Miesięczne archiwum: Maj 2015

         Pati Yang, Patrycja Markowska, Natalia Kukulska z jej niedorobionym, acz bogatym w spadek po tatusiu bratem Pikejem (pośmiewiskiem WSZYSTKICH Hop-Hipowców), Bracia, Cree, Blog 27, Maria Awaria Peszek – co łączy te zgrupowanie egzaltowanych babeczek, brylujących artystycznie w mediach wszelakich?

         Ano to artisticzne dzieciaczki, swoich muzycznie słynnych rodziców.

        "Dziwnym" trafem porobiło to wszystko kariery muzyczne, omijając bolączki większości zespołów i wykonawców w tym kraju. Ot – przypadkiem mieszkali, tam gdzie wydawcy, dziennikarze i producenci ; ot – przypadkiem znali wszystkich muzyków, dziennikarzy i właścicieli wydawnictw fonograficznych (bo często bywali u nich w domu za dzieciaka) ; ot  - całkowicie przypadkiem mieli dostęp do instrumentów, zawodowych muzyków, studiów nagraniowych, stroicieli głosu i melodii, itp…

        No tak wynika z ich opowiadań! 

        Dla nich bycie dzieckiem znanego muzyka/wykonawcy, to przekleństwo! Oni robili karierę "samodzielnie" , wspinając się z trudem na szczyty sławy, a nazwisko i urodzenie im tylko przeszkadzało. Tak wspólnie i jednomyślnie twierdzi cała ta pozerska zgraja.

        Jasne!

        Narzekanie na starych i nazwisko, jest medialnie proste, ale gdyby ta cała młodzieżówka kabotynów, miała rzeczywiście zaczynać od zera, w jakimś tam Pcimiu Dolnym… to by tymi zerami pozostała do dziś.

        W najlepszym wypadku przerzucali by obornik w byłym PeGieeRze, czy siedzieli na kasie w biedrze.

       Bo do tego się ciołki nadają.

        Jednak największą ściemą tego towarzystwa jest niejaka Ania Rusowicz , którą wczoraj miałem okazję wysłuchać i obejrzeć na żywo. 

        Wszystko wskazuje na to, że zajebała swoją starą, by śpiewać jej repertuar, jej głosem i w jej czasach (łącznie z ubraniem). Zero nowoczesnej aranżacji, zero pomysłów, tylko cofnięcie się w czasie o 50 lat i typowe wycie na płycie, ku własnemu zadowoleniu. Klientka wygląda, jakby odziedziczyła alzheimera po zmarłej matce.

        I jeszcze się z tym obnosi.

        Ja tam jednak ostatnimi czasy, po takich artistycznych porażkach, skłaniam się ku muzyce folkowej, ze szczególnym uwzględnienieniem ściany wschodniej. Tam są skarby: typu widziana w zeszłym tygodniu Mitra,  na dystans zostawiająca konkursowego Eneja, czy niedawno odkryty, zabójczo kozacki Joryj Kłoc. Tudzież nasze słynne na świat cały: "Żywiołak" i "Kapela ze wsi Warszawa".

        Podhale z jego warszafskimi miłosłoikami, z jego seplenieniem, pedalskimi wdziankami i jego zdziczałymi mieszkańcami, też mnie mierzi, a na widok zespołów typu: Zakopower, Golec coś tam, Brathanki, i pokrewne, cofa mi się treść żołądkowa i chcę obrzygać tą owcojebczą grupę etniczną, razem z jej stolycznymi miłośnikami, pełnymi obłudy, komplexów i drobnomieszczańskich zachowań!  

        Bo taki niestety w stolycy się kreuje muzyczny trend, gdzie na przody wybija się znajomków i podhalańskie bydło.

       Nie chcę tego naszego ryneczku muzycznego, z "gwiazdami" z wszędobylskich konkursideł televizyjnych, podziwianych przez ludki o IQ kwoki nioski, ze znajomkami z rodzin muzycznych, sprzedawanymi w kolorowych tygodnikach dla kur domowych. Mierzi mnie to. Nie kupuję tego! Chcę prawdziwych talentów, oryginałów z zapadłych miejsc, których nikt nie chce odkryć – bo ze stolycy za daleko. A i oni sami mają do niej tak samo i często ich nie stać na tą eskapadę. Zresztą po co jechać, jak wszystkie miejsca w tym warszafskim chlewie zajęły miejscowe świnie i do korytka się nie idzie dopchać – bo to miejsce dziedziczne? 

