Jak uparcie powtarzam, jestem z duszy, ciała i przyzwyczajenia mieszkańcem Pomorza, a każdy dłuższy wyjazd w głąb lądu powoduje u mnie syndrom odstawienia od jodu, przygnębienie wszechobecnym, okalajacym mnie ziemskim krajobrazem i dość duszną atmosferą (Pomorze to kraina wiecznie pizgającego wiatru i co za tym idzie luźnego oddechu).

           I uparcie wciąż powtarzam ideę wyższości morza nad górami: bo te drugie są skończone, a za nimi jeszcze inne (choćby nie wiem jak piękne!), a potem tylko doliny, a morze to doskonała, metafizyczna nieskończoność.

           No ale Polska przaśna uparła się, by jeździć w góry.

           W Tatry dokładnie.

           To jakieś 10% naszej górskiej, południowej granicy, ale tak pożądane przez ogół, jak… no nie wiem: waleriana przez koty?

           No oni się tam tłoczą nad tym Morskim Okiem (?!), przepychają na szlakach pod Giewont, zajeżdżają miejscowe konie ciągnące przepełnione turystami wozy: bo tak wypada przed sąsiadami i takie tam…

           Oczywiście sam tam nie byłem: odpycha mnie na samą myśl o mieszkańcach tego regionu, odwiedzających ich burakach, tłoku, etc… Przy pierwszym halnym, pewnie (zwyczajem miejscowych) odwaliłbym samobója, ale dodając coś od siebie zajebałbym przy okazji sporą część przebywających tam słoików…

           Nieważne!

           Przy takim zasypie turystycznej stonki, co jakiś czas musi się tam wydarzyć tragedia, i właśnie jebło!

          Dokładnie paroma pierunami.

          W różne miejsca tych gór, ale najgorsze żniwo wyładowanie elektryczne zebrało w drodze na niejaki Giewont.

          Tu tak dla przypomnienia: jest coś, co polskie morze łączy z polskimi górami.

          Więc ten z pozoru płytki, niedosolony akwen, jest jednym z najbardziej nieobliczalnych mórz na świecie, a te niby niskie góry, z wyrytymi na ich szczyty schodkami i łańcuchowymi poręczami, są zmienne jak gruba feministka w czasie okresu!

         I w taki okres, ponad 100 ludzików, brnąc nie wiadomo po co w mgłę, zostało porażonych (dosłownie) tą przyrodniczą nieobliczalnością.

        Ci dorośli, pośmiertnie powinni być odznaczeni Nagrodą Darwina. Dzieci niestety żal, ale jeśli przeżyły i pozbyły sie takich cymbałów, to niech już dalej, przez życie, idą innym szlakiem….

 

16 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      Jednym ze szczytowych osiągnięć Januszostwa from the PRL jest służba w wojsku lat 80 i 90. Przy czym słowo "służba" jest jak najbardziej na miejscu, a "wojsko" już tak raczej nie…

      Chyba Napoleon stwierdził, że armia która nie walczy, przestaje być armią?

     A począwszy od lat 80 aż do końca 90 nie miała przeciw komu walczyć, czym walczyć, no kryzys i rozpierducha totalna!

     Ale pobór był przymusowy – początkowo na 2 lata, potem na 1 i 1/2. No i tak: brano tych biednych chłopców w warunki niemal więzienne, gdzie strzelanie było rzadkością, rozliczano ich z każdego naboju (!!!), a szkolenie było zwyczajną kpiną, przygotowującą poborowych… no w sumie nie wiadomo na co?!

     W zamian zastosowano wypełniacz tego straconego czasu, w stylu: zabawy w falę, kotów i dziadów i maniakalną wręcz dbałość o porządek (autystyczną wręcz fobię równo zaściełanej pryczy, pięknie wypastowanych kamaszy – w ogóle wszystkiego wypastowanego i wyszorowanego szczoteczką do zębów!).

     Dla obserwatora z zewnątrz, a zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy, ówczesne nędzne koszary, wypełnione takim biednymi rekrutami, szorującymi co się da, małpującymi przed starszymi (równymi stopniem!) to musiał być istny dom wariatów.

