Miesięczne archiwum: Grudzień 2013

  •     Pierwszą, najliczniejszą grupą, wbrew medialnej histerii, są ludzie spędzający tą noc w domu, spokojnie, przed televizorem. O północy rozpijający szampana z współmałżonkiem, ewentualnie jakąś ćwiartkę z sąsiadem (jak wiadomo kładzenie się spać przed północą nie ma sensu – i tak obudzi hałas petard i fajerwerków).
  • Drugą pod względem liczby są chyba słynne domówki. Niezobowiązująca libacja u kogoś w domu, z obowiązkową potańcówką. Zawsze mnie mocno śmieszyło zdejmowanie butów i tańce na bosaka (taki dalekowschodni obyczaj). Poza tym ujdzie w tłoku: strój galowy nie wymagany i atmosfera zazwyczaj luźna.
  • Od lat wielu każdy bar, restauracja, klub, pub i remiza mają w zwyczaju organizowanie balów. Podobne to jest do wesel – bo równie wieśniackie (zazwyczaj). Mężczyźni w źle leżących garniturach i marznące w wykwintnych strojach kobiety, grzęznące szpilkami w śniegu, lub błocie. Na szczęście klimat się ociepla i od paru lat nikt już nie trzęsie zębami z zimna. Co do garniturów – tu obowiązuje zasada, że to nie szata zdobi człowieka i byle burak raz do roku wbijający się w garniak i tak pozostanie burakiem. Bo elegancja, to nie tylko ubranie – to przede wszystkim styl bycia. Kto nie wierzy, niech obejrzy ostatniego Bonda. Dobrze dopasowany garnitur leżący na właściwej osobowości dopiero czyni elegancję pełną. Podobnie kobiety udające się na bal (tudzież wesela), obowiązkowo muszą coś wykombinować z fryzurą – co w 9 przypadkach na 10 wygląda dość komicznie. Tym bardziej, gdy wiemy z kim mamy do czynienia – prosta baba zrobiona na (u)bóstwo. A bale takie, podobnie jak wesela, po początkowej sztywności, kończą się ogólnie wysypem słomy z butów (i szpilek).
  • W większych miastach organizowane są imprezy plenerowe gromadzące tłumy ludzi i transmitowane przez TV. "Gwiazdy" tam wytępujące są typowymi zapchajdziurami odwalającymi chałtury (Krawczyk, Rodowicz, Bajm, Golce i inne Zakopałery – koniecznie musi być jakiś podhalanin – bo lud takich lubi!), pełno też jest mniejszych beztaleńć i innych celebrytów prących na ekran. W mniejszych miastach, zwyczajowo o północy następuje pokaz sztucznych ogni i ferajna się rozchodzi.
  •  Jestem rockendrollowcem i czego mi ZAWSZE brak w ten dzień, to właśnie takich rockowych koncertów. Czy punkowe, metalowe i inne zespoły z tej działki śpią tej nocy, lub zalewają się tanim winem?! Lenistwo? Malkontenctwo? Metalowcy pewnie celebrują mroczne msze w intencji Nowego Roku. Ale czemu żaden klub nie wpadł na pomysł zorganizowania całonocnego koncertu?! Nie muszą to być kapele znane - w mniejszych miastach to nawet wykluczone, ale pełno jest młodych, nieznanych, próbujących się wybić zespołów – wystarczy, by rzępoliły. To nie jest trudne, a frekwencja byłaby zapewniona! Wielu zagubionych tego dnia młodych, zorientowanych na rocka ludzi, by z chęcią wpadła na takie występy. A tak w większości miejsc koncertowych zieje tej nocy pustką, a młodzież z wyrobionym gustem muzycznym nie może się odnaleźć w tą głośną i bezsenną noc… 

 

713 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

     Obecnie jazda po chrześcijaństwie (katolicyzmie zwłaszcza), księżach i pochodnych, jest w modzie, trendy i jest oznaką statusu społecznego (krytykuje – znaczy jestem eutelygent). Faktycznie przybrało to już formę nagonki, wojny, a wręcz pogromów! Nie trzeba nawet być w temacie, by na hasło: xiądz, odpowiedzieć na przykład odruchowo: pedofil! 

