Miesięczne archiwum: Czerwiec 2015

      W historii Europy była i Wiosna Ludów (XIX wiek) i Jesień Ludów (upadek komuny), obecnie żyjemy w kolejnym okresie upadku cywilizacji, który to moment, podobnie jak u schyłku Cesarstwa Rzymskiego, odmieni znów ten kontynent w stopniu wręcz niewyobrażalnym. 1500 lat temu odbyło się to pod nazwą Wielkiej Wędrówki Ludów. Dziś, ze względu chociażby na zimnotę, nazwałbym to Zimą Ludów. Od paru miesięcy albowiem trwa nieprzerwany exodus ludków z Afryki i Azji, w niespotykanej dotąd skali! Przez Morze Śródziemne, dzień w dzień, przeprawiają się TYSIĄCE różnokolorowych imigrantów, których (jak na razie) celem jest (bajkowa chyba dla nich?) Wielka Brytania. Są już tak zdesperowani, że łapią autostopa wręcz dosłownie, w porcie Calais.

      To jak nic, przypomina przerwanie linii (zamarźniętej) Renu, 31 grudnia 406 roku, gdy to równie zdesperowane plemiona germańskie wkroczyły w granice Imperium Romanum i rozpoczęły jego nieuchronny ropad, trwający jakieś 100 lat i kończący się nową epoką - czyli średniowieczem.

     No ale przyszły scenariusz opisał już dokładnie niejaki Lech Jęczmyk w swoim "Nowym Średniowieczu". Zgniły świat zachodni czeka klęska, świat wschodni chyba podobnie, a my – jak się dobrze postaramy, możemy odegrać rolę ówczesnej Irlandii, lub Skandynawii. Zależy od naszych przyszłych przywódców… Cokolwiek nie mówić, żyjemy w arcyciekawych (acz smutnych) czasach, upadku supercywilizacji europejskiej, cywilizacji białego człowieka. Mieliśmy swoje 500 lat, gdy rozkręciliśmy tą planetę w stopniu niespotykanym i niepowtarzalnym, i niech to nie zostanie nam NIGDY zapomniane…

       Niestety zachód (tudzież wschód) musi odejść…

       Jedyna nadzieja w NASZYM centrum.

973 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

       Niedawno, przy okazji jakiejś tam imprezy, obiło mi się o uszy, że pewien tam leniwy grubas ma ogólnie przesrane (muszę pisać tak enigmatycznie, bo jeszcze się kto domyśli, pogniewa, czy cuś tam). Postaram się przedstawić historię w skrócie i anonimowo.

       Więc sobie jest pewien grubasek, którego jedynym nieszczęściem było zejście ojca, gdy ów grubasek był jeszcze niepełnoletni. Nawiasem mówiąc, ostrą niesprawiedliwością jest, że nie zszedł w zamian jego młodszy brat, który, tak się nieszczęśliwie składa, jest akurat moim ojcem. No ale takie pechowe, moje przeznaczenie…

        Więc ów grubasek został tak dopieszczony przez życie, tak obdarowany możliwościami, środkami, wsparciem (aczkolwiek nie talentem do czegokolwiek) że… zaczął kombinować…

        I przekombinował.

        Spieprzył sobie życie osobiste, tudzież zapuścił organizm (nieróbstwo na państwowej posadzie, w którą go wkręcono), że teraz co poniektórzy go szczerze żałują!

         Tyle że koleś był tak ewidentnie przepchany przez życie, że jedyne co mógł sobie zrobić… to to spierdolić!

         I tak uczynił.

         Z drugiej strony jestem sobie skromny i niepozorny ja, którego życie, najbliżsi, w ogóle NIC, NIGDY, NIE OBDAROWAŁO NICZYM. Nikt mnie nie żałuje, nikt mi nie współczuje, całe życie mam pod górkę i praktycznie samotnie. Oczywiście jest w tym wyznaniu trochę żalu, ale to przede wszystkim fakty. Z drugiej strony, z upływem czasu, zaczyna mnie napawać dumą, że mimo kłód rzucanych pod nogi i wprost pionowej ściany życia przed sobą, podążam cały czas wzwyż.

        A nie jestem toczony, niczym kupa sadła, jak ów grubasek…

454 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

        To słynny cytat niejakiej Elżbiety Bieńkowskiej. Baba owa została wicepremierką i według tego, jak ją przedstawiały media, miała być wręcz nadpolitykiem, kimś tak idealnym na tym stanowisku, że sam terminator by nie dał rady! Normalnie pełny profesjonalizm, zawodostwo i doskonałość w każdym calu!