     I tak było.

     Ówczesny pobór nie służył niczemu, nikogo nie szkolił, a tylko tworzył patologię.

     No ale miliony dzisiejszych 40, 50 i 60 latków przez to przeszło – bo nie było możliwości odmowy (chociaż mi się udało :).

     I jak oni mają wytłumaczyć potomnym to przymusowe zesłanie?

     Ano wciskają, że to była szkoła życia, że nauczyli się porządku (w domu nie uczyli?), że stali się prawdziwymi mężczyznami (a wcześniej to cioty były i połykacze spermy?), no i że w końcu nauczyli się wojaczki (a jak już wcześniej wspomniałem – to była tylko chodowla mięska armatniego).

     No co oni biedni mają teraz mówić?!

    Naprawdę mi ich żal!

    Spędzić 2 lata praktycznie w więzieniu, po to by oddać raptem ze 3 serie ze starego, zwichrowanego kałacha…

    Tyle że te parę milionów tak skrzywdzonych, podtrzymują mit tego wojska ludowego, do czegoś służącego.

    Dzieci i wnuczęta – nie dajcie się na to nabrać, ale też nie szydźcie z nich, bo to pokrzywdzeni ludzie, co myśleli, że byli w prawdziwej armii…

    

      

19 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

          Wybory prawie za trzy miesiące. Prezio tak ogłosił. Kampania już trwa, ale jak to w Polsce – jest całkiem oderwana od polityki i służy podniesieniu napięcia wśród podatnych na manipulację wyborców (pokolenie PRL przyssane do TV + słoiki). Gra na emocjach osiąga już chyba apogeum! Jedni z drugimi szczują się bez żadnych granic, by zmobilizować swoich skromnych w liczbie, acz wiernych, tradycyjnych wyborców – znaczy lemingi i mohery.

          Normalni (łącznie ze mną) tym razem w wyborach udziału nie wezmą. Teraz to już naprawdę nie ma sensu! PiS (mohery + 500+) ma taką przewagę, że stawianie krzyżyka na co innego, to zwykła strata czasu! Lemingi oczywiście tradycyjnie ruszą do urn, by ratować swoją opcję, ale to niewiele da. Przyszły parlament to będzie siedlisko partii Jarosława, z drobną grupą krzykaczy spod znaku PO – bo tylko na tyle będą sobie mogli pozwolić. Po PSL nikt nie będzie płakał – oprócz przez nich poustawianych życiowo rodzinach i znajomych. Jakaś śmieszna, zjednoczona levica, z próbujacym się odświeżyć wizerunkowo Biedroniem? No litości!

         No właśnie Biedroń. Koleś, który usiłuje przedstawić się jako coś świeżego… jest totalnym zgniłkiem! Zaczynał w SLD, otarł się o Palikota, w zasadzie przez całe dorosłe życie tapla się w polityce! Kto kupi taką ściemę?!

         Tu druga sprawa: po 30 latach oferowania kiełbasy wyborczej obywatelom jakby opadła mgła z oczu i puste obiecanki, oraz kreowanie sie na kogoś, kim się nie jest, już nie działa. Takie powolne wychodzenie z mentalności postsovieckiej – Norman Davies określił ten czas na jakieś 45 lat – więc zostało nam jeszcze jakieś 15.

         A kwestia tych śmiesznych partyjek kreowanych nieoficjalnie przez PO? Był Palikot, była Nowoczesna, teraz więdnie Wiosna. Palikot był błaznem, Biedroń karierowiczem, ale Nowoczesna wydaliła z siebie niejaki KOD, którego zadaniem było zamieszanie, z docelowym obaleniem nielubianej przez nich (acz demokratycznie wybranej) władzy. I byli bardzo blisko tego! Wywołali niezły zamęt… ale jakby to robili bez serca, jakby bez przekonania, jakby to była tylko wynajęta grupa krzykaczy z paroma pożytecznymi idiotami i zszokowanymi zmianami resortowcami…

         Nie odnosicie takiego wrażenia? Bo ja tak.

