To, że w Polsce wciąż obowiązuje mentalność wschodnia, najlepiej obrazuje zachowanie kierowców.

           Trzy przykłady z tego tylko tygodnia:

  1. Gdzieś tam na południu, sześćdziesięcioletnoparoletni (trzeźwy!) Janusz, z dwukrotnym już zakazem prowadzenia, w końcu, za trzecim razem skasował dwie pięćdziesięcioparoletnie kobiety wracające ze spotkania opłatkowego (!). Oczywiście na przejściu dla pieszych (oczywiście na śmierć).                                                                                                                                                                                                                                                                 
  2. Protesty we Francji wciąż trwają, więc gdzieś tam na prowincji, 26letni polski kierowca tira staranował zaporę protesujących i rozjechał na śmierć jednego z nich (od 2 dni świeżego ojca – teraz niestety trupa).                           
  3. A w moim wesołym miasteczku 59latek, znowuż na pasach, rozjechał 57atkę

            Lubią się dobierać wiekiem…

            Więc problem ogólnie polega na tym, że tak średnio licząc, 3/4 polskich kierowców uważa się za mistrzów kierownicy. Oni są bezbłędni, najmądrzejsi, najlepsi, itp, itd…

            Jak typowy Janusz w życiu codziennym!

            Jednak spece od szkolenia kierowców i BEZPIECZNEJ jazdy są zgodni w czymś dokładnie odwrotnym:

            Tylko 1/4 polskich kierowców potrafi jeździć.

             Potwierdzają to statystyki wypadków (daleko w ogonie Europy).

            Tak normalnie.

            Reszta wymaga doszkolenia, lub w ogóle nie powinna siadać za kółko!

            Bo to potencjalni zabójcy (po co nam broń, jak mamy samochody?).

            Tylko weź wytłumacz takiemu kretynowi, że ma uważać, a przejścia dla pieszych to absolutna świętość?!

            Polak za kółkiem jest królem i mijają mu tam wszelkie komplexy – jawne, czy ukryte…

            Wesołych świąt mordercy!

 

 

            PS                    I życzę wam dodatkowo "mistrzowie kierownicy" , żeby wam tak ktoś na pasach rozjechał córkę, siostrę, matkę, lub przynajmniej pijanego szwagra!

                       Może wtedy zaczniecie kminić, że coś nie halo jest u was w dyni operatorzy torped…

17 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

         Jest typ humoru, który trawię i uwielbiam. To typ absurdalno/sarkastyczno/demolujący. Bracia Marx, zespół reżyserski Zucker-Abrahams-Zucker, oczywiście Latający Cyrk Monty Pythona, a żeby nie było, że za zagraminicę spoglądam, to chociażby: "Chłopaki nie płaczą", także "Sexmisja". No i "Kapitan Bomba" i "Blok Ekipa"!

        I wciąż nadający i niedorastający "South Park".

        No więc ten ostatni mnie oświecił ostatnio stwierdzeniem dosyć oczywistym, acz niespostrzegalnym ogólnie, że… kobiety nie mają poczucia humoru!

        Nie trzeba się nad tym głęboko zastanawiać.

        Wystarczy przetrzeć oczy i spojrzeć.

        Czy znacie jakąś dowcipną kobietę?

        Nie to, żeby się nie śmiała, ale żeby miała potencjał dowcipu: sytuacyjnego, absurdalnego, sarkastycznego (słowo trudne i najwyższy polot poczucia humoru).

        Ja wiem, kobiety się lubią cieszyć, śmiać, nawet cisnąć żartem!

        Tyle, że nie mają poczucia humoru…

        I to jest ogólne.

        Nie ma śmiesznych kabaretów żeńskich, stand uperki… no to zupełna żenua!

        W życiu codziennym i prywatnym jest jeszcze gorzej.

        One są śmieszne jak rozluźniona nauczycielka: pośmialiśmy się, ale teraz na poważnie!