       Tyle, że spierdoliła tą propagandową fasadę niemal na wejściu i jak zwykle u polskich polityków, wyszło z niej zwyczajne chamstwo, prostactwo, obłuda, głupota, lenistwo, próżność i jeszcze parę innych, negatywnych cech charakteru. 

      No jak to u polskich polityków. Tradycja taka.

      Sprawa owa dotyczyła nadzwyczaj ostrej zimy, która nadzwyczaj łatwo wykończyła nadzwyczaj tępe kolejarstwo.  

      Ale ta zima to był wyjątek. Wystarczy spojrzeć za okno, by stwierdzić, że zamiast czerwca, mamy co najwyżej kwiecień. Tegoroczna zima też się nie popisała i ostro nie przyłoiła, więc mieliśmy letnią zimę i szykuje nam się chłodne lato.

      Według jednych, to skutek ocieplania się klimatu, według innych wręcz przeciwnie – ochładzania.

      A prawda, tradycyjnie, leży po środku.

      Klimat, jak zwykle w SWYCH dziejach, się rozchwiał i – tym razem – wyrównał. Regularnie dochodziło i będzie dochodzić do zlodowaceń i ociepleń, a człowiek, jak dotąd, nie osiągnął takiej mocy sprawczej, by temu zaradzić. Oczywiście lokalnie można sobie sprawić smog, skażenie chemiczne, czy radioaktywne, ale w skali globalnej to bez absolutnego znaczenia!

      Z jednej strony, można tą popierdółkę za oknem polubić: lepsze to od postępującego lodowca, czy pięćdziesięciostopniowych upałów. Z drugiej strony jednak przykro, że cały rok wygląda tak samo: czyli chłodno, szaro i mokro.

     Szkoda tylko szykujących się imprez na świeżym powietrzu, turystyki nadmorskiej, tudzież nadjeziorowej (ta woda NIGDY nie zdoła się ogrzać), czy właścicieli odkrytych basenów. W tak zastanej sytuacji, szykuje się to raczej na nieuchronną klęskę kulturalno/turystyczną.

     No ale taki mamy klimat…

471 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      Jestem wielbicielem kotów, psami lekko gardzę, aczkolwiek nie mam oporów… ale od początku:

     Od jakiegoś tygodnia marcuje mi się pod oknem (chyba) niedopieszczona kocura. Ktokolwiek miał z tym styczność, wie, że to dosyć przerażające - dźwięk przyszpilonej koniecznością pokrycia kocury, przypomina zarzynanie niemowlaka.

      Czyli dość nieprzyjemnie raczej (zwłaszcza nocą).

      Może to te klimatyczne zawisłości (koty się wcześniej marcowały – no ale amplituda roczna temperatury tak się wyrównała, że cholera wie, co to za pora roku?) A może zwyczajnie nie wiem co?

     Jedno jest pewne – bestia mi jęczy aż łeb rozpierdala!

     Jebnąłbym to z kapcia/doniczki/czegokolwiek, ale się sierściuch kryje!

     A po giwerę nie chce mi się ruszać i po nocy polować na kociaka, bo to by groziło poważnymi raczej konsekwencjami prawnymi – tudzież psychiatrycznymi. 

     A jako się rzekło, koty - zwłaszcza czarne, uwielbiam – tyle że nie tak jęczące. A to sierściuchowstwo, które uparło się ostatnimi dniami, żeby mi uprzykrzyć i tak przykre życie, przechodzi samo siebie! 

    Nie każdy mi wierzy, ale do tego co dotychczas widziałem i przeżyłem, brakuje mi tylko UFO do kolekcji.

    I wolałbym kosmitów, zamiast jęczącej maltretowanym niemowlakiem kocury…

698 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

        PRL słynął z promowania kiczowatych, kiszkowatych, siarowych i dennych imprez/zespołów/artystów, tudzież festiwali. Było Mazowsze, które uznaję za NAJBARDZIEJ badziewiasty zespół pseudoludowy wszechczasów, stworzony TYLKO I WYŁĄCZNIE do koszenia dewiz z wzruszonych polonusów, były polskie słowiki z poznania, które (jak się po latach okazało), powietrze do śpiewania zasysały z rozoranych przez swego dyrygenta zwieraczy, był nieobrobiony, prymitywny folk, puszczany regularnie w radiu do porzygania i wreszcie tak zwana muzyka środka, czyli neutralna polityczno/obyczajowo beznadzieja, której niedobitki brylują do dziś na salonach warszafki – na przykład Skaldowie, których wyegzaltowany po kosmos utwór z jampapampa w tle, do dziś ryje mi psychę, jak burak cukrowy opakowany we francuską flagę, z farszem ze słomy.