         No ale KOD padł, a w zamian znalazły się te tęczowe wesołki (oczywiście z Biedroniem na czele), które w liczbie dość niedużej – około 30 autokarów (kto to opłaca?!) objeżdżają po kolei polskie miasta i paradują… Już nawet nie sugerują jakichś szczytnych haseł, a tylko zwyczajnie prowokują – i to skutecznie, bo dla drugiej strony to też woda na młyn do straszenia swoich! No taka nowa forma turystyki. Normalni ludzie jadą na urlop autokarem gdzieś w Europę, lub w Polskę, a ci co parę dni ładują się do podstawionych busów i zaliczają kolejną miejscówę. Jestem niemal w 100% pewny, że nic na tym nie tracą, a wręcz zarabiają!

        Tu jeszcze wyższa forma zastanowienia: to już od dawna wygląda tak, jakby ta opozycja, zwąca się jeszcze do niedawna totalną, robiła dosłownie wszystko, by ich przeciwnicy osiągnęli sukces! Oni w zasadzie nie muszą robić nic! Opozycja sama się ora za każdym ruchem.

        Jakby ta ustawka została już dawno ustawiona i tylko lud z dwóch stron barykady ma być utrzymywany w nieustannej wściekłości, bo nic tak nie likwiduje zdrowej myśli, jak uczucia…

32 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

        Dramat współczesnośći polega na zaniku logiki.

        Kompletnie!

        Znaczy spora część społeczeństwa, niejako z genetyki i wychowania, tej logiki jest pozbawiona. Od pokoleń.

        Tyle, że przez wieki byli oni odseparowani od rządzących, dzięki czemu świat (Europa) się rozwijał, liczne konflikty tak naprawdę szkodziły nielicznym (poza małymi wyjątkami – jak wojna XXXletnia), a prawdziwa mądrość była jasno określona i łatwa do zidentyfikowania.

        Ten cudowny stan rozpieprzyli w drobny pył romantycy w pierwszej połowie XIX wieku, a dobili go potem reformatorzy spod znaku komunizmu i socjalizmu.

        200 lat później sytuacja – z punktu widzenia człowieka myślącego – wygląda dramatycznie! Rządzący są już takimi samymi debilami, jak rządzeni. Czwarta władza debilizm ów wręcz nawozi (niezależnie od opcji). Wszędzie tylko uczucia, wszechobecne love i socjalistyczna parodia chrześcijańskiej tolerancji (tudzież miłosierdzia). Jak coś się wpoi ogółowi, to jest to prawda i już! Zero myślenia, analizy i oceny! Z góry określono, że jak coś jest słuszne – to tak ma być!

        Owsiak z tym swoim błótstockiem? Miłość, tolerancja, hektary uratowanych niemowląt… więc spierdalać krytykanci! Nie ma dyskusji!

        Powstanie Warszawskie?

        Co tam ćwierć miliona wymordowanych cywilów (głównie Ochota I Wola)! Liczył się zryw, walka (3/4 powstańców nie miało ŻADNEJ broni!), moc, przekaz i inne pierdoły…

        A sterta 250 000 (słownie: dwieście pięćdziesięciu tysięcy) zwłok dzieci, kobiet i takich tam?

        Co tam! Adrenalina i biało-czerwona (teraz chyba już karmazynowa?) usprawiedliwiały wszystko!        

        LGBTQwerty? Wprost epatują miłością! Wszyscy ich mają kochać i już! Nieważna logika, nieważna krytyka – ma być tolerancja i akceptacja!

        I żadnych dyskusji!

        Żadnych argumentów!

        Nic! Ma być tylko te love.

        Dramat…

        Takiej płukanki mózgowej, na takim poziomie przekazu, ta cywilizacja jeszcze nie zaznała!

 

 

       PS     Jak ktoś nie ogarnia, co to jest 250 tysięcy ofiar, to niech wyobrazi sobie pełny stadion narodowy. Pełny zwłok – a obok niego cztery dodatkowe. 