        Tyle, że poważne też nie są.

        Są ciągle spięte. Ich powaga jest nielogiczna, ich radość niedogłębna i zawsze zakończona realem.

        Niby chichrają, niby się bawią, niby poważnie rozkminiają, ale…

        To o kant dupy rozbić!

        Zawsze swą powagę tłumaczą obowiązkami wręcz ponadziemskimi!

        Gdy tymczasem ich dobrze wytresowani partnerzy wieszają się, nie mogąc sprostać rzeczywistości.

        One to wiedzą.

        I to je wkurwia.

        Dalej nie ciągnę tematu, żeby mnie nie rozszarpały: w końcu są potrzebne do rozpłodu i sprzątania (gotowanie i tak im na ogół nie wychodzi)…

 

                                          PS                                                                                                           Poczucie humoru jest oznaką intelgencji, a sarkazm jest oznaką inteligencji totalnej.

                            Niestety kobiety tego nie potrafią…

         

15 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

                Płonie już drugi tydzień dokładnie, pod kryptonimem strajku żółtych kamizelek.

               Powodem było zdecydowanie przez UE o niedalekiej likwidacji samochodów napędzanych dieslem, tudzież jednoczesna podwyżka cen paliwa. No i Francja dosłownie zaczęła się palić, albowiem lud tamtejszy stwierdził, że po czasach promocji silników wysokoprężnych… po prostu zrobiono ich w wała! I w zamian zaproponowano megadrogie i megaabsurdalne (mały zasięg) samochody elektryczne.

               A co w Polsce? My diesla mamy najdroższego w całej UE, a zarobki jedne z najniższych (tak 1/4 francuskich). I co? Ludki dobrze wytresowane przez 30 lat mediaurabiania wymysliły akcję: "W poniedziałek nie tankujemy…".

              Zatankujecie we wtorek 2 razy więcej miękkie debile, a poza tym co jest winna stacja benzynowa?!

             Polak jest już dobrze wytresowanym zwierzakiem, co to wie, iż nie może wykazać ani odrobiny agresji! Televizja i radio zabrania! Tu bunt, płomienie i latający bruk ulicy – rzeczy tak naturalne we Francji, Niemczech, ogólnie na całym tym demokratycznym formalnie zachodzie, a jeszcze bardziej ogólnie naturalnie ludzkie, stare i bezdyskusyjne, jak owa nowoczesna demokracja (cokolwiek to nie jest?) nie występują, są nie do pomyślenia i tępi się takie postawy bezlitośnie!

            Polak ma być łagodny, potulny i przekonany, że jest szczęśliwy.

            A jak mu przyjdzie do głowy myśl, że jednak jest coś nie tak, to ma ją zdusić kolejna frazą: taki jest system i nie da się go zmienić! A jesli coś ci nie wychodzi – znaczy sam sobie jesteś winny.

            Sęk w tym, że 30 lat temu, z padającego na ryj, wyczerpanego do cna komunizmu (ekonomicznie) nastąpiło przejście w nibykapitalizm oligarchiczno – ubecki, którego beneficjenci doczekali się już trzeciego pokolenia xiążąt.

           Maluczcy i prowincja została skazana na śmierć (dosłownie – najwyższy odsetek samobójstw mężczyzn w Europie!), albowiem uznano to za cenę możliwą do zaakceptowania. Od razu też ruszyła machina medialna mająca uciszyć lud ciemny – prowincjonalny. Na początek, przez lata 90te, dzień w dzień (pamiętam to dobrze), media zaczynały wiadomości od hasła: "W związku z planowanym wejściem do UE…".

           Aż weszliśmy.

           I co?

           Wszyscy praktycznie twierdzą, że to dzięki unii kraj się unowoczesnił (infrastruktura) - bo dotacje.

           No mamy najdroższą autostradę w UE – tą Kulczyka… Pensje, jak już wspomniałem, to 1/4 tych unijnych.