767 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Zacznę może od motocyklistów, których miałem okazję oglądać całą masę ostatniego łykendu. Chodziło o ich zlot nad jeziorem Wdzydzkim, pod patronatem stowarzyszenia o dużo mówiącej nazwie: Cruiseriders.

       Otóż pod wpływem wyczynów motocyklistów w USA, w latach powojennych, tudzież realizowanych pod tym względem filmów, motocykliści na chopperach , kojarzą się przynajmniej z bandytyzmem…

       Bzdura!

       Dzisiejsi, a zwłaszcza nasi motocykliści w skórach, muszą mieć szmal na swoją pasję, serce do jazdy i zazwyczaj nie są młodzi…

       Co wyklucza bardziej wyuzdane zachowania i absolutnie już nie dopuszcza do zachowań kryminogennych.

       To po prostu zamknięta grupa z oryginalną pasją, która na co dzień nie wyróżnia się z tłumu, a w takie właśnie łykendy zamienia się w to co lubi.

       Co mnie nie przekonywało do nich – bo uznawałem to za nieszczere pozerstwo, ale po głębszym zastanowieniu odnalazłem w tym sens (może to wpływ mojego podeszłego wieku?) i położyłem na tym lachę – niech się bawią. Zawsze to jakieś hobby. Tym bardziej, że z bliska są ogólnie w porządku.

        A co do tych słynnych młodych, wykształconych i z dużych miast?

        To są ci, co według mainstreamu są za… panującym postępem (głównie politycznym, reprezentowanym ostatnimi laty przez niejakie PO). Sęk w tym, że wygrał kolo z PiSa i wszystko to nowoczesne bydełko zajęczało i zapłakało! Oczywiście od razu poszło w mediach, że za tym drugim głosowało dno, PeGieeRy i inne niedoróbki. Taka propaganda pogardy.

         Żeby nie było, po poprzednim, grzecznym postawieniu krzyżyka na Kukiza, teraz dorysowałem własnego kandydata, zwanego dalej Lordem Vaderem.

         Niestety nie wygrał.

          Żeby była jasność: nie jestem za PO, PiSem, LSD, a tym bardziej PeeSeLem, bo coś co już było u władzy i dało ciała, nie interesuje mnie u władzy (a PSL wręcz daje ciała zawodowo!). Tyle że przy poprzednim (już) prężydęcie dopisałem, że myśliwi to… i tu padło niecenzuralne słowo.

           Co oburzyło co poniektórych.

           A sprawa jest prosta i jasna.

           Sam lubię postrzelać – bo to fajna sprawa, ale ludki które dla PRZYJEMNOŚCI odstrzeliwują żywe zwierzątka, mają bezsprzecznie jakąś ciężką przypadłość psychiczną. Żeby nie było: jem mięso, wychowałem się na wsi i widziałem jak powstaje, nie miałbym ŻADNYCH oporów przed ukatrupieniem i wtrynieniem dziczyzny w razie głodu, ale strzelanie do tego, bo tak wypada w "lepszym" (niemal zawsze pijanym) "towarzystwie" (to jest chyba podstawą działalności owych myśliwych?) i tłumaczenie tego pokrętnie, że bez nich przyroda dzika by sobie nie poradziła…

            …no litości!

            Idiotów to możecie robić z nagonki, ciule z dubeltówkami!

            Co to za argument, że podtrzymujecie przy życiu dziką faunę?!

            Jednocześnie ją likwidując!

            Trochę mi to zalatuje politycznym chamstwem…

            A ten co wygrał, to podobno też myśliwy?

           Co dobrze nie wróży dla tego kraju – bo to by oznaczało, że kolejny, fałszywy czub, znalazł się u władzy…

520 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

         Tak się złożyło, że dzisiaj miałem okazję, kątem oka, dość ogólnie, obejrzeć dwa konkursy. Żadnego nie oglądałem w całości, ale to co widziałem, starczyło mi, by sobie wyrobić opinię.

         Co ciekawe, w obydwu startowali Polacy i w każdym dostali się do finału.

         Pierwszym takim konkursem na mistera… znaczy na  przywódcę państwa, była debata prezydencka. Dwóch pozerów bez jaj, licytowało się obietnicami bez pokrycia. Jeden nawalił tych obietnic tyle, że budżet państwa by tego nie wytrzymał, a drugi obudził się z letargu, bo poczuł zagrożenie wywalenia z nory, a w razie ponownego wybrania na przywódcę stada, jest nieomal pewne, że znowu zapadnie w letarg – że posłużę się terminologią myśliwską.

         Potem zobaczyłem wybory wydziermordów na konkursie Eurovizji.

