nieokiełznany, jak ataki obecnych terrorystów islamskich. Można było od nich dostać w najmniej spodziewane miejsce. Nokautowali system – waląc go w jądra. Co jeszcze fajniejsze: w przeciwieństwie do hippisów, którzy albo się zaćpali, albo przeoblekli w garniaki, punkowcy zostali sobą do końca i jeśli nawet wprasowali się w tryby jakichś korporacji, to rzucają się w oczy swoją dozgonną odmiennością.
  3. Lata 90 to czas metali (nie, nie grungu - to tylko przelotne coś). To mocno zaangażowana, fanatyczna, nierefolmowalna i ograniczona jednocześnie intelektualnie grupa, która przez swą zatwardziałość równie szybko zanikła…
  4. …bo została zwalczona właśnie przez dresiarzy/hip-hopowców. Powiem szczerze, że już po końcu dekady miałem nadzieję, że owa moda, wsparta "muzą" padła na ryj i trzeba czekać na co innego, ale nie. Hop-hip wciąż trzyma się mocno.

          Co to owóż jest?

          Na pewno nie muzyka, bo ponad 90% prymitywów tworzących bity pod bełkot rapera, zwyczajnie nie ma pojęcia o muzie, słuchu, wyczucia rytmu, talentu i innych składowych niezbędnych do tworzenia tej pięknej sztuki. Mają tylko kompy z odpowiednimi programami i czasami klawisze, w które walą losowo i namiętnie, aż się coś nie ułoży.

         Ale oczywiście najważniejszy jest bełkoter, który z totalnym, emocjonalnym zaangażowaniem, godnym dojrzewającej gimnazjalistki, wyciska z siebie "buntownicze" texty, w których przodującym tematem jest: jarajmy trawę, jebmy policję i trzymajmy się zasad (?!).

        Z tego co się orientuję, te mondzioły w większości wciągają mefedron (bo tani i ogólnie dostępny).

         Z tym hasłem "JP na 100%" są wprost pocieszni, jak jakieś upośledzone downy! Bo gdy te "P" się za nich zabiera, to zwyczajnie robią w pieluchy, ewentualnie gdy wpadają w kłopoty, to sami drepczą pośpiesznie do owych "P" po pomoc. I są w tej akcji po prostu żałośni, jak zbuntowane, małe dziewczynki.

         Zasady? Pierwsza i podstawowa: gnębić słabszych i innych – WSZYSTKICH innych! Świat dresa ma się składać z samych dresów, a oprócz hop hipu nie ma lecieć nic innego – monotematyczność jak w Korei Północnej. Ale ci "wokaliści" mają powszechną tendencję do pouczania wpatrzonego w nich dresiarskiego plebsu, typu: "Zrób coś ze swoim życiem" , "Weź się za siebie", "Nigdy się nie sprzedawaj" , "Bądź wierny (swoim ideałom?)" , itp, itd. ...

       …po czym , jak ostatnie kurwy, gdy tylko się odkręci kureczek z kasą, wbijają się w garniaki, luxusowe fury, rozkręcają biznesy (najczęściej odzieżowe) i baaardzo szybko zapominają skąd przyszli!

      Podsumowując: rozwrzeszczani jak baby, rozemocjonowani jak przedszkolaczki, "mocni" w stadzie jak samice, fałszywi jak ostatnie kurwy.

      Ktoś, kto ma tyle żeńskich cech, musi być przynajmniej kryptogejem (A! Nad wyraz starannie te drescioty dbają o swój wizerunek zewnętrzny – jak baby!)

18 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      Kto rano wstaje.. ten się nie wysypia.

      Oszczędzaniem i pracą… ludzie się wykańczają.

      Kto ciężko pracuje… ten szybko umiera.

      Kto zdrowo żyje… ten smutno żyje.

      Ucz się ucz… a i tak skończysz smażąc frytki.

      Od ciężkiej pracy można dostać jeno garba (i paść koło pięćdziesiątki na zawał, czy inny udar) . Wstając skoro świt, tracimy bezcenną rzecz – jaką jest sen. Uprawiając sporty, zużywamy tylko organizm, a im bardziej wyczynowo je uprawiamy, tym szybciej organizm się niszczy – niczym służbowy samochód handlowca. Nie warto. Spokojni starcy żyją dłużej i lepiej. 