           Ale poziom kradzieży pieniedzy publicznych był tak gigantyczny, że po powstrzymaniu chociażby machlojek związanych z VATem, rząd obecny, tak znienawidzony, stać na słynne 500+ , czym chyba zapewni sobie następną wygraną w wyborach? Nie wspominając już o tym, że do funduszu UE Polska wpłaca prawie tyle, co dostaje.

          No ale większość jest przekonana, że UE to najlepsze, co nas spotkało po 1989 roku!

          Tu nikt nie ruszy dupska z domu, by sparaliżować kraj – jak ta obśmiewana przez nas Francja. Nawet ci najubożsi, którzy nie mają nic do starcenia. Im wystarczyło otworzyć granice, by milionami pojechali ciułać euro u najbogatszych. Typowe sługi pańszczyźniane, dla których obecność dymającego ich pana jest stanem naturalnym, a grosz rzucany im pod nogi przez niego jest czymś wzruszającym. Jak widać świadomość swojej wartości u Polaków jest o przepaść dalej, niż u tych obśmiewanych przez nich żabojadów.

         I to się ciągnie od pokoleń, PRL to utrwalił, a propaganda nowej rzeczywistości wręcz wryła im to w psychikę na następne lata!

        I nie uznajmy za bunt niejakiego KODu, bo to był (już się chyba wypalił?) odgórnie opłacany i politycznie sterowany motłoch złożony z uzależnionych od TVN i pokrewnych mediów (pożytecznych im) idiotów, oraz wkurwionych ubeków i TW pomniejszego sortu (ci cwańsi, jak już wspomniałem, od dawna są biznesmenami). 

        Jedynymi, którzy ongiś potrafili się zorganizować i zrobić zadymę w stolicy, byli górnicy.

        No ale podobnie, jak we Francji, nic to nie dało (to było za poprzednich rządów – żeby nie było!).

        Taką oto mamy "demokrację"… 

        Jej jedynym objawem są wybory…

        Których wynik i tak może być kwestionowany i dąży się do ich zmiany, gdy lud zechce zagłosować wbrew woli mainstreamu, naruszając swym wyborem wygodny dla pasożytów status quo!!!

        Brak słów…

             

 

 

      PS          No i te pogardzane przez nas żabojady jednak wygrały! Właśnie ich rząd ogłosił zamrożenie cen na pół roku (prąd, gaz, ropa oczywiście i takie tam…). A polski chłop pańszczyźniany dalej będzie zapierdalał z chomątem na szyi, by z radością zgarnąć każdy ochłap rzucony przez swego pana…

                    Czy ja tu się kiedyś doczekam społeczeństwa obywatelskiego skłonnego do konkretnego buntu?!

                    Czy do końca swych dni będę wegetował wśród folwarcznego bydła?

 

 

16 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

                Na drugiej turze wyborów nie pojawiłem się z prostego powodu: nie pasował mi żaden z dwóch pozostałych na finiszu kandydatów na prezydenta mojego miasta. Inni wyborcy myśleli podobnie, więc frekwencja była dość mała. W ogóle w pierwszej turze głosowało około połowy uprawnionych, co media odtrąbiły jako wielki sukces! To stan naturalny w Polsce, od kiedy wprowadzono tak zwaną demokrację: połowa ludzi ma wywalone na te dziwne wybory.

                  Co też jest wyborem.

               No ale od samego początku istnienia panującego teraz systemu (prawie 30 równych lat) propaguje się dość podłą ideę, którą można wyrazić jednym zdaniem: "Nie byłeś na wyborach, więc nie masz nic do gadania w kwestii polityki!".

               Prosty myk psychologiczny zrzucający winę za partactwo polityków na zwyczajnych ludzi, na tych biedaków z dołu.

               A tym co wybierali, z kolei odpowiada się: "Jest źle, bo tak wybraliście…".

              Genialne pozbycie się odpowiedzialności przez rządzących!