                 Taki to "sens" miało powstanie…

 

26 odsłon(a), 3 odsłon(a) dziś

       Siedzę sobie na urlopie, planuję coś dalej, niż sprzątanie pivnicy mej, ale…

       No właśnie na dniach zacznie się w dalekim Kostrzyniu festiwal imieniem Owsika. To wbrew pozorom nie jest jakiś Poland, czy Błódstok, ale zlot fanów owego Jurka. 

       Tu muszę dać wtręt taki (nie mylić ze wstrętem), trend właściwie: zjadłem zęby (a dokładnie wątrobę) na festivalach, koncertach, zlotach i tym podobnych. I to z dwóch stron! Przed sceną i za.

       Nigdy mi się tam nie pałętał po scenie jakiś skrzeczący konus – natychmiast by dostał wjebane.

       To po pierwsze.

       Jestem człowiekiem w miarę pracowitym, więc jak jeździłem na występy wszelakie, to pierwszym i podstawowym wymaganiem moim, za zapłacony wstęp była muza.

       Kwestie szalone, postkoncertowe, były tylko dodatkiem.

       Fajnym – ale dodatkiem.

       U Owsika to podstawa.

       Znaczy klimat na polu – nie muza!

       To tak po drugie mnie odrzuca.

       Przez 30 lat stwór ów wychował sobie na tym klimacie z badziewiem w tle (dokładne zaprzeczenie prawdziwego festivalu!) już drugie pokolenie fanatyków, którzy co rock zmierzają tam… bo za darmo!

       Wypuszczeni ze swojego kieratu i prowincjonalnych uwiązań, tam raz na rock się uwalniają w pełni i jak ci neofici zagarniają dla siebie całą przestrzeń!

       Bo za darmo.

       90% bywalców tego spędu nie ma ŻADNEGO POJĘCIA o rocku… w zasadzie w ogóle o jakiejś muzie!

       Oni tam są, bo są.

       Bo można się napić, poruchać, zajarać.

      A w domu tego nie mogą – przez pozostałe 360 dni w rocku :)

      Rock tam jest tylko plakietką – dla uzasadnienia tej sekty.

      Więc niech nam żyje Jurek O.!  I niech błoto wam smakuje czcigodni, prowincjonalni łykacze pseudorockowego szlamu…

       

      

67 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

Mamy w Polsce całą taką grupę mentalnych wirusów. To na ogół starsi ludzie, skażeni PeeReLem, wyznający całkiem kosmiczne, oderwane od rzeczywistości poglądy, które dla samousprawiedliwienia zwą dalej zasadami.

Internet zwie ich Januszami, a ich potomków Sebixami, lub przytłoczonymi przez nich Pioterami…

Tu to się dziwnie pokrywa z moim życiorysem, albowiem stary miał na imię Janusz i taki był (namiętnie słuchał Lata z Radiem na przykład:), a ja oczywiście to ten Pioter (też tak mam na imię!).

Pamiętam tych dziadków borowych, którzy w czas przełomu chwalili się, że nie wyciągają ręki do państwa – bo to wstyd. Gdy natenczas miliony w biedzie i beznadziejnej robocie (jak mieli!), usiłowały dotrzeć do pierwszego z pełnym brzuchem… Gdy tymczasem Kulczyki i inne systemowe pijawki opływały w luxusy.

No zjeby normalnie!

Już wtedy docierały do mnie komunikaty o pomyśle nowego podatku (jakby ich było za mało!) zwanego dalej bykowym – czyli za twarde kawalerstwo.

No pomysł, że bym tak rzekł antyczny, gdzieś tak z XIX wieku .

O dziwo propagowany do dziś przez jakieś niedobitki systemu (PRL) – tudzież jakichś niewychędożonych polityków z głowami w chmurach, notorycznie oderwanych od realiów życia codziennego.

Rozpieprzę tą bzdurę na wejściu, dla świętego spokoju:

Otóż pierwszymi, którzy by dostali po dupie (jak to w polityce bywa) byliby ci żyjący na kocią łapę – a jest ich dość sporo! To normalne rodziny, z dziećmi, kredytami, itp. – tyle że bez formalnego kwitka. Nawet F1 to zaakceptował: bo to teraz trend taki.