     I będzie się kuul w towarzystwie.

     Sęk w tym, że strona kościelna nie jest bez winy. Wręcz przeciwnie! Kler nasz żyje w tak fantasmagorycznym świecie, w kompletnym oderwaniu od realiów życia, że najazd levicy na ich poletko jest jak najbardziej na miejscu i można się go było od dawna spodziewać! Oni zamiast być pasterzami dla owieczek, już od dawna są tylko elektrycznymi pastuchami dla bydła.

    I sami zachowują się jak bydło.

    Xięża nasi drodzy (w utrzymaniu) grzeszą zresztą powszechnie niewyobrażalną pychą, wiernych obserwując z pułapu stratosfery. Jeśli już traktują wiernych jak ludzi, to z pewnością ograniczonych umysłowo. Są "nieomylni" i niekrytykowalni do tego stopnia, że nie potrafią rzeczowo odpowiadać na niewygodne pytania dziennikarzy niezależnych od nich i w paru takich sytuacjach jeszcze bardziej się pogrążyli (w żenującym stylu zresztą). Ich wszelka jawna krytyka ogromnie dziwi, jako że ciągle są przekonani, że są kastą nietykalnych i grzechem jest ich ruszać – bo to służba boża.

    Paradoxalnie – rozbestwił ich tak PRL, gdy byli jedyną właściwie ostoją wolności i dysponentami darów. Ci co starsi chcieliby pewnie, by ich poddani klękali przed nimi i całowali ich w pierścień (i nie tylko).

    W promieniu 50 kilometrów od mojego domu znam przynajmniej 10 przypadków regularnych kochanek szanownych xięży, które czasem mieszkają na plebanii całkiem legalnie (!) jako gosposie. Bogactwo proboszczów i megaluxus biskupów też nie jest żadną tajemnicą – to po prostu widać. Lobby homosexualne jest faktem, czego najdobitniejszym przykładem jest historia Abp Paetza. Notabene pederasta ten w purpurze, jest też podejrzany o współpracę z WSI, co nie było bynajmniej wyjątkiem wśród kleru w czasach PRL! Gdyby poszperać w teczkach, to TW w sutannach wysypali by się jak z rękawa! 

     Dotyczy to zresztą też biznesmenów, polityków i dziennikarzy, dlatego tych nazwisk nikt nigdy nie odtajni – bo nie miano by czym ich później szantażować i niejednemu ubekowi urwałoby się źródełko wygodnego życia.

    Ale wracając do obsługi naziemnej Pana Boga. Do seminariów podostawało się od cholery przypadkowych ludzi: zagubieni homosexualiści z małych miejscowości, delikatni romantycy po miłosnych załamaniach, czy zwykłe cwaniaki liczące na zyskowną, wygodną i dożywotnią posadę, lub debile bez przyszłości, nadające się co najwyżej do policji.

    I teraz to całe tałatajstwo mierzy wszystkich swoją miarą, a pożądnego kleryka z gromnicą można szukać!

    Tu wypada wspomnieć o moim proboszczu, zwanym pieszczotliwie cienkim. Cienki jest podeszły w latach i słynny na całą okolicę! Gwiazduś taki i kolejny samozwańczy autorytet moralny po: Ojcu Tadziku i Adamie Michniku. Ma się za kombatanta walki o wolną Polskę, chociaż nikt nie może sobie przypomnieć jego żadnych osiągnięć na tym polu? Ale nic to! Przecież to opisał szczegółowo już w dwóch xiążkach! Cienki, jako że jest dość stary, to i zrobił się niesamowicie marudny, więc gdy mam nieszczęście trafić na mszę z jego paplaniem, to zwyczajnie opuszczam świątynię (wielu tak czyni), a grzech idzie na konto tego elektrycznego, zarozumiałego pastucha. Pastuchy owe mają zresztą dziwną manię wyżywania się na tych chodzących jeszcze do kościoła, a omijania szerokim łukiem tych, których on nie obchodzi! Czym powoli, acz nieuchronnie pozbywają się wiernych i niedługo obudzą się z ręką w nocniku – jak kościół zachodni.