              Żeby tego było mało, to przed 30 laty wmówiono ludziom jeszcze gorszą bzdurę: "Od teraz jest kapitalizm i wolność, więc jeśli ponosisz klęski, to tylko i wyłącznie TWOJA wina!".

               I ludzie to łyknęli !!!

               No dziś, po latach, wyraźnie widać, że to też wierutna bzdura, albowiem w pierwszej kolejności na sukces skazane były systemowe dzieci, warszawska klika i co bardziej ambitni mieszkańcy dużych miast.

               Prowincję nie dość, że skazano na klęskę, to jeszcze z głębokim przekonaniem, że to ich wina! 

               Do dzisiaj dość często można usłyszeć słynną frazę: "Młodzi, wykształceni, z wielkich miast.".

               Która niejako automatycznie klasyfikuje mieszkańców prowincjonalnych wsi i miasteczek, jako starych przygłupów.

               I zamyka im usta.

               I ten rasizm nie jest karalny!!!

               Więc teraz już wyraźnie widać, że jedyne co zatryumfowało przez te 30 lat, to wybitne chamstwo rządzących i ich mediów…

             

              

26 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

        Już za momencik odbędzie się takie okrągłe święto narodowe pod znakiem 11 listopada. W tenże czas, tłumy (do 100 000 luda), nadzwyczaj spokojnie (w porównaniu na przykład z Niemcami, czy Francją) paradowały sobie ulicami stolicy pod flagami, flarami (pirotechnicy kibole)… i w zasadzie nic się nie działo!

        Było trochę paniki medialnej, strat w zasadzie zero…

        Ale nie!

        Po chyba dekadzie takich marszów, nagle ich zakazano (zermsta HGW?).

       Na zdrowy, chłopski rozum: czego się dalej spodziewać?

       Ano te 100 000 (słownie: sto tysięcy), przyzwyczajonych do tego miejsca i czasu ludzi stawi się na miejscu (zakaz ogłoszono w tak samo absurdalnym czasie, jak wolne 12 listopada).

       I co?

      Oni nie pójdą na piwo, ani zwiedzać zabytki (?!) Warszawy.

      Oni pójdą na marsz.

      I nie zatrzyma ich policja, której 40% składu jest akurat na L4.

      Straż pożarna ma ten sam problem.

      Więc komu zależy na niedalekim już rozoraniu stolicy?

      Mogło być zwyczajnie spokojnie, ale przywódcy słoików właśnie zwołali burzę.

      I każda kropla krwi będzie na ich rękach.

      A bez tego się za cztery dni nie obejdzie.

      Idealna prowokacja!

20 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Muszę poruszyć (znowuż) temat spasłych babsk, które to swoją spaśiną zatruwają mi krajobraz.

       No to jest zakłócanie mojej wolności – podobnie jak parady pederastów i pokrewnych im zboczeń, albowiem to narusza moją przestrzeń cokolwiek publiczną.

       Otóż od dłuższego czasu, wracając z pracy (roboty, czy jak tam zwał), regularnie mijam takiego spaślaka, który za cholerę nie chce ukryć swojej tłustości pod jakąkolwiek szatą dostępną kobietom i notorycznie psuje mi apetyt exponowaniem swojej nadmiarości, nie wychodząc z owych legginsów.

       Ja wiem, że to wygodne i tak dalej, ale kurwa jak widzę półprzeźroczyste legginsy, spod których świecą czerwone majdy rozmiaru XXXL, to zwyczajnie tracę apetyt i chce mi się rzygać!

       I to nie jest przypadek odosobniony!

       Wychowane w asertywnej atmosferze słonice jakby się uparły, by pokazywać ten gówniany nadmiar ciała wszem i wobec!

       Na to powinien być jakiś paragraf! Spaślactwo exponowane powinno być karane chociażby zwykłym mandatem!