         Ostatni tenże konkurs obdarzył mnie takim zniesmaczeniem i odruchem wymiotnym, że ze strachem teraz zerkałem w ekran, ale na szczęście niespodzianek nie było.

         Był za to wszechobecny angielski.

         Co ciekawe, wyłamali się z tego trendu Śródziemnomorczycy, czyli: Francuzi, Hiszpanie i Włosi. Ludki pewni swojej wartości, promujacy swą kulturę twardo i długo. Skandynawom śpiewającym po angielsku się nie dziwię – ich języki nie nadają się nawet do komunikacji międzyludzkiej (co znam z obdukcji).

         Reszta ma komplexy, co udowodniły chociażby wszechobecne duety damsko – męskie (trochę przecierpiałem oglądając ten skrót występów).

         Co ogólnie nie zmienia faktu, że ten cały konkurs, to pic na wodę, fotomontaż, playback, popelina i takie tam…

         …podobnie jak wybór prężydęta – pomiędzy palantem, a ciołkiem (to już należy do was).

        Tyle że ta śpiewacza popelina nie ma i nie będzie miała wpływu na nasze życie – wkrótce o niej zapomnimy (chyba że nasza wygra) ; a półfinał wyboru najważniejszego urzędnika państwa już się właściwie rozstrzygnął – czyli będzie, niestety, tak jak było…

435 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Hamerykańskie filmidła są przeżywane w cholerę. Przykładem  chociażby "Ida", czy tam ten wcześniejszy Oskar Wajdy, obnoszony żałośnie po całym Krakowie…

       Płakałem to widząc..

       Ale zacznę od Francuzów i xiążek ichnich, XIX wiecznych.

       Mianowicie żabojady wymyślili sobie dział literatury, znany pod hasłem "Płaszcza i szpady". Jakimś dziwnym trafem chwyciło to w owym Hollywoodzie i filmy spod znaku muszkieterów są kręcone regularnie często, jak filmy o Mojżeszu, świętym Mikołaju, czy królu Arturze.

      To norma.

      A my, tu na miejscu, mamy literaturę kontusza i szabli, której protoplastą był Sienkiewicz, ze swoją powalającą Trylogią. Więcej! Sienkiewicz doczekał się godnego spadkobiercy, imieniem Jacek Komuda.

    Tyle że na świecie jest to nieznane…

    Kretyni i kretynki z działów kulturalnych, próbują bezskutecznie rozprzestrzenić Mickiewicza, który to poza Polską i Białorusią nie ma szans na zrozumienie.

    A skarb, który mamy w garści od wieeelu lat, nie ma szans się wybić na skalę globalną…

    Typowo polskie…

    Francuzi, niby gamonie i tchórze, wszystko co mają w tej garści, potrafią porzetworzyć na sukces. Podobnie jak inne nacje.

    A nam zawsze wypada…  

    Więc pozostaje nam czekać na kolejny film z muszkieterami ze szpadami, z samurajami z katanami - które to były parodią mieczy i szabel ; a Hollywoodzka produkcja ze szlachetkami, z najwspanialszą bronią białą w historii cywilizacji – czyli szablą huzarską,  pozostanie tylko w strefie marzeń…

   Nasi przodkowie przewracają się w grobach…

    

      

492 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Kaszuby są uznawane za daleko położoną od gęsto zaludnionej Polski prowincję, chociaż to JEDYNY region  w tym kraju, z autentycznym, samodzielnym językiem i kulturą. Co ciekawe tenże region ma własną prowincję, zwaną dalej Kociewiem, na której przyszło mi żyć.

       Przy okazji wczorajszej Nocy Muzeów, która była zorganizowana pod hasłem regionalizmów, zorientowałem się znienacka, że pod wpływem długotrwałego zamieszkania na tej ziemii, przynajmniej pod względem języka zostałem owym Kociewiakiem.

      Nie mogę się pozbyć z mowy potocznej zwykłego przerywnika "Jo", który już przynajmniej na niedalekich Kujawach uchodzi za dziwny. Skracam i ciosam wyrazy, co mnie mocno bawi, bo kaleczenie języka jest dla mnie wyjątkowo zabawne. Mowa moja i pismo jest mieszanką naleciałości wschodnich, kieleckich (wpływ przodków), z dominującą falą pomorską.

      Co mi wczoraj wieczorem, znienacka ze sceny, uświadomiła pani kociewianka, której mowę sam ledwo ogarniałem!

      A to nawet nie Kaszuby!

      

390 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

        Rzecz  cokolwiek z pozoru poważna, ponieważ skończyła się śmiercią dziecka.

