Miesięczne archiwum: Sierpień 2015

       Coś gdzieś tam ostatnio wyczytałem, że Polska ma tyle ukrytych zasobów naturalnych (gdzieś tam pod ziemią oczywiście), że to klasyfikuje ten kawałek ziemii, w ścisłej czołówce państw wydobywczo/exportujących (!).

       To geologicznie.

       A  muzycznie mamy potencjał wprost z południa USA, z Luizjany dokładniej, a nazywa się to Bluesem. Pierwsi to odkryli zdaje się Ślunzacy, co to spod ziemii wydobywali czarne złoto i z czasem przerobili je na czarne złoto muzyczne. Nasze – polskie. Teraz goni reszta.

       I dobrze!

      Polski język owszem, trudny jest do przerobienia na muzykę, ale jak to ze szlachetnym surowcem, trzeba więcej trudu i znoju, a efekt może okazać się piorunujący! Tu nie ma tak, że bierzemy anglosaski plastik i przerabiamy go na powszechną popelinę. Tu się trzeba nieco pomęczyć.

      Ale warto.

      Potem mamy znienacka niejakiego Organka, z powalającym bluesem, z mocną nutką słowiańszczyzny.

      Gdzieś tam od zawsze jest Lech Janerka, z językiem polskim robiącym cuda, a i muzę pod niego podpinającym niepowtarzalną.

      Jest i Agressiva 69 , która w każdym normalnym kraju już dawno by została wypromowana na megazespół światowy.

      Są i w końcu moje ulubione Psy Pustyni, miotające się po scenie, niczym w schronisku za ostatnią kością, ale robiące rozpierdziel totalny i w rodzimym, znanym nam najlepiej języku…

      Czyli po polskiemu.

      Bo po polskiemu sie da – i to nadzwyczaj dobrze! Tylko trzeba lekko przysiąść i podrapać się po łepetynie.

      A efekty moga być naprawdę zaskakujące!

675 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Prawdą bezsprzeczną jest, że pracujemy po to, by żyć, a nie żyjemy, by pracować. Aczkolwiek pracy są różne rodzaje, a najgorszym z nich, to zaiwanianie na etat u kogoś. Mniej dołujące (acz często męczące) jest prowadzenie własnego interesu, gospodarstwa, etc. Najlepiej mają chyba artyści, którym płaci się od sztuki "sztuki" i którzy za to mogą egzystować, tudzież co poniektórzy, nawet całkiem przyjemnie żyć!

     Jednak większość z nas jest skazana na pracę najemczą, w godzinach i na zasadach właściciela, który nas wynajmuje.

     Co nie jest przyjemne dla ludzi wolnych, ale ludzie pozbawieni poczucia wolności, za pieniądze zrobią wszystko – niczym dziwka. I to jest dość popularne w tym przywiślańskim kraju, gdzie ludek prosty w pracy zrobi wszystko, widząc chociażby złamany grosz rzucany im przez pana. Tu ci najniżsi nie mają żadnych oporów przed zdeptaniem "konkurencji" do korytka (maluśkiego korytka), zrobienia z siebie szmaty, tudzież zeszmacenia tych bardziej spokojnych (po drodze jest włażenie w dupę kierownictwu, plus zdawanie relacji z życia codziennego firmy – tak zwana konfitura). Taka pozostałość po PeeReLu. Skażenie komuną, która, paradoxalnie, wszczepiała ludziom oficjalną równość i braterstwo, a w praktyce działo się odwrotnie. To prawie 50 lat zaszczepiania nam przez dzicz ze wschodu, cechy charakteru, zwanej powszechnie: "Homo Sovieticus". I jeśli tym świeżym pokoleniom, nie pamietajacym tamtego systemu, wydaje się, że są poza tym – to się mylą. Oni wyssali to z mlekiem swych mam i babć, oni są tym skażeni, niczym ofiary bomb atomowych w Japonii. Ta zaraza przechodzi z pokolenia na pokolenie i to niestety widać.