    I słusznie! Bo to chyba jest potrzebne, by panowie w sutannach pozbyli się raz na zawsze pychy i pogardy – czyli grzechów dość wielkiego kalibru.

    A cienki rozwalił mnie jednym motywem: udzielił ślubu kobiecie po zmianie płci!!! Wątpię, żeby o tym nie wiedział – sa przecież dokładne xięgi parafialne. Żeby było sprawiedliwie, ta dziwaczna para babsko-babska dostała od urzędników prezent w postaci adoptowanego dziecka (!!!). I to wszystko w moim nieolbrzymim mieście, jeszcze przed tym genderowo/gejowsko/feministycznym cyrkiem…

430 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

   To trafne powiedzonko wymyślone przez A. Fredrę w jednej ze swoich bajek. Angole mają swoje: mój dom jest moją twierdzą. Najtrafniejsza sentencja została jednak wymyślona we Francji przez Voltaire'a: "Wolność moja kończy się tam, gdzie zaczyna twoja". Do dziś to główne hasło libertarianów. 

   I obecnie nagminnie łamane przez środowiska postępowe (chociaż to faktycznie antypostęp). W świecie nibycywilizowanym narzuca się odgórnie przyjęte stanowisko, a wszelkich krytykantów tępi się wszelkimi sposobami. Bolszewizm twierdził, że trzeba mieć takie a nie inne poglądy, a jak nie to kula w łeb. Jak wiadomo ten system się nie udał, więc teraz zmieniono trochę to pojęcie: możesz mieć jakiekolwiek poglądy, byleby zgadzały się z ogólnie przyjętą normą. Podobnie jak Ford reklamował wybór pierwszego, masowo produkowanego modelu T: "Możesz otrzymać samochód w każdym kolorze, pod warunkiem, że będzie to kolor czarny".

   Woność jak cholera!

  Trzeba tu wspomnieć o zboczeńcach, chociaż ci przyjęli dość dziwną, ale skuteczną retorykę: za dużo ględzisz o homosiach – znaczy sam jesteś jednym z nich (?!). Ale jak o nich nie ględzić, skoro ich bredzenie dociera do mnie wszystkimi kanałami?! Mnie naprawdę nie interesuje, co dorośli faceci robią u siebie w domu, ewentualnie w swoich lokalach! Nawet nie chcę o tym wiedzieć!

  Sęk w tym że muszę. Bo oni domagają się pełnej akceptacji i uwielbienia, jak dawniej komuniści dla swojej ideologii. Oni powyłazili z nor i zalewają ulice swoimi paradami (za nimi powoli wypełza ze ścieków moralności reszta tego tałatajstwa). Oni wyciągają mokre z podniecenia łapy po małych chłopców, bo im się należy!!! A każdy najdrobniejszy głos krytyki jest z miejsca uznawany jako bezpardonowy atak i działanie na szkodę ludzkości.

   Propagatorzy multikulti żądają społeczeństwa wymieszanego i odciętego od korzeni. Efektem będzie człowiek przyszłości: mulat wyznania islamskiego, o nieokreślonej płci.

  Zróżnicowanie jak cholera!

  Po naszym parlamencie już pałęta się jakiś chory psychicznie mutant, którego trzeba nazywać kobietą pod groźbą kary (!!!).

  Jest więc wolność – ale dla wybranych. Są więc równi – ale są równiejsi.

  Gorsze od ucisku jest życie w ucisku obłudy.