        Przykre, acz śmierci się zdarzają.

        Każdemu nawet.

        Niezależnie od wieku.

        Wcześniej czy później ta piękna pani po nas przyjdzie i zabierze nas w strefę niedostępną żywym.

       Takie życie.

       Na pechowca młodego spadła przewrócona bramka i zniszczyła mu główkę - co jest dość zadziwiającą przypadłością na polskich boiskach – jeśli słuchać mediów.

       Więc owe media rzuciły się stadem na ciepły jeszcze temat i miałem  nieszczęście ujrzeć zrozpaczonych rodziców, tudzież spanikowaną dyrektorkę szkoły, zaszczutą wycelowanymi w nią kamerami.

       Jakby to miało znaczenie?

       Równie dobrze mógłby się gówniarz kołysać na drzewie i zostać zabitym złamaną gałęzią, lub wpaść do wody i się utopić.

       Ale to nie byłby temat na wiadomości TV!

       Nie da się nakazać wycinki wszystkich drzew, lub wysuszenia rzek. Bramki szkolne aż się proszą do likwidacji – bo są w stanie się przewrócić, jak ktoś na nich zawiśnie i znajdują się na terenie publicznyczm, utrzymywanym za nasza kasę.

        Więc według szalonych reporteżystów TV, wszystko co się może przewrócić, powinno być przytwierdzone do podłoża.

        Łącznie z ludźmi.

        Najlepiej jeszcze zatrzymać ziemię, bo się skubana kręci i owi nieśmiertelni ludzie mogą z niej pospadać!

         I tak dziennikarscy kretyni, z tragedii robią dramat…

 

440 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Oglądam czasem televizję, dość często korzystam z radia, więc jestem narażony na atak skondensowanych reklam, których "fachowość" ostatnio mocno mnie zastawia.

       Wykonotowałem sobie więc parę takich najczęściej słyszanych haseł, których – jestem tego pewny – NIKT nie ogarnia.

      Jednak się powtarzają ku zmęczeniu gawiedzi, która to w jakiś dziwny sposób chyba łyka? Więc tak:

     bioretencja, probiotyki, diosmina, hesperydyna, lanolina, żożoba, ginkobiloba, ruszczyk i jego extrakt i masę innych, dziwnych słów, których nie ogarniam, nie pamiętam i nie chcę używać…

     Kto w ogóle wie o co tu kaman?!

     Podejrzewam, a nawet jestem pewien, że to tylko ci "specjaliści" od reklam, te słoiki pełne ambitnej kupy, którzy za wszelką cenę i jakimkolwiek sposobem, chcą omotać tępe gospodynie domowe z zapyziałej prowincji "bajeranckimi" słówkami i tanim sposobem…

     …a one to równie dziwnym przypadkiem kupują!

    Więc dochodzi do paradoxu:

    W czasach KOMPLETNIE już skretyniałej televizorni, pełnej konkursów taneczno/śpiewaczo/cholera wie jakich, reklamy, które z natury powinne być najbardziej prymitywne, by docierać do najgorszych głąbów wyposażonych w pieniądzory do wydawania (chociaż, podobno, kto głupi to i biedny?) są wydumane w kosmos i wyposażone w wyrazy, których nie ogarniają nawet słynni, hamerykańscy naukowcy.

      Ale ktoś to łyka!

      Podobnie jak leki na wątrobę i ból wszelaki – co według częstotliwości nadawania w eterze, czyni każda Polka i czasami ich małżonkowie.

       Cierpieć konsumując, by potem z efektów tej konsumpcji się leczyć.

        Bez sensu totalnie.

       

 

        PS                                      

Totalnie jednak rozpieprzył mnie składnik czegoś tam, do czegoś tam, namiętnie powtarzany w reklamach, propagowanych przez jakąś starą, televizyjną dziadówę, mianowicie: Vitis vinifera.

      Co oznacza, ni mniej, ni więcej: zwykłą, starą winorośl…

418 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      Właśnie spełniłem swój obywatelski obowiazek (?!) i oddałem głos. Po dłuższej przerwie, bo wcześniej sensu w tym nie widziałem – nie miałem na kogo głosować. Wspieranie starego systemu nie było moim celem.

       Oczywiście głosowanie na prezydenta też nie ma wiele sensu, ze względu na jego małą przydatność. W ogóle powinien być wybierany przez parlament – jak w Niemczech. Podobnie do senatu (mniej liczebnego niż obecnie), powinni trafiać ludzie zasłużeni, byli prezydenci, premierzy, itp.  No i JOWy zamiast partyjnego totalitaryzmu

       No ale mniejsza z tym. Głos mój został oddany na czarnego konia…

       …czyli według dużej liczby mieszkanców naszego kraju – zmarnowany.