     Ja wiem, że jest ciężko, a ludzie ledwo wiążą koniec z końcem, ale są pewne granice przyzwoitości! Na poparcie tej tezy, taki pierwszy lepszy przykład:

    Rok temu, jakiś koleś z regionu wunglokopańskiego, zostawił swoją trzyletnią córeczkę w samochodzie, a sam poszedł pracować przez 8 godzin w jakimś kombinacie (!).

    Dziecko się upiekło żywcem.

    Ale dniówkę odpierdzielił…

519 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      Wczoraj wyprysłem sobie byłem do pięknej dzielnicy Oruni, na urodziny wujka i imieniny cioci.

      Na razie OK.

      Pięć minut po wyjściu z domu, ujrzeliśmy (ja i moja matka), oślicę (a bardziej krowę) wiozącą swojego synka na rowerze, która na prostej, równej, pustej, asfaltowej drodze, wyrżnęła w krawężnik i tym sposobem uszkodziła swe dziecię.

      Ot tak!

      Pięć następnych minut później, widziałem dziewczynę w zaawansowanej ciąży, namiętnie kopcącą papierosa.

      I to nie był pierwszy taki widok ostatnimi czasy (a brzydzi mnie to ponad miarę!).

      Może za uszkodzone niemowlaki opieka społeczna płaci więcej?

      Na barwny finisz, w Katedrze Oliwskiej, przy okazji Festiwalu Mozartiana , trafiliśmy na schizola z plakietką ochroniarza (najprawdopodobniej stary moher), któremu przez posiadanie owej plakietki mocno odbiło i zamiast powiedzieć prosto: "Dalej zakaz wstępu – orkiestra się rozkłada", zaczął tak się samoistnie nakręcać, że niechybnie skończyłoby się to ostatecznie i szybko podejrzeniem, że to my rzucaliśmy brzozą w tupolewa…

      I tu wszyscy mieli dylemat: wyzywać się z czubem w katedrze, ewentualnie mu jebnąć, czy w imię Boga odpuścić w Jego świątyni?

     My zbastowaliśmy i odeszliśmy…

     A debil jeszcze trajkotał…

     I to wszystko w jeden dzień!

     W trzech różnych miejscach.

     Debilizm niechybnie się rozprzestrzenia.                       

416 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

     Jak już wcześniej pisałem, żyjemy w nowej, żywiołowej epoce, kolejnej zmiany owego kontynentu, przez kolejne napływające doń ludki.

     Tym razem śniade, ciemne i raciapate, więc nazwałbym, dla odmiany, tą kolejną akcję: "Latem Ludów".

     A przyjeżdża (a bardziej chyba przypływa) ich obecnie, na nasz piękny kontynent, tysiące dziennie.

     Więc Europa się powoli zatyka.

     Co, tradycyjnie, najbardziej widoczne jest w miastach. Albowiem na prowincję, jakoś tak dziwnie naturalnie, obcych nie ciągnie (nawiasem mówiąc, nasza Polska ubiedzona, jest traktowana przez tych przybyszów, co najwyżej jako kraj właśnie prowincjonalno/przejściowo/tranzytowy). 

     Co jest bardzo pozytywne, ponieważ miasta w Wielkiej Brytaniji zwłaszcza, ale także we Francyji, Dojczlandzie, Niderlandach, Włochach, tudzież Espaniji, stały się zakładnikami nowoprzybyłych, nazwijmy ich delikatnie: pasożytów. Można by ich nazwać nawet infekcją wirusową, czy nowotworem, albowiem podobnie jak owe przypadłości, opanowuje owa zbieranina (głównie muzoli) organizm żywiciela, powoli go likwidując.

     I tu zaczyna się paradox czasów upadku, albowiem państwa dotknięte tą chorobą, uparły się, by walczyć z rasizmem – wiadomo, złe doświadczenia sprzed ponad 50 lat, holokaust, kolonizacja (ludobójstwa w Kongo i Namibii). I robią to za wszelką cenę. A dokładnie za cenę starych (czyli białych) mieszkańców Europy. Akcje typu: "No To Rasizm" , nie pozwalają białym nawet na wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa w swojej obronie. Tak jakby chroniono zarazę, a usiłowano się odgórnie pozbyć chorego pacjenta o nazwie: Europa.