  A to się teraz dzieje… 

   Swoją drogą, wspomniany Voltaire trafnie też opisał Polaków: "Jeden Polak to istny czar, dwóch Polaków – to awantura, trzech Polaków – och, to już jest polski problem."…

437 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

   Zacznę może od tego, że sportem numer jeden na CAŁYM świecie jest piłka nożna. I już. Na czas Mundialu milkną wojny, a kto żyw od Antarktydy po Arktykę i od Ameryk po Azję zasiada wtedy przed televizornią.

    Szczytna idea barona Pierre de Coubertina padła na ryj już w 1980 roku (podobnie jak ONZ w Jugosławii 10 lat później), bo to wtedy ruscy się nie dostosowali i wpadli do Afganistanu (co ich doprowadziło do katastrofy sprawiedliwie). Drugi raz taki numer powtórzyli podczas olimpiady w Pekinie, gdy znienacka ruszyli na maluśką Gruzję. Kraj ten wtedy uratował nasz zeszły nagle i znienacka prezio i jest to jedyna rzecz, za jaką go lubię.

    Olimpiada jest ogólnie nadymaną, krótkotrwałą bańką finansowo/medialną, po której taki na przykład Montreal zbierał się przez ćwierć wieku.

    A na piłkę kopaną wystarczy parę stadionów i rękę sobie dam uciąć, że Polska mogłaby na dniach zorganizować chociażby Mundial (oczywiście w kooperacji z jakimś sąsiadem) i by było super - jak na Euro!

   Ale nie! Jakiś debil (zdaje się prezio od goleni filipińskiej?) ongiś rzucił KOMPLETNIE NIEREALNY pomysł olimpiady w Zakopanym/Krakowie i teraz co i rusz ten temat powraca. Nie byłem nigdy w Zakopanym i na Podhale się nie wybieram. Jak już wspominałem wielokrotnie: chlać, seplenić i mówić prawdę potrafię, halny na mnie nie działa (bo nie dochodzi do Pomorza) a całym tym goralenvolkiem zwyczajnie i mocno gardzę! Wiem za to, że normalny dojazd słynną zakopianką, tudzież koleją do stolicy Tatr polskich jest zwyczajnie niemożliwy, lotniska tam nie ma, a ta krzyżówka owiec i ludzi, zwana powszechnie góralami, patrzy tylko jak orżnąć turystów.

   Równie dobrze moglibyśmy zacząć konstruować Gwiazdę Śmierci.

   Ale temat uparcie powraca, jak jakaś epidemia zapalenia opon mózgowych!

   Podobnie najgorsza polska dziura (bo centralna), czyli Łódź, ciągle chce zostać stolicą kultury, czy czegoś tam innego…

   To jakby Phenian chciał zostać stolicą biznesu, turystyki, jedzenia i nowoczesnych technologii !!!

   Ludzie, weźcie się w końcu opamiętajcie!

   Z gówna złota nie utoczysz, jak powiada stare przysłowie…    

      

535 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

     Ja wiem, dzień narodzin (równie mętny w swej autentyczności, co pochodzenie i majątki polskich biznesmenów i polityków), ale akurat przypomniała mi się panika związana z zeszłorocznym, planowanym akurat na święta (tak to rozgłaszano) przez Majów końcem świata. Nawet film o tym zrobiono typowo hoolyłudzki, co to swoim kretyństwem rył łeb dokumentnie…

     A im się po prostu kalendarz skończył i rozpoczęli nową rachubę – jak my czynimy corocznie.

     Tych końców świata bywało cała masa! Przodowali w tym świadkowie Jehowy. Ogłaszali go tak często, że wreszcie dali sobie na luz, a jak w końcu koniec nadejdzie, to roździawią japy ze ździwienia.

     Otóż koniec świata budzi u ludzi jakieś atawistyczne przerażenie. Tak jakby kurwa mieli nigdy nie umrzeć!