Tylko dlaczego ta złość postsovieckich skorupiaków skupia się tylko na facetach?!

Wystarczy tylko się rozejrzeć, zebrać dane, pomyśleć i wyciągnąć wnioski!

Winnymi niskiemu stanowi przyrostu naturalnego są kobiety!

Wyemancypowane, sfeminizowane "xiężniczki" , oczekujące od męża nieosiągalnych rzeczy!

Czy ja to kurła muszę po raz kolejny powtarzać?!!!

Tu nie jest potrzebne bykowe ze średniowiecznym rodowodem – kompletnie nie pasujące do XXI wieku, a właśnie krowowe!

Jakby te zatwardziałe kurewki, z niebotycznymi ambicjami, żądaniami i wymaganiami, zaczęłyby dostawać po pensji…

…to natychmiast przysiadłyby na kuprach!

I by wszystko wróciło do normy.

Czy to tak trudno ogarnąć do ciężkiej cholery?!

53 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

         Niedawno zakoczyły się mistrzostwa świata w kobiecej piłce nożnej, gdzie to amerykanki (te z USA) wygrały finał. To dyscyplina rozwojowa, w Polsce także coraz bardziej widoczna. W sumie popieram całym sercem – niech sobie kobietki grają – co to komu szkodzi? Być może z czasem tą kobiecą wersją piłki kopanej będziemy się pasjonować na równi z dzisiejszą siatkówką, piłką ręczną, czy koszykówką w wersji women?

         Ale jeszcze nie teraz.

        Obecnie męską piłkę nożną, od tej kobiecej dzieli nie przepaść, a ocean z przepaścią i łańcuchem wulkanów! I dotyczy to WSZYSTKICH kwestii! Poziomu graczy, liczby kibiców, sponsorów, ustawek, kiboli, itp, itd.

        No proszę się zastanowić: praktycznie każdy, z miejsca, może podać nazwisko przynajmniej jednego, do trzech piłkarzy! Piłkarki żadnej nie zna nikt…

        Oprócz USA. Państwa (nie kraju!), w którym królową sportu szyderczo nazywa się soccerem, a futbolem określa się jakąś błazenadę z poprzebieranymi drag queen. Państwa w którym jeszcze paręnaście lat temu w piłkę grały… tylko dziewczynki! I taki stan się utrzymał: do dzisiaj tam piłka w kobiecym wydaniu cieszy się niewyobrażalnym powodzeniem… głównie wśród (rzecz naturalna) pań. A jako że amerykanie są pozbawieni jakiejkolwiek pokory, skromności i tym podobnych cech, to naturalnie wyobrazili sobie, że wszędzie także się wielbi kobiecą piłkę nożną! Bo cały świat, to według nich to tylko taka nieistotna doczepka do USA…

        No i stąd się wzięło jakże przykre przekonanie tych kowbojów (podsycane dodatkowo levacką "logiką"), że skoro u nich to bije rekordy popularności, to te pogrywaczki powinny dostawać kasę jak inni piłkarze poziomu światowego!

        Śmieszność jest tym bardziej wspaniała, im bardziej poważni są ci samośmieszający się…

        Tylko czy amerykanie (ci z USA), feministki (także stamtąd i zowąd) i inni levicujący schizofrenicy zewsząd, są sobie w stanie zdać z tego sprawę?

        Oni (a w zasadzie one) naprawdę walczą z całą powagą o sprawy absurdalne – niczym bolszewicy o utopię.

41 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

      Jako się rzekło – jestem człowiekiem tolerancyjnym, stoikiem, nastawionym raczej pozytywnie do ludzi i życia, unikającym jak się tylko da agresji, nienawiści i poważnego podejścia do rzeczy z gruntu niepoważnych, lub nie dających się żadną siłą ogarnąć (dotyczy to zwłaszcza tak zwanych "poważnych" dyskusji).

      Z jednym wyjątkiem.

      Nazywa się on: Podhale.

      I nie chodzi mi tu o sam rejon – bo jest całkiem przyjemny i widowiskowy, a o jego mieszkańców.