       No i była cała gama festivali:  

       Była proradziecka i prorosyjska (więc całkiem nam obca ) Zielona Góra, żołnierski (!)  Kołobrzeg (wesołe lufy kołobrzegu), był Sopot, w którym zagraniczniakom nakazano śpiewać po polskiemu (autentyk!), by mogli zgarnąć bursztynowego słowika – to nadzwyczaj celnie oddawało absurd czasów schyłku komuny. 

       A w niezmienionej formule zostało Opole, które podobnie chyba jak TV publiczna, układ zamknięty, bezczelni politycy, urzędnicy, nauczyciele, palestra, policjanci i inne wywyższone i przemądrzałe ścierwa, nie przestanie funkcjonować dopóki…

      …dopóty nie zmieni się mentalność moich krajan (albo nie wymrze te moje znienawidzone pokolenie 50+), lub w końcu młodzież nie ruszy dupsk i…

     …nie, nie tradycyjnie spyli z ojczyzny za szmalem, ale weźmie za ryj tych, co ich dymają!

     A ten publiczno/abonamentowy festivalik jest jeno symbolem naszego przywiązania do czerwonki.

     Dość bolesnym (dla mnie) w tym roku, bo gwiazdą dna* pierwszego, były owe wyegzaltowane dziady borowe – czyli właśnie Skaldowie.

     No kurwa jeszcze Trubadurów z Krawczykiem dorzucić i mamy czar peerelu w pełnej krasie!

     Ku uciesze tych podludzi, którzy wówczas przeżywali swą młodość w przaśnych okolicznościach…

     I którzy dotąd umiejscowiają TVP 1 na pierwszym przycisku pilota, coraz nowocześniejszego televizora.

     Bo się tak przyjęło.

     Jak Lato z Radiem…

 

 

 

 

 

 

 

*coraz więcej tego dna z dnia na dzień…

543 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

         Tak się składa, że od czasu do czasu wpadam do Zopppottt (po polskiemu – do Sopotu) i jak już tam jezdem, to zwyczajowo zawijam do klubu zwanego dalej Spattiffem. Prawdopodobnie obowiązuje tam jakaś selekcja na wejściu, czemu się nie dziwię, bo zawsze jak tam jezdem (pieprzony Zopott zrył mi gramatykę!), to widzę i czuję taki tłok, że ludziska tańczą po stołach (parkietu ni ma), a gorąco tak w piździet, że kotłownia nie potrzebna!

        Tak to tam modnie i "wygodnie"!

        Ale przynajmniej nie jebie tam obornikiem, a jedyny, któremu waliło octem z butów, to chyba byłem ja?

       No jest istotna różnica higieniczna, między taką na ten przykład disco stodołą, w takim pierwszym lepszym Psielplinie, a tym najebanym wyższą sferą poddaszem na Monciaku. W kwestii kulturalnej też zauważalna – ci z monciaka jacyś jednak inni, w tym swoim, światowym chamstwie. No i sam ten dreptak jakby wyniesiony żywcem z krain śródziemnomorskich, gdzie życie nie kończy się nawet nad ranem, a zbieranina jest ogólniej/bardziej/światowa, niż miejscowa.

      To pikuś jednak, co nieco powtarzalny.

      Potem wpadliśmy do Nergala.

      Libacji tam nie polecam, bo wszystko dwa razy droższe, niż normalnie, a klimat? No miało być mroczno i klimatycznie…

      Poczułem się jak w domu kultury na moich zapyziałych Suchostrzygach – takie miejsce z PeeReLa! Sytuację ratuje fakt, że klub jest położony w miejscu, które nie zasypia i trzody (pięknej i bogatej) jest pełno.

      Więc sobie mogą selekcję wejściową robić na poziomie niespotykanym przeze mnie nigdzie wcześniej. Dobór nienaturalny obowiazuje tam w stopniu wręcz szatańskim!

      Co i tak służy raczej ograniczeniu tłumu, niż jakimś logicznym celom, a taki na przykład lider zespołu Psy Pustyni , posiadał ongiś lokal o dumnej nazwie SPA (bo to oficjalnie było  SPA), w tym zapyziałym Tczewie, gdzie był TAKI klimat, że Nergal i te całe towarzystwo tam obecne, mogło jedynie im buty wiązać.

     No ale to nie było ogólnopolsko modne i przy ruchliwym dreptaku, a w centrum śpiącego zazwyczaj miasteczka…

     Takie nieszczęście…

 

 

 

 

 

    PS      A! Mario! Wisisz mi drina! Pisałem o Psach Pustyni już wcześniej. Dwa razy dokładnie :)

678 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
021620
Dzisiaj : 1
Wczoraj : 4
W tym miesiącu : 126
Obecnie online : 1
Twoje IP: 54.162.218.214