     Mi by taki na ten przykład upadek komety/meteorytu, tudzież nalot czarnej dziury pasował wybitnie! Przeżyłem te prawie 40 lat w miarę kolorowo, ale jednocześnie dostojnie, śmierć w hospicjum, lub z głodu (nieuchronnie nadchodzące bankructwo ZUS i katastrofa demograficzna) nie za bardzo mnie rajcuje. Na ognisty rozpieprz w rozpędzonym Ferrari też za bardzo nie mam szans, więc prawdopodobnie byłbym jednym z niewielu zadowolonych z widoku zbliżającego się do Ziemii bolidu. Śmierć teraz, czy za chwilę? Dla wierzącego to bez znaczenia!

     Gorzej, gdyby zaatakowali nas kosmici – wtedy to poczułbym się obywatelem świata i ruszył do jakiejkolwiek walki!

     Chyba takie mroczne w swej podstawie myśli spowodowała usłyszana przeze mnie wczoraj kolęda, więc tak ku radości niech zagrają Pastorałkę BRACIA FIGO FAGOT .

    Oby więc wam karp ościami w gardle stanął, Mikołaj trafiłby się wam pijany w sztok, na pasterce xiądz zwymiotował do chrzcielnicy i ogólnie: kij wam w ucho!!!

424 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

    Jak już wspominałem, pokolenie urodzone po, albo w trakcie II Wojny Światowej jest czymś najgorszym, co przez dzieje ludzkości nosił na sobie świat. Na zachodzie to hippisi i prekursorzy różowo/pluszowego faszyzmu. Tudzież drapieżne hieny bankowości i korporacji bezimiennych. Po drugiej stronie żelaznej kurtyny wyrósł miot tępych prostaków, uzależnionych od obcych opinii (samodzielność myślowa była niemile widziana w realnym socjalizmie), kompletnie niekulturalnych (propagowano wówczas kulturę wysoką – czyli pomyje dla pozerów), strachliwych jak zające (odwaga wtedy była przepustką na inny świat) i pozbawionych hobby, albowiem w realnym (?!) socjalizmie nie było miejsca na hobby – wszystko było podporządkowane systemowi, a pasje wszelakie były domeną "zgniłego" zachodu (który notabene naprawdę w końcu zgnił!). Ktoś, taki typ ludzi nazwał całkiem trafnie: Homo Sovieticus.

    Tą mentalną pustkę na ogół wypełniały (i wypełniają) tym drętwym staruchom czynności systematyczne i monotonne. Oni uwielbiają symetrię (co jest domeną głupców), prostotę (bo wyżej nie są w stanie wzlecieć) i udawanie ludzi z zasadami (bo niczego innego nie wykombinują).

    Strasznie mnie wkurwiają ludki, które swój mały świat mają uporządkowany w najdrobniejszym szczególe! Jakby to miało jakieś znaczenie. Gdy sami mają nerwice natręctw, to jeszcze można od biedy wytrzymać (ale wkurwia!), gorzej gdy te autystyczne niedoróbki żądają od innych podobnych zachowań. Jeszcze gorzej, gdy deprecjonują innych, bo ci zachowują się nieszablonowo.

    Czasem, gdy łapię się na tym, że robię coś sztampowo i regularnie, staram się to natychmiast zmienić. Porządek owszem, ale nie monotonia! 

    Przy okazji: przed chwilą będąc na miejscowym targowisku zwanym szumnie Manhattanem usłyszałem najgorsze dotychczas wykonanie kolędy w swoim życiu! Totalnie zarżnięte "Mędrcy świata, Monarchowie" sączyło się z głośników przy akompaniamencie organów kościelnych, z nienaturalnym spowolnieniem. Jakaś babcia słusznie się przeraziła, że to chyba pieśń pogrzebowa? Kolęda w tym wykonaniu nadawała się jeno na puszczanie tylko w Wielki Piątek. Głowy nie dam, ale wyczułem w tym utworze głos Wodeckiego? 