       Otóż nie!

      Jeśli mamy się bawić w demokrację, to trzeba szanować KAŻDY oddany głos – nawet jak jest nic nieznaczący. Bo stawianie owego symbolicznego krzyżyka, jest oznaką samodzielności, indywidualności i niezależności. Symbolicznie tym bardziej, a wciskanie obywatelowi, że ma głosować jak reszta, na pewniaka, który często tu bywa nazywany mniejszym złem (zło zawsze jest złem – duże, czy małe), to namawianie go, by zrezygnowal z wolności i stał się kolejnym bydełkiem na zagrodzie. Na pewniaki to można obstawiać zakłady sportowe, a i tak często wynik okazuje się sporą niespodzianką. 

       Wolność polega na tym, że robię co chcę, a nie to, czego wymaga ode mnie ogłupiana od lat reszta.

389 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

     Widzę tu pewien postęp w stosunku do lat ubiegłych, przybyło flagów państwowych na balkonach i domostwach, aczkolwiek, jak to u nas, zbyt wiele jest tych przesadzonych, z orzełkiem, który to symbol jest zarezerwowany dla przedstawicielstw dyplomatycznych, tudziez lotnisk, samolotów i okrętów.

    Co w sumie się zgadza z rzeczywistością, bo tu każdy albo:

  •    Lata za robotą
  •    Pływa w długach
  •    Albo wyjechał za granicę

      Ale patriotyzm mamy niejako w genach, co mnie bardzo cieszy, i po latach posuchy wyszło z nas tradycyjne umiłowanie ojczyzny.

      Mimo wieloletniego, nachalnego obrzydzania, tak podstawowych symboli jak flaga i godło.

       Czyli lud prosty zwyciężył, a media i "postępowcy" legli. 

       Tylko czemu jakiś ciołek za oknem, wywiesił oprócz naszej flagi, flagę watykanu i maryjną?!

       To jest dzień flagi. Owszem. Ale naszej!

       Po grzyba wieszać wszystkie?!

     

380 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

 

1 maja jest świętem, chociaż ze świętymi nie miało ono dotąd wiele wspólnego – a praktycznie wcale! Ot, socjalistyczna, nagłośniona zadyma, uciskanego "ludu pracującego".
Kościół oczywiście, tradycją sięgającą 2000 lat, musiał też się, do owego z nagła powstałego święta dokleić i wstawił w to miejsce: wspomnienie niejakiego Józka robotnika (a właściwie rzemieślnika – robotnicy pojawili się na ziemii dopiero jakieś, góra 300 lat temu).
To zresztą stała metoda postępowania chrześcijaństwa, przez dwa tysiąclecia jego trwania, która aczkolwiek okazała się wyjątkowo skuteczna! Więc na miejscu świątyń pogańskich stawiano kościoły, a na miejsce świąt pogańskich wklejano swoje, najczęściej z czapy wyjęte: Boże Narodzenie, Święto Zmarłych, Świętego Jana, itp…
No a teraz Józia "robotnika".
Co mi absolutnie nie przeszkadza!
Wolnego powinno być jak najwięcej, za co mocno kościołowi wdzięczny jestem!
No ale dni wolne są solą w oku ekonomistom, biznesmenom i innym mądralom z nimi współpracującymi.
Więc jak ich tak w mediach posłuchać, to każdy dodatkowy, wolny od pracy dzień, jest tragedią dla kraju i kolejnym krokiem ku ekonomicznej przepaści!
Najlepiej, jakby (według nich oczywiście), ludek owy pracujący, zapierdzielał przez 24 godziny na dobę, 7 okrągłych dni w tygodniu, i 365 (lub 366) dni w roku!
Bo spadnie PKB, przychody i dochody…
Ja na to mam odchody!
Świąt i wolnego czasu powinno być jak najwięcej… i ekonomia by od tego nie ucierpiała!
Wiedzą o tym społeczeństwa zaawansowane technicznie, których czas pracy sukcesywnie się skraca, a wydajność wzrasta, ku zadowoleniu i pracujących i przedsiębiorców.
W przeciwieństwie do nas, gdzie dzieje się odwrotnie, pracującym, mimo ciągłego zapieprzania, na nic nie starcza, a naszym przaśnym "byznesmenom" wciąż mało…

399 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
021620
Dzisiaj : 1
Wczoraj : 4
W tym miesiącu : 126
Obecnie online : 1
Twoje IP: 54.162.218.214