      Od maleńkości, po polskości, z pradawnym, sanacyjnym zwyczajem, wprasowuje się nam bzdury odwrotnie proporcjonalnie do wyżej wymienionych.

      Że mamy się zrywać o poranku, zapindalać, oszczędzać, męczyć się na siłowniach, fitnessach, czy innych sprintach (z kijkami, czy bez), po to, żeby…

      No właśnie?

      Po co?

      Każdy z nas, świadomie, czy podświadomie, chce zaznać trochę szaleństwa, a całą resztę życia spędzić w błogim lenistwie.

     Bo to lenistwo i szaleństwo jest naszym naturalnym stanem, wszczepionym w umysł ludzki przez Boga, lub naturę (do wyboru).

     Pozostałość – choć pożyteczna, bo popycha do przodu cywilizację – jest zaprzeczeniem człowieczeństwa.

     Dlategoż ci z wielkich miast i korporacji, tak radośnie i emocjonalnie reagują na kontakt z dziką przyrodą i spokojem odludzi.

     Bo wracają do korzeni.

     Z drugiej strony, gdyby trzymać się korzeni, nie byłoby rozwoju.

     Więc jak żyć?

     Nie przesadzając!

     Ani w jedną, ani w drugą stronę…

16 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Plebsu jest tak z 50 % (w zależności od szerokości geograficznej – w miejscach dalekich i bezludnych bywa więcej). Plebs jest wynikiem niedoczytania, niedouczenia i… strachu! Strachu przed odtrąceniem przez otaczający, przeważający w swej masie plebs.

      Plebs słucha prostej muzy – na przykład disco polo, i nawet ma czelność porównywać ją z country! To tak jak porównywać gówno z budyniem. Budyń może nie jest najsmakowitszy, ale jednak wolę GO.

      Plebs nie czyta – plebs ogląda (najczęściej prymitywne TV).

      Plebs się "zna" i nie dopuszcza do głosu krytyki.

      Ale najgorsze: 

      Nasz, polski plebs się nie buntuje, nie organizuje, on od ćwierćwiecza daje się po cichu dymać, bo do pustego łba intelektualnego plebsu nie dociera prosty przekaz: w masie siła!

      On woli kupę od budyniu…

      Plebs "zna" się na polityce – choć polityka wprost szcza ze śmiechu, widząc jak ów plebs jest przez nią dymany!

      Plebs "zna" się na ekonomii, co polega na tym, że zapierdziela za grosze, wisząc na kredytach, niczym samobójca (ewentualnie spieprza za granicę, robiąc za parobków).

     Najgorzej, gdy w ten plebs zostaje się wprasowanym, niejako nie ze swojego wyboru i z zaciśniętymi zębami trzeba go tolerować (bo dyskusja mija się z jakimkolwiek celem). Jeszcze gorzej, gdy owa plebsowatość jest promowana przez establiszment* i kupowana przez ogół jak normalność (chociaż są miejsca, gdzie na przykład można wypromować coś normalnego – jak owe country, nie dając miejsca na inne badziewie!).

     No wtedy prędzej, czy później coś musi w człowieku pęknąć, bo w końcu zdasz sobię sprawę, że otaczają cię nie ci ludzie, co trzeba!

     A! Plebs intelektualny nie jest powiązany ze stopniem wykształcenia, miejscem pracy, czy statusem społecznym!

     Broń Boże!

     To stan umysłu – a raczej jego braku.

     Koleś zaiwaniający na roli, niejednokrotnie jest mądrzejszy od profesora (lub profesorki). Nie licząc już stad "magistrów" robiących burgery w paszarniach i klnących na swój los.

     Plebs kąsa odszczepieńców, plebs daje się zarzynać przez panów, plebs się nie zmienia, bo już tak został uformowany…

 

 

 

 

* Wiem – inaczej to się pisze, ale wolę tą wersję :)

19 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

         Tak się składa, że zakupy często robię w osiedlowej biedrze, a to z powodu tego, że w sumie najbliższy jest to mi sklep (wystarczy przejść przez ulicę). A jako że jest dziesiąty – czas wypłat, to zaroiło się w owej marketce od klientów.