    Otóż kolędy z natury MUSZĄ być wesołe! Jako człek o wrażliwym słuchu nie życzę sobie takich naditerpretacji! Możliwości jest wiele. Trzeba to tylko zrobić z sercem i fantazją, jak na przykład niejaki Para Wino.

    A nie zgrywać medialną pokazówę, która wybebesza wnętrzności! 

410 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

    Oto kolejne święto z pały wzięte, wymyślone w ciepłych Włoszech, ale po latach krytycznego nastawienia zmieniłem pogląd na tą sprawę. O czym później.

    Jest sporo organizacji zrzeszających przedsiębiorców, biznesmenów i ekonomistów teoretyków bez realistycznego pojęcia o życiu zwykłych ludzi, którzy najchętniej polikwidowaliby wszystkie święta i dni wolne – bo to szkodzi gospodarce! Bo trzeba pracować, bo PKB samo nam nie urośnie! Ja tam najchętniej co miesiąc widziałbym jakieś konkretne święto, a za pracę w weekendy i nadgodziny (święte 8 godzin pracy, 8 godzin odpoczynku i 8 godzin snu) ścigałbym bezlitośnie! Uwierzcie mi – ekonomia by od tego nie ucierpiała! Pracy i tak nie ma, a jak jest to na ogół beznadziejna, bo te lepsze etaty pozajmowali krewni i znajomi królika. 3 miliony emigrantów zarobkowych mogłoby o tym mówić długo, boleśnie i rozwlekle.

     A Sylvester? Kiedyś chętnie widziałbym go na przykład w czerwcu. Wtedy gwarantowany byśmy mieli karnawał w Rio! Polacy, wbrew pozorom, mają taką mentalność, że zabawę ciężko by było zatrzymać w jeden dzień. Ale niestety ów koniec rocku wypada w końcu szarego, zimnego i smutnego grudnia. Na ogół nie ma wtedy jeszcze siarczystych mrozów, na ogół piździ, a z nieba pada jakaś wilgotna melasa. Nic tylko się pochlastać!

    I wtedy właśnie mus medialno/społeczny każe nam ruszyć znudzone dupsko i pójść w tany. Nawet jeśli ktoś złośliwie postanowi przespać tą noc, to i tak zbudzi go o północy kanonada fajerwerków i wrzask podpitego towarzystwa.

    I słusznie!

    Po latach obserwacji doszedłem do wniosku, że właśnie w tym smutnym momencie potrzebny jest taki masowy ruch imprezowy i całe to ogólne wariactwo.

    A to wszystko po to, by choć na moment zapomnieć o tych smutnych okolicznościach przyrody i móc dociągnąć do wiosny.

    Więc szampańskiej zabawy w ten najsmutniejszy przyrodniczo dzień w rocku!

     Do tańca ludu przygnębiony!

405 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

    Wystarczyły 2 dni rzutu oka w ekran televizorni, bym już miał o czym pisać.

    Otóż jest sobie dość świeży kanał, zwany Superstacją. Miałem nadzieję, że dla odmiany będzie to televizja na kształt tygodnika Angora, który podaje informacje, felietony i inne takie, z różnych źródeł, z leva, prawa i środka, ale sprawiedliwie, obiektywnie, prawdziwie po dziennikarsku.

     A tu nie!

     Dość szybko stacja ta okazała się mocno levicującą. I właśnie o tym. A dokładnie o dwóch kwestiach które tam dziś i wczoraj zauważyłem.

     Zacznę od jakiegoś wytatuowanego półpanka, który wczoraj usiłował zgłosić bezpośrednio, na miejscu, na policję, że niszczy się instalację artystyczną (?!) na placu Zbawiciela, zwaną dalej tęczą. Tęcza naturalna, co dość ważne, jest siedmiokolorowa, ta była od początku sześciokolorowa, nienaturalna (jak sztandar dewiantów) i siedmokrotnie niszczona (co oznacza, że raczej przeszkadza). Destrukcja owego "dzieła sztuki" (niedawno spalonego) miała polegać na wkładaniu w konstrukcję z drugiej strony kwiatków białych i czerwonych, co miało być psuciem (zniszczonego już!) zamysłu autorki. Policja na szczęście zachowała spokój i anarchistę medialnego, ku jego wściekłości, dokumentnie olała.