       Zbliżanie się do takich monstrów, życie z nimi i ich zapylanie (a to jest normą) powinno być obarczone przymusowym leczeniem psychiatrycznym.

       Tak to powinno wygladać w normalnym świecie.

       Niestety te ćwierćtonowe pasztety na krzywych odnóżach,  łażą sobie w swych obcisłych, półprzeźroczystych legginsach exponując zwyczajną obrzydliwość.

       Coś tu wyraźnie jest nie tak…

 

 

34 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Już za chwileczkę, już za momencik, wybory (samorządowe) zaczną się kręcić! Już ruszył festiwal plakatów, banerów, debat i innych cyrków.

       Byle się sprzedać za głosik!

       Przed wejściem na tutejszy "Manhaattan" (tak się to targowisko naprawdę nazywa!) dziś prawilnie rozdawano kawę i ulotki: po lewej PO, a po prawej PiS. Tyle widziałem, bo kandydaci się nie rzucali w oczy.

       Tylko co to ma wspólnego z samorządem?!

       Dla partii jest parlament i niech on im wystarczy! No ewentualnie prezydencja w jakimś wielkim mieście – jak na przykład stolyca. To może miec prestiżowe znaczenie, ale po co upolityczniać coś, co z zasady z polityką nie powinno mieć nic wspólnego?! Samorządy są głównie (a właściwie jedynie) po to, żeby ogarniać miejscowe sprawy, głównie za sprawą rozdysponowywania miejscowych pieniędzy (tych, których nie zabrała centrala) i po to by rozstrzygać miejscowe trudne sprawy.

       A do tego partyjność jest wręcz niewskazana! Szkodliwa!

       Po co jakieś potem koalicje w urzędach gmin, czy miejskich, po co  ten cały cyrk, polityczne przedszkole i zabawa w miniparlamenty?!!! Samorządowcy powinni czynić świat lepszym blisko siebie. Po to są wybierani! 

      Nie po to, żeby tu, na miejscu uprawiać jakąś żałosną politykierkę!

      Koalicje są na takim szczeblu niepotrzebne – zwykłe głosowanie załatwiałoby spokojnie sprawę.

      Wiecej! Ciskanie się ze swoimi poglądami politycznymi powinno być karalne. Samorządy powinny być odpolitycznione na maxa, a wchodząc na zebranie, każdy radny powinien natychmiast zapominać, jaką opcję polityczną reprezentuje.

     Pod groźbą co najmniej wykluczenia.

     Ale i tak jest już lepiej (normalniej), niż przez ostatnie 30 lat. Do tej pory, przed wyborami, kandydaci pletli co im ślina na język przyniosła i obiecywali złote góry, przekraczając granice absurdu, głupoty i żałości. Od momentu, gdy PiS spełnił to co obiecał, coś się zmieniło. Już nie ma takiego bezczelnego nawijania makaronu na uszy. A może te ćwoki z politycznymi ambicjami zrozumiały, że nikt tego bełkotu już nie kupi?

     Więc niech u nas, na naszych małych podwórkach, naszymi przedstawicielami zostaną ci, którym zależy na tym podwórku.

     A nie na jakichś gwiezdnych wojnach i stałej, ciepłej posadce.

40 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

          Karol Marx był pewien, że kapitalizm to system, który konsekwentnie dąży do autodestrukcji.

          No przyłożył do tego swoje łapska – albowiem jego idee, w morzu krwi, próbowano wprowadzić w życie.

          Spowodowało to powstanie obecnie panującego układu. Dziwnego, globalnego połączenia socjalizmu z kapitalizmem (globalizację też zresztą ten brodaty, leniwy obdartus przewidział).

          Ale kapitalizm sam z siebie, w jednej kwestii, przeobraził się… no nie w idealny komunizm (bo taki nie jest możliwy – jak to z utopią bywa), ale w jedną z jego dość specyficznych odmian.

          Mianowicie w korporacje.