       Tu mały wtręt: Polska jest czyściutka jak łza pod względem antysemityzmu (grzebało levactwo jak tylko mogło i wygrzebało jeno jakieś mocno szemrane Jedwabno i "pogrom kielecki"); tudzież kolonialnego - cokolwiek rozpieprzu - uczynionego Afryce: po prostu kolonii nie mieliśmy.

     A los, który czeka kurczącą się populację autochtonów zachodnio Europejskich?

     Jest smutny, jak likwidacja Afrykanerów po zniesieniu apartheidu w RPA.

    Po prostu zostaną stopniowo wyrżnięci.

   A potem zapanuje chaos, bo nie będzie ich czym zastąpić.

 

 

 

 PS                 A! Ci podobno tak biedni migranci, wydają na podróż do tego europejskiego raju tak wielkie kwoty, że za to spokojnie mogliby rozkręcić jakiś interes u siebie i tym sposobem rozwalać system od środka… Ale nie – lepiej tracić czas (to trwa miesiące, a czasem i nawet lata!), by zostać NIKIM tutaj, na NASZEJ, europejskiej ziemii, z pretensjami i nienawiścią do miejscowych.

       Gdzie tu sens i logika?!

 

694 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      W ostatnią niedzielę, w sumie tak na siłę, uczestniczyłem w koncercie niejakiego Kamila Bednarka. Gwiazdy TV szoła jakiegoś, dzięki któremu poznała go cała Polska.

       Co mu przysporzyło na tyle fanów, że…

       I tu zaczyna się problem.

       Gdybym w owy dzień zamknięcia Jarmarku Dominikańskiego, miał stać po drugiej stronie barierek…

       …to bym nie stał!

       I nie chodzi o tłumy. To mnie zawsze cieszy i jestem do tego przyzwyczajony. Chodzi o to, kto te tłumy stanowił.

       Ano większość z ludzi napierających na scenę, to były dziewczątka w wieku mocno nastoletnim - co potwierdzały ich zawzięte i naprawdę głośne piski.

       Co nie przeszkadza być owemu Kamilowi jakimś tam spiewakiem – chociaż KAŻDE reggae nudzi mnie po góra 3 (słownie trzech) utworach, więc nie ogarniam i się nie wypowiadam na temat tego stylu – to tak samo jakbym komentował balet, czy operę – dla mnie takie same kluchy z olejem.

       Chociaż jedno muszę zaznaczyć: pierwsze było Ska , o czym mało który dredziarz wie, i tenże styl wolę (taki kurwa konserwatyzm!).

        Ale z jednego Kamil może być dumny (ale czy go to nie męczy?). Mianowicie Beatlesi zakończyli swoją karierę, właśnie przez takie durnowate małolaty, swymi nastoletnimi mordeczkami zagłuszającymi ich występy.

        On to jakoś wytrzymuje.

        Musi naprawdę inne pokolenie?

        Czy każdy z obecnie występujących młodziaków ma w sobie coś z boysbandu?

       Chociaż jako pierwszy boysband, niektórzy złośliwcy wymieniają właśnie The Beatles.

        Ale ich zdeprawował menago: bez niego to byłby całkiem inny zespół (chociaż nie tak słynny), a w końcu i tak to rypli!

        I za to chociażby należy im się szacun.

 

410 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      Tak się składa, że dość duża część obecnego, młodego pokolenia, jest pozbawiona ojców. Znaczy oni tam są gdzieś i toto widać…

      Ale większość tego, poprzedniego, i nawet ze 3 dekady wstecz ludzików żyje, że tak powiem, z wypierdki jakiejś suki, z jakiegoś numeru (dysko, tekno, czy inna głupia pizda).

      I to się odbija czkawką. 

      Nie to, żebym był lepszy! Mój stary, to zapijaczony, tępy, egoistyczny kutas.

      Ale był (zasadniczo znikł natenczas – i dobrze).

      Lecz chodzi o to, że samice (Homo Sapiens), nie są w stanie SAME wychować normalnego człowieka.