     O "sztuce" dzisiejszej pisałem już gdzieś tam poniżej. Pół biedy, kiedy różne, nowoczesne "dzieła" są wystawiane w zamknięciu – wtedy samemu się ryzykuje, wchodząc do galerii i podziwiając (lub nie) owe wypociny dyplomowanych "artystów".  

    Ale jak coś jest wystawiane na widok publiczny i w zamyśle ma szokować, prowokować i obrażać (zwłaszcza dotyczy to tak delikatnych kwestii, jak religijno-społeczne), to niszczenie takiego czegoś jest jak najbardziej na miejscu!

    Pamiętam do dziś, jak krótko po upadku komuny, co poniektórzy burzyli się, że obalono (od razu go rozbijając w drebiezgi – i dobrze!) pomnik Felixa Dzierżyńskiego! Bo to panie pomnik i tak powinien zostać!

    Debile.

    Na podobnej zasadzie trzeba walczyć z ową tęczą (mimo że pozornie niegroźna).

    I już.   

    Dziś za to usłyszałem mocno podstarzałe paniusie zebrane w studiu, które narzekały, że przeciwnicy aborcji powinni usiąść, porozmawiać, wyciągnąć ręce i dojść do jakiegoś consensusu…

     Tyle że pewne kwestie są bezdyskusyjne.

     Każdy się zgadza, że złodziei i morderców trzeba karać.

     To normalne.

     Tego się jeszcze nie kwestionuje, ale zaczyna się kwestionować normalność, propagując zboczenia, eutanazję i właśnie aborcję, co już wielu (w tym i ja) uznaje za naruszenie tabu i dopuszczenie do mordowania bezbronnych.

     I ta rzecz jest bezdyskusyjna i taka powinna pozostać. Wszelkie talmudyczne, bezproduktywne dyskusje na tematy oczywiste, są dla ludzi mojego pokroju niedopuszczalne. 

     Bo bezsensowne.

     Są jeszcze na tym świecie zdemoralizowanym i levackim ludzie PRAWI, posiadający konkretne poglądy, których się nie mogą wyrzec. Nazywa się to powszechnie zasadami.

     Levactwo tego nie pojmie – ono chce ględzić i ględzić i ględzić…

     I zaględzić na śmierć!

445 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

    Do ekologów.

    Czemu te zielone dziamdziaki tak się uparły, by nie dopuścić do zabijania karpia na święta?!

    Po to się je hoduje do ciężkiej cholery! Idąc tym tropem, zieloni przez okrągły rok powinni protestować pod sklepami rybnymi, portami rybackimi i sklepami wędkarskimi – bo to wylęgarnia sadyzmu. Rybny holokaust, ale rozciagniety w czasie (jak zabijanie przez murzynów, białych afrykanerów w RPA).

    Karpia "po żydowsku" co roku w tym czasie robi moja matka. Przy czym to absolutnie nie jest karp po żydowsku. To karp pokrojony w dzwonka, zasmażany, potem ułożony w rondlu/garnku, zasypany cebulą, zalany śmietaną i winem (półwytrawnym, białym), doduszony, czy cuś tam i podany…

    Szczerze mówiąc to największa zajebioza kulinarna w moim życiu (powtarzalna corocznie). Podobnie jak mojej nieżyjącej już babki z kieleckiego: pierogi z mięsem i kapustą (niepowtarzalne do dziś!), czy jej samodzielnie wypiekany chleb. Nie wiem czy wypiekanie chleba jest jeszcze w modzie, ale większość młodych, modnych, spozerowanych paniuś, które się za to zabierają na podstawie przepisów z gazet/neta, wyjebałbym w kosmos przyczepionych do szambiarki (i solidnej rakiety oczywiście)!