         Znaczy jest jakaś kryptobida, skoro w czas wypłaty robi się tłoczno w marketach i pod bankomatami?

        Ale nie o tym.

        Bezcenna przed chwilą obserwacja dotyczyła chłopka jakiegoś i jego partnerki, którzy wałęsali się między półkami. Mianowicie owa babka o dość wrednej mordzie, wydała mu komendę niczym psu: "Zostań!!! Idę coś tam poszukać!".

       I chłopek posłusznie stanął, z koszyczkiem w ręku, czekając na swoją panią.

       Nie zawył, nie zaszczekał…

       Gdyby mu nakazała: "Siad!", to by usiadł posłusznie.

       Czyli zwykła pizda – nie chłop.

       Otóż przynajmniej 3/4 kobiet prze przez życie według naturalnego scenariusza, układając sobie świat podłóg swoich nędznych umysłów, co tylko i wyłącznie powoduje kłopoty, a zyski są nieadekwatne do strat.

        Zostało to nawet naukowo wyartykułowane, z precyzją matematyczną, brakuje tylko odpowiedniego wzoru! Wystarczy ino kliknąć.

        Jestem mizoginem, acz nie z urodzenia, a z doświadczenia. Doświadczenie owe przekonało mnie, że facet to facet, twór prymitywny, którego celem jest wydymać co się da, a jak się zabuja to już na amen! Choć sporo tych zabujanych ma dość dziwne gusta i tępota, brzydota, ni tusza ich "miłości", nie przeszkadza im w akcji, a czasami (a nawet często!) jest plusem. Uznaje to za kolejne, nienazwane jeszcze zboczenie (zboczenia to czysto męska przypadłość), bo koleś który uznaje TYLKO tłuste, głupie, lub inaczej uszkodzone baby (na przykład inwalidki), to stuprocentowy zbok!

       Co potwierdza staropolskie powiedzenie, że każda potwora znajdzie swego amatora.

       Przy okazji: najbardziej rozpierdalają mnie pary, w których on ma dwa metry, a ona jeden. Teoretycznie taka partnerka nadaje się do ssania pały i postawienia jej w tym czasie kufla na głowie. No ale głupota maxymalna jest nawet dla mnie nie do ogarnięcia!

       Odwrotnie jest u babeczek. Tam praktycznie w 9 przypadkach na 10, motorem jest wyrachowanie (co jest zacnie opisane w wyższym artykule). 

       Babki ciągle kombinują, nie angażując się emocjonalnie, a bardzo łatwo oszukując otoczenie. Paradoxem jest, że praktycznie jedna w jedną zasłaniają się romantycznością, właściwie jej nie posiadając w stopniu nawet podstawowym! Bo właściwie tylko faceci potrafią z zabujania totalnego popełnić najgorsze głupstwo!

      Jeśli kobieta czyni głupstwo, to po głębokiej analizie przez swój płytki umysł – co głupstwo od razu wyklucza niejako z definicji.

      Tylko facetów stać na pełne wariactwo z powodu emocji.

      Kobiety na ogół emocje tylko pozorują, z tak aktorską fachowością, że powinna zostać ustanowiona nowa kategoria Oscara za tak dobrą grę!

      To opowieść o tym, jak nadmiar uczucia może zwichrować psychikę i zniszczyć życie rodziny i otoczenia takich wariatów i pozorantów.

     Ale jest metoda na te fałszywe suki, którą to my, faceci, także dostaliśmy od natury, acz zbyt rzadko jej używamy.

     To kompletny chłód emocjonalny, obserwacja, głęboka i inteligentna analiza sytuacji, oraz celna strategia okiełznania owego cipiastego potwora, którego to właśnie cipka jest jednym z celów naszego życia (ach ta niepokonana natura, zwana dawniej grzechem pierworodnym!).

20 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      Do badań statystycznych przeważnie używa się ponad 1000 ludków, z których podobno mozna wykroić jakiś prawdopodobny obraz ogółu (o ile ankieter, ankieterowani i zarządcy ankietersów nie lecą w kulki).