      To się ogólnie nie udaje.

      Człowiek wychowywany PRZEZ SAMĄ MATKĘ, wchodzi w życie już pokrzywdzony, lub bardziej w dzisiejszych czasach – krzywdzący innych.

      W zasadzie nie wiem, co miałby do tego ojciec? Teoretycznie bez sensu. Swojego nie posiadałem pozaformalnie, ale jedno bezsprzecznie wiem, inni potwierdzali tą zależność: sama matka szkodzi.

      I to do usranej śmierci.

      Ale  widać, że ktokolwiek by pieczę nad tym domem nie prowadził, to służy dobremu.

      Byleby to był facet (najlepiej z kobietą) - bo później grozi to  skrzywieniami psychofizycznymi, od których się zagęszcza ostatnio naokoło…

494 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

     Wczoraj skończyło się Tour de Pologne. Najstarszy  wyścig kolarski w Polsce, odbywający sie już prawie od 100 lat (!) , dziwnie niewykończony w PRL, przez ówczesny Wyścig Pokoju, a szczęśliwie reaktywowany po upadku (?) komuny i coraz prężniej się rozwijający.

      Siłą rzeczy, wyścig ów, właściwie od samego początku, najczęściej odbywa się na trasie: Warszawa – coś tam na południu. Albowiem kolarstwo ma to do siebie, że źle wychodzi po płaskim, a na pochyłościach najwięcej się dzieje. Sęk w tym, że w Polsce wzniesienia znajdują się właśnie na południu, a północ jest raczej płaska (z wyjątkiem Kaszub, na które owy słynny wyścig dziwnie jakoś nigdy nie zajechał?).

      Ale bywało, że owa Pętla Polski witała w moje rodzinne strony. 

      I nawet dwa razy peleton przejeżdżał przez mój Tczew!

      Ale tylko przejeżdżał…

      Co nie przeszkodziło włodarzom miasta, określić ów gród miastem Tour de Pologne i postawić na pamiatkę, nawet całkiem sympatyczny obeliszczek kolarza pod swoim urzędem.

      Co nie zmienia faktu, że miasto owe, właściwie nikomu nie kojarzy się z tą kolarską, zacną imprezą.

      Bo niby czemu?

      Więc z czym ta biedna dziura ma się kojarzyć?

      Na pewno z miejscem przejazdowym, albowiek ktokolwiek jedzie do Trójmiasta, musi zaczepić o Tczew. A co w tym Tczewie? Ano zrujnowany most i nieodwiedzane na co dzień, byłe Muzeum Wisły.

       Właściwie po co, ktokolwiek, miałby się tu zatrzymywać?

       Potrzebny byłby jakiś symbol – i na pewno nie jest nim, równie beznamiętnie śmigający przez ową mieścinę, raz na dekadę, zawodowy kolarz.

       A mamy tu coś, co nie gości w innych miejscach, tego cokolwiek pięknego kraju.

       Mianowicie tęczę (tą prawdziwą, siedmiokolorową – nie pedalską) namietnie wyświetlającą się na wschodnim brzegu Wisły. Często są dwie, czasem zdarza się nawet potrójna! Wątpię, by jakiekolwiek inne miejsce w tym kraju, miało okazję podziwiać owe cudowne zjawisko tak często, jak dzieje się to właśnie w Tczewie.

       Tylko że włodarze nie zauważają tak prostej i niepowtarzalnej rzeczy, która mogłaby NAPRAWDĘ przydać nieco słynności, temu rozjeżdżanemu tranzytem miastu.

461 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

     Grywałem w lotka (multilotka dokładnie) i raz na jakiś czas nawet wygrywałem jakieś większe kwoty. Fajnie było, ale pozostawał jakiś niedosyt. Dał mi do myślenia dopiero niedawny artykuł (uwaga – spiskowa teoria dziejów!) o możliwych machlojkach w tej ogólnopolskiej, zatwierdzonej prawnie loterii.