          Coby nie mówić, światem dzisiejszym (tym ekonomicznym) rządzą właśnie one. Korporacje to dziwne, ponadnarodowe twory, niepodlegające państwowym regulacjom – albowiem państwo dla zarządu korporacji nie ma znaczenia: każdy z zarządców jest skąd inąd. Ich to wręcz śmieszy! Korporacji nie obowiązuje takie oddolne przywiązanie do miejsca: ich miejscem jest świat, a celem pieniądz. To piramidalne konstrukcje, na których szczycie stoją nieliczni, bogaci niewyobrażalnie członkowie zarządu, bajecznie opłacani dyrektorzy i setki tysięcy rozsianych po całym świecie wyrobników, którym w ramach wynagrodzenia wypłaca się kwoty wystarczające jedynie na biologiczne przetrwanie. Paradoxem i ironią graniczącą o sarkazm jest fakt, że to owi wyrobnicy są regularnie krojeni z podatków na utrzymanie państwa, ponieważ ta międzynarodowa (internacjonalna) pajęczyna unika opłat w obcych im tworach państwowych na wszelkie możliwe sposoby!

         Tak to wygląda globalnie.

         Ale jak to absurdalnie i komunistycznie działa, jest odczuwalne właśnie na samym dole tej piramidki, czyli w blaszanych zakładach wytwórczych. Podejrzewam, że w Polsce jest to szczególnie widocznie, ze względu na pozostałość po PRLu i następującym po nim nagle wystrzale w dziki kapitalizm (a raczej wyścig szczurów) – czyli  nepotycznym systemie pracy i jakimś bezsensownym parciu ku mglistemu sukcesowi: to znaczy wypłacie wystarczającej na normalne życie. To tak w skrócie.

         Więc z samego dołu tej piramidki:

         Czymś bezużytecznym (acz niezbędnym) są rzesze manualnych, słabo wyszkolonych składaczy czegokolwiek, których niejako pod właśnie państwowym przymusem zatrudnia się na byle umowę, za minimalną płacę (i tak za dużą w oczach zarządców). To dół, fundament owej konstrukcji. Owi monterzy nie mają głosu, praw, a jeszcze niedawno byli łatwi do zastąpienia, więc kręcili te swoje śrubki w ciszy i pokorze. Zresztą i nawet teraz ludzie bez kwalifikacji mają przerąbane.

         Nad nimi stoją tak często przeze mnie opisywani kapo, czyli majstrowie, kierownicy, nadzorcy ogólnie (dostający po trzykroć hajsu, co ich podwładni). System doskonale sprawdzony podczas II WŚ w KL.

         Ale potem zaczyna się drugie piętro tej piramidki - biura.

         Czyli towarzystwo kompletnie oderwane od rzeczywistości hali produkcyjnej, wypełniające polecena z góry (owego zarządu, poprzez dyrektora firmy).

         Zarząd mający pod swoimi rządami setki fabryk, nie bardzo interesuje się działaniem pojedyńczych firm. Ich interesuje produkt finalny. Ogólny. A ten praktycznie zawsze wychodzi na plus.

         Więc już na drugim piętrze budynku zaczyna się paranoja (jak ktoś kiedyś umieści biura poniżej hal, to będzie oznaką zmian). W polskich warunkach urzędują tam na ogół gamonie po bylejakich uczelniach, wkręceni poprzez innych gamoni. Trzymają się swych siedzisk uparcie i kurczliwie, albowiem to ich życie.

          Dosłownie!

          Takie zwykłe biuro, zwykłej wytwórni, po latach zmienia się w zmieloną melasę, jeden organizm, który myśli tak samo, robi to samo, żyje tak samo, itd…

          Taka sztuczna inteligencja żyjąca w oderwaniu od wszystkiego, coś jak grzybnia.