     Ja tam wolę bezpośrednie obserwacje i własny, subiektywny, acz prawdziwy obraz sytuacji. Obecnie posiadam taki niemal na codzień, albowiem sukcesywnie obijam się w firmie zatrudniającej prawie 4000 ludzi wszelakiego autoramentu, więc:

  • Są odpowiadające mitowi blondynki o IQ żaby – takie chodzące nieszczęścia…
  • Przerośnięte kaszaloty – dzieciate, mężate i udające dojrzałe kobiety, a w bezpośrednich odsłuchach wychodzące na zatrzymaną w rozwoju gimbazę (tyle nieistotnych plotek i niepotrzebnego zainteresowania nie swoim życiem).
  • Geje i lesbijki, ukryci lub nie, w stopniu śladowym – jak to w społeczeństwie.
  • Innej maści zboczeńcy – na przykład maniakalni wielbiciele motoryzacji.
  • Drobni dilerzy w liczbie przynajmniej pół setki.
  • Tudzież narkomani pomnożeni przynajmniej czterokrotnie.
  • Drobne cwaniaczki i złodziejaszki, na przykład dorabiający sobie po godzinach w sklepach odzieżowych w okolicznej galerii (kociewskiej).
  • Nawet rdzenni zagraminiczniaki (Holendrzy i Austriacy na przykład).
  • Lenie, nieroby i pozoranci – acz ci ku swemu zdziwieniu szybko odchodzą.
  • Ambitne, acz durne skurwysyny i kurwy, które równie niespodziewanie tym postępowaniem robią godną siebie "karierę" - złoty materiał na kadrę zarządzającą średniego szczebla (TYLKO do majstra), bez możliwości dalszego awansu, z czego nie zdają sobie sprawy, bo kierownictwo potrzebuje durniów TYLKO do dyscyplinowania pracowników – jak kapo w KL. Wyżej już są potrzebni mądrzejsi.
  • Głuptaki niezdolne ogarnąć najprostszych spraw (typu powiadomenie firmy o swojej nieobecności), dzięki którym mogliby się migać przez wieczność w takim kombinacie – a tak odlatują ku swemu zdziwieniu i śmiechowi na sali.
  • Wariaci i psychopaci (to moja podgrupa;)
  • Liczna ilość szarej masy – takie robaczki bez istotnego znaczenia dla ludzkości – jak w ogóle.
  • No i wbrew pozorom można z tej kolorowej masy wyłuskać całkiem sporo (acz nie za dużo) ludków inteligentnych, a nawet jest szansa spotkać kogoś mądrego!

34 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

     Jeszcze pociągnę temat muzyczny. Jako że mieliśmy do czynienia ze spędem młodzieży wierzącej i praktykującej, pod hasłem ŚDM, to przy okazji urozmaicono tą imprezę muzyką spod znaku krzyża. Ciekawą miejscami, acz zazwyczaj nudną i mdłą. Amerykańce koloru czarnego wymyślili sobie gospel. 

      OK.

      Muza typowo koncertowa, energetyczna, do łyknięcia – ale tylko w odpowiednich okolicznościach ( na przykład na ichniej mszy).

      Ale nie do słuchania na płytach!

      Jakieś 80 % muzy natchnionej Duchem, tak i u nich, jak i u nas, to kawałki rzępolone na gitarce akustycznej, wywyte przez solistkę, pod texty typu: "On jest moim Panem", "Bóg jest wielki", "Czuję tą moc", itp, itd…

      Czyli delikatnie mówiąc wyrzyg.

      Ale można inaczej, i tego nie zaprezentowano na ŚDM!

      Chociażby nasza Armia z Budzyńskim na czele, który to był jednym z prekursorów punk rocka w Polsce! Na koncertach "Siekiery" , jak głosi legenda, odstawiono pierwsze pogo w Polsce.

       Drugim kolesiem jest niejaki Litza, ze swoim zespołem Luxtorpeda wystrzeliwującym w przestrzeń swoje mocne przesłanie, w mocnej otoczce.

       Jeszcze parę by się znalazło takich powykrencańców w samej Polsce, o proweniencji chrześcijańskiej, których muza NAPRAWDĘ powala na kolana!

       Ale może być i mocniej!

       Jest odmiana chrześcijańskiego metalu!!!

       I brzmi to naprawdę zacnie!

       Chociażby taki "Demon Hunter".