     Zwanych dalej (nie wiadomo czemu?) góralami (mieszkają w końcu w dolinach!).

     No jakoś tak zwyczajnie, po ludzku, nie cierpię tych przechlanych, sepleniących owcojebców, wieszających się masowo przy okazji halnego. Być może wpływ na to ma fakt, że już od ponad półwiecza, to ulubieńcy warszafki i ich naśladowców?

     W sumie to nieistotne. Nie lubię ich, a że jest ich mało i mieszkają daleko, więc unikanie ich nie jest trudne: po prostu tam nie jeżdżę.

     Ale jest coś, czego nienawidzę wprost organicznie!

     To góralskie kapele, z dominującymi w nich piłowanymi skrzypeczkami/gęślikami!

     Uwierzcie mi: gdyby postawiono przede mną tych wszystkich samograjków, w tych pociesznych kalesonkach i kubraczkach (+ braci stolec, zakopizder i pokrewne), a sam miałbym w rękach karabin maszynowy, to bez wahania przeładowałbym go i kosił to cholerstwo aż do wyczerpania naboi! Więcej! Pozwoliłbym wydobyć się na wierzch, z głębokich otchłani mej duszy, najmroczniejszej jej części, zmieniłbym się w socjopatę i mordercę i jeszcze bym chodził wśród nich, niczym typowy esesman i dobijał bez mrugnięcia okiem strzałem wprost w łeb!

     Tak bardzo nie znoszę tych podhalańskich, sepleniących rzępołów!

     Z jednym wyjątkiem od tej reguły. Starej już kapeli De Press. Może dlatego, że to i owszem – podhalańczycy. Tyle tylko, że z Norwegii :)

125 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

           Mieszkamy w rejonie chaosu klimatycznego, gdzie codziennie może być inna pogoda. W tym rocku to jest widoczne i namacalne. Maj był wyjątkowo zimny, a obecny czerwiec to na zmianę: równikowe upały i burze znienacka.

           No pierdolca idzie dostać!

           Ale jest jeden, jedyny dzień w rocku, który ma gwarantowaną, zawsze identyczną, słoneczną pogodę przynajmniej do południa! Jak żyję, nie pamiętam by było inaczej! Mimo, że to święto ruchome (!).

           Chodzi oczywiście o Boże Ciało.

           Jakby Temu z góry się podobały te imieniny?

           W 1996 roku, w hiszpańskich górach Sierra Nevada, położonych tuż przy Morzu Śródziemnym,  miały się odbyć Mistrzostwa Świata w Narciarstwie Alpejskim. Sęk w tym, że luty był wyjątkowo ciepły i za cholerę nie było tam śniegu! Próbowano wszystkiego, ale nadziei na opady nie było. Prognozy także były jednoznaczne. Oznaczało to katastrofę ekonomiczną dla tego rejonu, więc zdesperowani mieszkańcy chwycili się broni ostatecznej i wysłali tam, na te gór szczyty… swoje babcie!

           Babcie owe – taka łagodna, bo śródziemnomorska odmiana moherów – karnie wzięły w ręce różańce i ropoczęły modły.

           Pomodliły się, odwieziono je na dół, a w noc poprzedzającą owe mistrzostwa, w górach rozpętała się taka zamieć, że o mało co nie odwołano mistrzostw z powodu nadmiaru śniegu!

           Przypadek? Nie sądzę…

75 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

         Po raz kolejny powtarzam, że praktycznie wszystkich powyżej 50 lat uważam za skażonych PRLem, komunizmem, sovietyzacją i podobnymi czerwonymi cholerstwami, niczym rejon Czernobylskiej elektrowni.

        Ja bym ich zabetonował i zasypał żywcem, bo stanowią skrajne zagrożenie dla otoczenia!

        I na betonie się właśnie skupię.

        Dosłownie na realnym, namacalnym betonie.