           Pod spodem są ludzie myślący, obserwujący działanie tego systemu. Ba! Oni chcą to zmienić na lepsze! Ale dla grzybni nie ma to znaczenia. Oni są ponad to. Oni wypełniają polecenia korpo. Bilans i tak będzie na plus. Ich błędy (idące nieraz w setki tysięcy) pójdą w koszta tych z dołu (poobcinane same setki). Im korpo wybaczy. Bo korpo tak ma. Bo korpo tak działa i to o dziwo jeszcze się trzyma kupy!

           Tam naprawdę trzeba zapaści owych setek fabryk, by coś przestawić, ale i tak największy rozpiździaj robią spece od obrotu kapitałem (maklerzy), którzy to wszystko ustawiają na najwyższym szczeblu (pieniężnym).

            Oni nawet nie wiedzą co czynią!

             A to wszystko, o dziwo ciągle działa!

             Że zacytuję: "Marks twierdził zaś, że ze sprzeczności pomiędzy właścicielami kapitału, a jego wytwórcami wynika zjawisko nadprodukcji. Chciwi większych zysków kapitaliści produkują coraz więcej, jednocześnie ograniczając płacę robotników. W efekcie robotników nie stać na zakup produkowanych przez siebie towarów. Wyjściem z sytuacji staje się walka o nowe rynki zbytu. Gdy te rynki się jednak skończą, a także wyczerpią się możliwości respirowania popytu na rynkach wewnętrznych, kapitalizm upadnie."

    

       Najśmieszniejsze, że na tych u linii żyłuje się i oszczędza do fizycznego oporu! Śrubuje się im normy, wylicza co do sekundy czas przerw, itp. Wszystko po to, by zaoszczędzić każdą złotówkę, każdy grosz… a potem jakiś handlowiec, planista, czy inny czop z owego biura daje po całości dupy i straty idą w setki tysięcy, a nawet miliony (straceni klienci)! I nikt tam za to nie ponosi konsekwencji!!! Oni się wytłumaczą praktycznie ze wszystkiego. Tak jest naprawdę, bo to widziałem już przynajmniej trzykrotnie (w tym jedna firma przez to całkowicie padła!).

         Paranoja totalna!

 

 

        "Kapitał jest pracą umarłą, która jak wampir ożywia się tylko wtedy, gdy wysysa żywą pracę." 

         Dziś, już na sucho, ponownie zaczyna się go doceniać. Był cokolwiek błyskotliwy, ale nieudolna i nieprzemyślana próba wprowadzenia jego idei w zycie skończyła się horrorem. No cóż. Ciężka jest dola filozofa…

        "Formuły, które na pierwszy rzut oka zdradzają, że właściwe są takiej formacji społecznej, w której jeszcze proces produkcji rządzi ludźmi, a nie człowiek procesem produkcji, wydaję się jej burżuazyjnej świadomości koniecznością równie naturalną i oczywistą jak sama praca produkcyjna. Dlatego też burżuazyjna ekonomia polityczna traktuje przedburżuazyjne formy społecznego organizmu produkcyjnego mniej więcej tak samo jak Ojcowie Kościoła traktują religie przedchrześcijańskie."

        

        

66 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Jesienne słońce

Lekko zniżone

Poletni deser…

Wietrzenie po dusznym czasie upału

Ozłaca nozdrza świeżym oddechem

Wszystko staje się inaczej

Świeżej

Gdzieś już czai się chłód północy

Lecz południe jeszcze nie odchodzi

Agonijny nastrój

Zbliżającego się zamrożenia

Najpiękniejszy moment

Tuż przed zgonem

Żadna pora roku tak nie pachnie!

Żadna tak nie bije blaskiem!

Przebłysk wrót raju

Pomiędzy paranoją fizyczności i mrozem niewiary

Nic tak nie doprawi smaku życia

Jak te łagodne lśnienie

Po chaosie narodzin

Upiornym skwarze działania

Przed piekłem zamarcia…

91 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

  Podobno nie ma ludzi bez talentu. Podobno każdy ma umiejętność, która go wyróżnia, ale jak to w życiu bywa, większość ludków tego talentu zwyczajnie w sobie nawet nie odkryje, bo życie zapędziło ich do innych robót, w których się tylko męczą i marnują… Bo takie jest to dziwne życie!