       Więc czego tego nie było na owych Dniach (choćby i gdzieś obok?).

       Czasy mamy pełne możliwości wyboru, więc czemu się wyklucza z kwestii prochrześcijańskich kapele o większym pierdolnięciu?!

       Gdyby ojciec Tadeusz Grzyb z Torunia, postawiłby na taką drogę promocji, to NATYCHMIAST kupiłby sobie młodzież całego kraju (czyli całą Polskę!).

        Bo i raperów by się znalazło sporo, zmierzających w tym kierunku.

        A tak te stare pierdy, stawiają na smęcące pierdy, które kupują inne, moherowe pierdy…

        A talenty się marnują…

40 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

         Z wielką pompą i poszumem medialnym, w czas szalejącego po zachodzie Europy (praktycznie już codziennie!) ISLAMSKIEGO terroryzmu, rozpoczęły się kolejne Dni Młodzieży (ŚDM), wymyślone i zrealizowane przez naszego, słynnego polityka, występującego pod inicjałami: JP II. Obecnie kontynuuje tą tradycję jego następca, o inicjałach F 1 (ewentualnie versja 0.1). Franek owy, podpada chrześcijańskim i konserwatywnym radykałom i jest wprost proporcjonalnie uwielbiany przez levactwo, za swoje dość, że tak powiem, "merkelowskie" podejście do kwestii tak zwanych "uchodźców", zalewających gnijącego trupa Europy. 

       Uchodźcy ci, prawdziwi, niestety są w zdecydowanej mniejszości, wobec trzonu desantu na Stary Kontynent, który to stanowią jawni i ukryci (fałszywe dane osobowe) wrogowie chrześcijaństwa, białej rasy (to nie nazizm! to stwierdzenie faktu!), jej kultury i obyczajów. Najczęściej to agresywni analfabeci w wieku poborowym, z umysłami zamroczonymi Koranem i bredniami równie prymitywnych imamów – co jest jakże podobne do postępowania bolszewików zarażonych komunizmem (jakieś dobre ponad 100 milionów ofiar w prawie 100 lat – za rok będzie okrągła rocznica Rewolucji Październikowej).

        Więc jeśli tenże Argentyńczyk nie jest ukrytym wrogiem Starego Kontynentu, zwykłym głupcem (to raczej niemożliwe – Jezuici to elitarna jednostka duchowieństwa), lub ukrytym czcicielem Złego (obecnie nazywanego allelachem), to stawiam na PEWNE informacje z samej góry, do których sama góra kościoła ma dostęp, a które to przewidują scenariusz ostateczny, gdzie resztki niedobitych i niewyskrobanych autochtonów europejskich, w końcu zgotują inwazyjnej, kolorowej mieszance los gorszy od holokaustu, zakończony jakąś nieokreśloną apokalipsą ze strony Chin, Rosji, czy USA.

        Bo do tego w końcu doprowadzą nieuchronnie głupawi, ignoranccy i zdziecinniali swoją naiwnością politycy, ich media i posłużne im służby mundurowo/prawne!

        No chyba że to nie głupcy, a cwaniacy realizujący swój mroczny plan?

       Tyle że w ich imieniu przemawiają szczerzy, acz skończeni debile, zwróceni maxymalnie w levo – jak chociażby ten wczorajszy profesor (!) z Superstacji, który pod niebiosa (w które pewnikiem nie wierzy?) zachwalał możliwość interakcji Polaków (którzy Kraków natenczas masowo opuścili, przerażeni tłumami i możliwościami zamachów) z multikulturową, wesołą mieszanką młodzieżową, z dokumentnie całego świata. 

       Że to niby nauczyłoby tą zaściankową, tępą, polską oczywiście trzodę chlewną, szacunku i tolerancji do innych.

       Tyle że ten utytułowany wysokonaukowo kretyn, nie wspomniał o tym, że ten wesoły, młody, kolorowy i wielojęzyczny tłumek, jest praktycznie w całości chrześcijański i katolicki.

       Gdyby na ŚDM przybyła podobna liczebnie rzesza kolorowych pokurwieńców spod znaku allelacha, zalewających obecnie NASZ kontynent, to z Krakowa, okolic, a nawet z Małopolski, nie pozostałby kamień na kamieniu!