     Więc w największym skrócie, zakłada ta teoria, że, całkiem po prostu, wylosowane liczby są ostatecznym ciągiem (w wypadku multilotka 20 liczb), wygenerowanym przez maszynę w ostatniej chwili tak, by po prostu, nie wypadła ŻADNA, wskreślona i wysłana (przez żywych ludzi, lub na chybił trafił) kombinacja wygrywająca.

      Po prostu wygrana ma się trafiać wtajemniczonym, i wbrew pozorom, nie potrzeba do tego przekrętu jakichś specjalnie wydumanych programów i superkomputerów. Wystarczy zwykły tablet i specjalnie opracowany, prosty program.

     Więc cokolwiek możliwe.

      Ale to dopiero początek dość metafizycznego paradoxu, na który przed chwilą wpadłem, w zimnej kąpieli, w ten skwarny dzień.

       Więc tak:

       Załóżmy, że mamy do czynienia z jasnowidzem, który bezbłędnie przewidział przyszły ciąg liczb. Jasnowidzom, wbrew pozorom, od czasu do czasu zdarzy się coś bezbłędnie przewidzieć (Sam miałem przypadki, gdy moje sny dokładnie określały przyszłe wydarzenia, Matrix taki prawie, ale na ogół to były, że tak powiem, akcje z dupy wzięte i nieistotne dla życia mojego i innych. Ot taka błyskawica z przyszłości.).

      Więc z jednej strony mamy kolesia, który zna przyszłość (wylosowane liczby) i maszynę, która ma za zadanie nie dopuścić do wygranej. 

     Wszystko OK, dopóki jasnowidz nie obstawi przewidzianych liczb.

     Wtedy maszyna musi zmienić kombinację, by nikt nie wygrał.

     Ale wtedy wizja jasnowidza będzie nieaktualna.    

      Tu popłynąłem nieco wyżej i pomyslałem o Gościu, który policzył nasze wszystkie włosy, tudzież ogarnia przyszłość, przeszłość i teraźniejszość w stopniu TOTALNYM.

     W tym wypadku chyba zrobił sobie małe wyzwanie (chociaż dla Gościa Totalnego, każde wyzwanie musi być totalne?).

    No bo skoro postanowiłby, jako ten jasnowidz, przekazać komuś ową trafioną kombinację… to jakby zareagował na reakcję owego programu niweczącego mozliwość wygranej?

    W tym momencie mózg mi pękł i przeraziłem się wizji piekła za bluźnierstwo…

    ;)

 

 

 

PS                                     Jak zwykle mądrość ludowa poszła skrótem i mnie rozdeptała – za to cenię lud i z uwielbieniem go słucham:

    "A gdyby Wszechmogący stworzył kamień tak ciężki, że nie do uniesienia? Ciężar idealny, którego Sam by nie mógł unieść. No ale jako Wszechmogący musiałby być w stanie go unieść niejako naturalnie. No ale wtedy nie byłby w stanie stworzyć ciężaru idealnego…"

    I tak w koło Macieju…

    Ot, takie Boże paradoxy…

469 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Z okazji śmierci i pogrzebu najbogatszego Polaka (Jana Kulczyka – żeby nie  było) sparaliżowano pół Poznania (jego legowiska), jako że według tamtejszych władz, władz w ogóle, to była jednostka wybitna… ponieważ posiadała wybitny majątek (?!).

     A skąd ten majątek – nieważne! Ważne, że pan bogaty i przez to (I TYLKO PRZEZ TO!) cześć mu się należy i szacunek. Tym bardziej, że był wielkim (?) filantropem i dobroczyńcą.

    Nawiasem mówiąc, w krajach cywilizowanych, bogatych – bo nietkniętych komunizmem, dobroczynność wśród bogaczy jest czymś tak naturalnym, jak dobór odpowiednich (drogich) butów do szytego na miarę garnituru. Tudzież odpowiedniego (drogiego) doń zegarka. 

   Ale widocznie nie u nas.

   Tu jak bogacz sypnie groszem, to od razu jawi się jak jaki święty z ikony. 

   Jak ów Kluczyk.

   A jak się on dorobił owego majątku?