    Do pewnych rzeczy trzeba mieć dryg po prostu. I doświadczenie koniecznie! Nie trzeba być wybitnym kucharzem, ale TĄ JEDNĄ potrawę można robić niepowtarzalnie. I z tym się spotykałem nader często.

     KAŻDY ma jakiś talent. Najczęściej skromny. Większość nawet nie wie do czego się nadaje, bo nigdy nie szukała w tych rejonach. Część sensu życia polega właśnie na tym, by odnaleźć to, do czego się nadajemy. I by to zacząć robić.

     A duchowy aspekt świąt?

     Zdecydowana większość wiernych obchodzi święta… bo się je obchodzi! Ci starsi tak samo chodzą do kościółka (bo nakazano nam chodzić, taka tradycja).

     Nie jest to złe, nie jest to dobre. Jest zwyczajne. A zwyczajność powtarzalna też ma swoje plusy, mimo że święto bez sensu i bez podstaw – o czym wspominałem niżej.

 

    PS     Wkładanie żywego karpia do wanny tuż przed świętami, jest typowo kretyńskim, PeeReLowskim obyczajem. Tak porąbanym jak pokolenie powojenne. Blokować sobie łazienkę płetwalem w takim momencie! Nie ogarniam tego.

452 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      25 grudnia jest datą wziętą dosłownie z kosmosu! To czczone jak świat długi i szeroki, przez prastare ludy, przesilenie zimowe (obecnie trochę z obsuwą, ale to wina kalendarza juliańskiego). Ironią historii jest, że to pogańskie święto, zaadaptowane przez wczesne chrześcijaństwo do swoich potrzeb, dziś zostało zagarnięte przez komercyjny konsumpcjonizm, a jego symbolem stał się śmieszny, otyły krasnal w czerwonym wdzianku i z worem na plecach. 

     Tak naprawdę nie wiadomo nawet w którym roku urodził się Jezus Chrystus? O dokładnej dacie nie ma co wspominać. Tu Wielkanoc ma znaczną przewagę, bo wypada w żydowskie święto paschy i jest praktycznie pewne, kiedy Jezus zakończył swój żywot.

     Ludzie chyba zdają sobie sprawę z fikcyjności owego święta, bo traktują go równie iluzorycznie. Spotęgowany medialno/sklepową nawałą przekaz handlowy sprawia, że tradycyjnie zaczyna się szał zakupowy. Wariactwo ogólnie.

     Celują w tym starsze panie z powojennych roczników (moje "ulubione" pokolenie), które za punkt honoru stawiają sobie zakup ton mięsiw, kontenerów mandarynek, beczek flaków, bel baleronów… No tu przesadziłem – to raczej Wielkanocny jadłospis, ale szał ten sam!

     No i tradycja musi być zachowana, bo tak televizornie wałkują od parudziesięciu lat, a stare pokolenie wlepione notorycznie w ekrany TV, w końcu wzięło to za mus. Ale to i tak lepiej niż w USA, gdzie wszystko zostało opanowane wyłącznie przez obsesję zakupów.

     Tyle że jakiegoś łazęgi już na ten przykład nie musimy wpuszczać do domu – puste miejsce jest symbolicznie zostawione dla tych co odeszli. Na wieki i nieodwołalnie. To kolejna pogańska tradycja zaadaptowana przez kościół. Przez wieki ta instytucja opanowała do perfekcji przeobrażanie takich kwestii na swoje potrzeby. Czyni to zresztą do dzisiaj – 1 maja zrobili zdaje się świętem Józefa robotnika…

     Genialne!

439 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
021620
Dzisiaj : 1
Wczoraj : 4
W tym miesiącu : 126
Obecnie online : 1
Twoje IP: 54.162.218.214