       Oczywiście przy życiu pozostałoby parę blondwłosych, wziętych w jasyr, miejscowych słowianek, namiętnie gwałconych przez tych kozo i wielbłądojebców ku czci ich najwyższego… 

      Opisywane skrótem: "SM" (sclerosis multiplex), stwardnienie rozsiane, objawia się najczęściej nietrzymaniem moczu. Ci politpoprawni, multikulturowi levacy, zaczęli ostatnio właśnie tak ten mocz medialny niekontrolowanie wydalać, uparcie twierdząc, że to deszcz na nich pada. Dodatkowo dopadła ich totalna ślepota…

51 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      Nieocenionym dla mnie punktem obserwacji była linia numer 50, którą ponad dwa lata dojeżdżałem do pracy. Pół godziny z Tczewa do Pruszcza (czyli blisko Trójmiasta), praktycznie dzień w dzień, dawało mi na widoku cały przekrój społeczeństwa, ze szczególnie rzucającymi się w oczy jednostkami upośledzonymi na wszelkie możliwe sposoby.

       Jedną z nich była mocno nadpobudliwa matka, z około 10 letnim, spokojnym, mądrym synkiem, po którym jechała jak po szmacie, wciąż mu grożąc, że go odda do adopcji. Głupek, bliski płaczu, deklarował wobec niej miłość i za cholerę nie chciał jej stracić! 

        Też kiedyś taki byłem.

        Przez naprawdę długi czas byłem przekonany, że mam rodziców.

        Więcej! Miałem do nich szacunek, jako do darczyńców życia.

        Po czym zmądrzałem.

        Nagle stwierdziłem, że to pic jeno i fotomontaż.

        A miast ojca i matki jest kundel tylko i suka ciemna. Jedno mnie wyszczało, a drugie wysrało.

        Najgorsze że to byli zacni pozoranci i do dziś uchodzę w rodzinie (która z obu stron mnie wyklęła!) za wypieszczone ciasteczko, nie znające smaku zycia.

         Paradox polega na tym, że przez te dwie kurwy mieniące się moimi rodzicami, moje życie było drogą przez mękę, a patrząc po obu stronach rodziny, przeszedłem trasę extremalną, zdany TYLKO I WYŁĄCZNIE na siebie! Po tych ścierwach nie posiadam ABSOLUTNIE nic – bo nic od nich nie dostałem. Para ta zaszła tak daleko w udawaniu, że pozorowała nawet wiarę i regularnie uczęszczała do świątyń Pana (każde w inną stronę). A na zarzut, że dali (?) mi życie, jako człek wierzący odpowiem: od dawania i odbierania jest Istota Najwyższa. Nie kundel i nie suka.

 

 

 

PS    Wpis ów jest skierowany głównie do mojej rodziny stron obu. Jak wy mnie, tak ja was pączusie z marmoladką! Przez ponad 40 lat dostosowywałem się do fikcji tworzonej przez mych płodzicieli, będąc cichym i pokornego serca. Efekt jest taki, że obecnie uchodzę za najgorsze wynaturzenie rodzinne ze stron obu! Nie opłaca się jednak być miłym i spokojnym…

66 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

        W Polsce (ale to tendencja także światowa), a zwłaszcza w jej mediach televizyjnych, można zaobserwować masowe parcie młodzieży w konkursy o tematyce głównie śpiewaczej. Parcie owe jest równie bezsensowne w swej idei, co masowy spęd cieląt na przystanku wiadomym Jurka O. Mianowicie ten z definicji (?) rockendrollowy festival, pełny setek tysięcy ludzi, co najmniej w 80 % składa się z… nie mających o owym rockendrollu pojęcia dyletantów! Na scenie zresztą jest nie lepiej i występuje tam praktycznie każdy o statusie gwiazdy, gwiazdeczki, celebryty, itp, bez względu na rodzaj twórczości. I tak na przykład wczoraj widziałem świeże nagranie z owego błótstoku, zespołu o płomiennej nazwie: Zły , znaczy "Łzy"! 

       Tylko co taki zespolik ma wspólnego z rockiem?!