        Oni, te staruchy, mają jakiegoś dziwnego pierdolca w kwestii drzew, krzewów, żywopłotów, ogólnie zieleni. Chodzi o to, że chcą to wszystko masowo powycinać – bo to dzikie i niesymetryczne, a w zamian zastąpić to równym betonem, lub kostką baumana. Takie podprogowe wprasowanie z czasów komuny, gdzie to beton właśnie i żelaztwo spod znaku industrializacji było religią panującą i tam gdzie ta zarośnięta dzicz, miały być dymiące kominy i hałasujące hale produkcyjne!

         Jak za dzieciaka, dzień w dzień dostawało się regularnie takie sygnały, to na starość przepełniony tym mózg chciałby widzieć cały świat w betonie!

         Wyjaśnię to na trzech przykładach zaobserwowanych przeze mnie (!) i jedną, ogólną patologią, która znienacka dosięga polskie miasta obecnie:

  1.          Dzieciństwo spędziłem w nadmorskiej miejscowości Sztutowo, u wejścia na Mierzeję Wiślaną, chętnie odwiedzaną przez turystów, w której stoi jeden, stary, mały kościółek. Rzecz jasna, w sezonie (gorące lato), owy kościółek nie może wszystkich pomieścić, więc na ławeczkach przed nim siadało zawsze równie wielu wiernych, ukrytych przed upałem, czy deszczem, w cieniu wysokich drzew.

                     Naprawdę przyjemna sprawa!

                    Taki stan rzeczy trwał i w PRLu i w latach 90(ych!)… aż przyszedł nowy proboszcz i drzewa wyciął!

                    Teraz potencjalni wierni mają do wyboru: albo sie usmażyć, albo zalać.

                    Debil ów xiądz miał chyba na myśli, by budowla była lepiej widoczna z drogi, ale na bank każdy przejeżdżający obok, ma ten widok daleko w tyle!

     2.            Sąsiad z parteru. Burak totalny zbierający odpadki (wraz z rodziną). Żyjący w naprawdę ograniczonym świecie, przyciął znienacka w przyblokowym ogródku drzewa, bo… przeszkadzały mu w odbiorze telewizji satelitarnej!!! Ogólnie przysłaniały mu z dawna widok… na parking i ruchliwą ulicę (!!!). 

                    Wielu jest w sumie takich buraków… a wystarczy tylko zamienić mieszkanie na wyższe piętro!

                    Jest naprawdę równie wielu, którzy z chęcią by osiedli w takim zaciszu!

                    I każdy by był szczęśliwy!

    3.             Mój stary – od dawna na szczęście nieobecny.

                    Ten z kolei był zapalonym działkowcem, ale takim niedorobionym i bez wyobraźni. Czas na owej działce spędzał pijąc browar, lub inne alkohole (to rozumiem :), ale na odsłoniętej przestrzeni, gotując się w słońcu i na widoku wszystkich przechodzących (taka narożna, tuż przy wejściu), bo… wszystko co miało go przed tym uchronić posadził w niewłaściwym miejscu!

                    I był z tym szczęśliwy! A że śmieszny jak typowy Janusz? Januszy to nie rusza.

    4.            I ostatnia patologia, która mnie skłoniła do napisania tego textu, to maniakalna wręcz, ogólnopolska akcja betonowania rynków miast (po uprzednim usunięciu stamtąd zieleni).

                   Samorządowcy w całej Polsce uparli się na potęgę, by z tych centrów, cokolwiek pieknych miejscówek, pousuwać wszystko co zielone i zastąpić to gładką, betonową powierzchnią!

                   Logika (?), która nimi kieruje, jest taka sama, jak tego durnego proboszcza ze Sztutowa: tyle że na o wiele większą skalę!

                   Instalują tam w zamian wszechobecne już (i badziewne) wodotryski wprost z owej posadzki, ale nikt nie pomyślał o tym, by zamontować jeszcze wtopione w nią wyświetlacze led, które w zależności od pogody wskazywałyby napis: Tefal, lub Aquapark…

                    

51 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Kategorie

Użytkownicy na stronie

Aktualnie online: 1

Stronę odwiedziło

000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 100.24.209.47

Kontakt

Your name
Your email
Enter your message
Enter below security code