Więc efekt jest taki, że światem kręcą miernoty… które też marnują swoje ukryte talenty! A tych z prawdziwymi talentami nie dopuszczają na swoje miejsce, bo je jakimś cudem (koneksjami najczęściej) zdobyli.

To podobna paranoja, jak z dojazdem do pracy.

Logicznie rzecz biorąc, powinniśmy pracować jak najbliżej miejsca zamieszkania, ale tak nie jest! Codziennie rano, z różnych, niewiadomych mi przyczyn, cała masa ludu pracującego miast i wsi, przemieszcza się w przeciwnych kierunkach, blokując drogi, zapychając transport publiczny i wstając przynajmniej o godzinę za wcześnie (przy okazji odstawiając swe niewinne dzieciątka do przeróżnych przechowalni).

Wszystko w pośpiechu.

Nie wiadomo w sumie po co?

No troszkę jednak wiadomo. Wyższe o parę stówek pensje, nepotyczno/kolesiowy system zatrudniania na miejscu (prowincja), no ale można!

Teraz można – bo śladowe bezrobocie, ale i w czasach tego galopującego też było można!

Jako typowy przedstawiciel prekariatu, praktycznie całe swoje życie zawodowe spędziłem w swoim mieście (nie miasteczku!) przylepionym do Trójmiasta, ruszając się co najwyżej na 15 kilometrów do pracy (w połowie drogi do owej aglomeracji), co mnie w końcu i tak mocno zmęczyło, że zamieniłem to na mniej płatną, gorszą robotę – ale na miejscu.

Niezrozumiałe?

Proste, o ile się jest kimś bez zobowiązań. Kwestia wyboru: czy dasz się przypiąć do dyszla, czy sam chcesz wybierać pastwisko?

Ale nie o tym miało być.

Niektórzy mają większe ambicje i chcą zaistnieć.

Można próbować w sporcie – tu przynajmniej zasady są jasne: wygrywa ten pierwszy. I żyje: jak czołowi piłkarze i olimpijczycy z rentą za złoto – co popieram z całą mocą! Reszta niestety po latach uprawiania owego musi zmienić branżę i wylądować w zwyczajnym życiu.

Ale są inne dziedziny: jak muzyka, gdzie rynek został już tak zamulony, że prawdziwe perełki są trudne do wyłuskania. Aktorstwo, gdzie 90% klepie biedę i szuka chałtur, a resztę… widać! Oni wszyscy tak samo kończą na ubitej ziemii pełnej pospólstwa (z którego się wywodzą).

Problemem jest samo zaistnienie, ale jeszcze większym jest przetrwanie!

Szczęśliwcom uda się przetrwać życie w swojej branży i przy oklaskach tłumu, ale jest to opcja tak na góra 100 lat. Wszystko dalej się zwyczajnie zapomina.

Więc po kim zostanie pamięć?

Nie po pisarzach! Na przykład większość XIX wiecznej literatury już jest bezwartościowa w dzisiejszych okolicznościach. Muzyka? Przetrwa nieliczna. Kino? To samo. Fotografia? Mamy już smartfony, drony, a zaraz będziemy mieli okulary rejestrujące wszystko w trójwymiarze – to też przepadnie.

Szachiści przegrają z komputerami wreszcie. Rzemieślnicy z drukarkami 3D.

Co więc przetrwa na wieki? Na pewno rzeźba i malarstwo.

I myśl.

Idea spisana.

56 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Kategorie

Użytkownicy na stronie

Aktualnie online: 2

Stronę odwiedziło

000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 54.89.187.28

Kontakt

Your name
Your email
Enter your message
Enter below security code