       Ogólnie na nijakie, przypadkowe zespoły, przyjeżdża nijaka, także przypadkowa publika, zwabiona legendarną atmosferą i liczebnością owego spędu. Na końcu i tak pozostaje taplanie się w błocku pod wpływem wszystkiego.

       Po co więc mieszać w tą "kulturalną" pomyłkę jakże zacną i zasłużoną gałąź muzyki, jaką jest rock?!

       Identyczną pomyłką są jakże modne ostatnimi laty właśnie takie idole, igrek faktory i inne mam beztalencia. Tam praktycznie 100% startujących to gamonie, takie potencjalne, chałturnicze dziwki, bez żadnej określonej orientacji muzycznej (muzyczni impotenci). A jeśli nawet przejawiają jakąś miłość do rocka, to ta szybko im przechodzi podczas nagrywania płyt i dalszej "kariery", co tylko potwierdza ich kurewską naturę. 

      Zresztą powiedzmy sobie szczerze: kto stamtąd tak naprawdę zrobił prawdziwą, nie napędzaną przez medialny krzyk (konkurs musi się zwócić), karierę?

      Chyba tylko oceniający – znaczy żury.

      Reszta prędzej czy później przepada, bo nie ma światu i publiczności NIC do zaoferowania, oprócz permanentnego parcia na szkło.

      Tak jak owy duet "Shyja" (szyja po polsku – taki dowcip, hue, hue), której żeńską połówkę miałem okazję poznać osobiście, śledziłem rozwój (?!) ich projektu ze śmiechem politowania na ustach, zakończony totalnym rozbawieniem podczas rozbicia owego duetu podczas jednego z takich konkursów.

      Przeto przewodnicząca owego duetu, egzaltowana paniusia wyjąca swoje wypociny liryczne po angielsku (a jakże!), postanowiła w końcu rozpocząć następny etap pięcia się wyżej, właśnie poprzez występ w takim chałturniczym konkursiku. Tam została totalnie wyśmiana i poproszona o wyjście, a jej akompaniujący na gitarce, dotychczas pozostający w cieniu "gwiazdeczki" kolega przeszedł kwalifikacje, zajął trzecie miejsce i wydał płytę (a nawet dwie!).

      Żeby było sprawiedliwie, o obu z nich słuch zaginął. Zostali zmieleni przez szołbiznesową maszynkę (tylko że kolega Piotr na wyższych obrotach).

      A co z wieprzowiną?

      Temat z innej zupełnie bajki, ale muszę o nim wspomnieć.

      Wczoraj kolejny obłąkany (jak oni wszyscy) muzol, z siekierą i nożem pomasakrował pasażerów pociągu. Tym razem w Niemczech. Rozkręcają się cholery i nie zaprzestaną już terroryzować rozkładającego się trupa Europy. Więc jak się bronić? Ano wieprzowiną! Świniny jest nadmiar, krew się ogólnie marnuje – kaszanka nie jest moją ulubioną potrawą, a dla muzoli kontakt z owym zwierzęciem pod każdą postacią, jest gorszym wstrząsem, niż anatema dla chrześcijanina.

      Zatem może to wyglądać komicznie i jak dziecinada, ale zorganizowana akcja wrzucania na przykład świńskich łbów do meczetów + wiaderko wieprzowej krwi, pozbawiłoby terrorystów bazy. Równie skutecznie podziałałaby taka pamiątka w trumience poległego zamachowca. W dalszym etapie, bezczeszczenie fanatycznych muzoli ochłapami świniny, pozbawiłoby ich wigoru i głupich pomysłów.

      Po co palić ich świątynie i zabijać już po udanych zamachach?

      Można ten problem rozwiązać całkowicie pokojowo, acz krwawo (na szczęście bez krwi ludzkiej).

      Tylko że jak w tym zwariowanym świecie pojawia się rozwiązanie zbyt proste i skuteczne, to zostaje zignorowane i wyśmiane.

      Bo nikt na tym nie zarobi (oprócz tuczarni)…

44 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Kategorie

Użytkownicy na stronie

Aktualnie online: 2

Stronę odwiedziło

018049
Dzisiaj : 2
Wczoraj : 4
W tym miesiącu : 407
Obecnie online : 1
Twoje IP: 54.80.158.67

Kontakt

Your name
Your email
Enter your message
Enter below security code