   Pracą, pomysłem, wytrwałością, jak światowa elita biznesu?

   A skąd!

   Koleś od początku był wmieszany w tak zwany układ zamknięty, ŻADEN  jego interes nie był powiązany z produkowaniem czegokolwiek! Ta menda kręciła się wokół swoich kolesi z polityki (z Wałęsą i Kwaśniewskim na czele), tudzież ze służb byłych – czerwonych, podpinając się pod państwowe zamówienia, podobnie jak inne dwie "gwiazdy" ówczesnego biznesu, które równie znienacka z zer bezwzględnych stały się bezwzględnymi krezusami, z kontami tak wypchanymi szmalem, jak pęcherz moczowy po wypiciu ośmiopaka, czyli: Gudzowatym, który znienacka przyssał się do gazociągu od ruskich, zarabiając na tym krocie, oraz Krauzem, który równie znienacka zaczął "informatyzować" publiczne instytucje, na czele z ZUSem.

     I to wystarczyło w ówczesnej Polsce, by stać się miliarderem na skalę światową!

     Więc po co męczyć się, tworząc konkretny biznes, lub AUTENTYCZNIE dziedziczyć majątek po swoich przodkach, co jest domeną ścisłej czołówki bogaczy światowych?

     W Polsce czasu przełomu, wystarczyło być kolesiem kolesi, owy przełom organizujących…

     Więc srał cię pies panie kluczyk na twój wypasiony grób! Więc niech ci ziemia ciężką będzie kolesiu guzdowaty! A i ty krauzolu zdechnij jak najprędzej!

     Tak mówię ja, w imieniu polskiej biedy, polskich emigrantów i bezrobotnych, polskich ciułaczy i zapracowanych kredytobiorców, których to tacy jak wy cwaniacy, wywalili na margines godnego, a nawet zwyczajnego życia!

 

      

655 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

  "Dupta co chceta! Rzecze owsik

 

     O Jurku Owsiaku i jego orkiestrze wypowiedziałem się już w zeszłym rocku, na moim poprzednim (zablokowanym) blogu:

    http://typnegatyvny.blog.pl/2012/01/08/dzis-oczywiscie-o-wosp/

   Zasadniczo nic się nie zmieniło w moich poglądach. W dalszym ciągu na widok ludzi z puszkami, mam ochotę włożyć im tam granat. Rzygam już dokumentnie televizją publiczną i jej propagandą (jakakolwiek by nie była!). Ale wróć – zmieniło się!

   Jest jeszcze gorzej. 

   Jest coraz biedniej. Coraz szybciej jedziemy na wózku zwanym socjalizmem, w kierunku totalitaryzmu (teraz cwanie ukrytego). Wolność i prawo jest już jeno pustym słowem. System szaleje, niczym lis po kurniku. Lud cierpi w pokorze i dziwnym spokoju, prawdziwy rock odszedł znowu do podziemia (który to już raz?).

   I na to wszystko znowu TVP wciśnie nam tego rozkręconego jak po amfie świra, z jakąś superideą niemożliwą do obalenia – bo jakakolwiek krytyka szczytnej (acz błędnej) w założeniu idei, uczyni automatycznie z krytykanta kwintesencję zła. Znowu nieświadome dzieciarstwo będzie popylać po ulicach, atakując sercami, niczym w walentynki. Znowu się będę musiał nawalić, by tego nie widzieć…

  A wszystko to ku uciesze systemu.

  Jurek, byłeś takim fajnym rockendrollowcem, czemuś mi to uczynił ?! Najgorsze, że na początku to było dobre. WOŚP była pożytecznym fenomenem, teraz jeno choduje pożytecznych (systemowi) idiotów.

  A to wszystko przez zasady! Jurek kiedyś obiecał, że orkiestra będzie grała do końca świata i dzień dłużej. I jako człek porządny i słowny będzie się tego trzymał do upadłego! 

  I nie przyjdzie mu do głowy, że tkwi w bagnie, które go coraz mocniej wciąga i nie ma dla niego opcji wyjścia – bo przecież obiecał… "

516 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 54.80.60.91