Miesięczne archiwum: Październik 2015

          Zauważyłem pewien trend – zwłaszcza wśród młodzieży:

  •         Po pierwsze – jakoś tak zaczęli radykalnie odbierać Święto Zmarłych (lub tam oficjalnie – Wszystkich Świętych), że to niby większość społeczeństwa tylko w ten jeden dzień wpada na cmentarze, gdzie leżą ich bliscy, w reszcie roku o tym kompletnie zapominając. Z jednej strony dobrze, że przejmują się takimi rzeczami, przecząc jednocześnie innej postawie (dość częstej także), według której po śmierci ciało staje się jedynie odpadem do utylizacji i sporo takich domorosłych gierojów filozofii twierdzi, że nie interesuje ich temat po ICH zgonie – tudzież truchła innych, oczekujące na sąd ostateczny (to akurat ci drudzy traktują śmiechem). Pominę milczeniem dość żałosny punkt widzenia tych drugich. Tym pierwszym powiem, że z mojej perspektywy, czyli człowieczka pozytywnie myślącego i optymistycznie żyjącego, lepsza jest wizyta tego jednego dnia – niż wcale. Podoba mi się ta tradycja właśnie z tego powodu – głupio jakoś tak w ten dzień nie pójść na cmentarz.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                
  •          Po drugie – z tego co słyszeli od swoich dziadków – PRL był jednak lepszy, stabilniejszy, a teraz to jeno burdel, bezprawie i bida ogólnie. Mógłbym się na ten temat rozpisać na hektary, ale dam tylko jeden przykład: lepiej żyć w Korei Północnej ,  gdzie porządek jest jak cholera, a w bidzie wszyscy równo piszczą, czy w tym porypanym cokolwiek systemie, który jednak daje jakąś wolność i nadzieję na  poprawę (owego systemu, jak i losu jednostki w nim  żyjącej)?                                                                                                                                                                                                                                                       
  •          Wiąże się z tym  i sprawa trzecia, dotycząca niedawnych wyborów. Tradycyjnie więc kandydaci do tego cyrku na Wiejskiej, patatajali do swych wyborców galopem, z tradycyjnie, mordami pełnymi obietnic bez pokrycia, tudzież wrzeszczeniem, by wybrać mniejsze  zło (a każde zło – przypominam – jest zawsze złem, więc wybór JAKIEGOKOLWIEK zła jest już u podstawy klęską). Kupiła to tradycyjnie bezmyślna masa (około 30 % uprawnionych do głosowania), regularnie i sumiennie (?) dokonująca wyboru bandy dojącej całą resztę, według równego mniej więcej podziału na mohery i lemingi.  

​                   Lecz tym razem coś poszło nie tak.

                   Porażającą większość oczywiście zdobyła partia, która już rządziła, dość mocno dostała po dupsku jej poprzedniczka (tudzież potencjalna następczyni) ale wbił się w to mały klinik, który mam nadzieję, w końcu rozsadzi do reszty ten chory, postpeerelowski właśnie system.

                  Co mnie jeszcze bardziej ucieszyło, czerwone betony, od ćwierćwiecza okupujące parlament, znalazły się nagle poza jego bramami, a zielone (ludowe o zgrozo!) kurwy, ssące z tego parlamentu wszelakie profity i przywileje także od początku, ledwo się do niego załapały, w stanie szczątkowym, pozbawione nagle wielu zasiedziałych tam od lat 25 grzybów i pasożytów.   

                Więc na dzień dobry, w nowej kadencji, z bandy czworga (partji dotychczas rządzących i wymieniających się władzą) zostały właściwie dwie – a nawet półtora. 

               Co mnie baaardzo raduje i dobrze wróży na przyszłość.

              Chociaż byłoby lepiej, jakby ci narzekacze ruszyli dupsko i zrobili ów klinik większym, a tak frekwencja podskoczyła z owych około 30% zaledwie do 50% i proszę – co za efekt!

               A tak przy okazji dzisiejszego hlejołinu: naprzeciw mojego okna stoi budynek, u którego przeciwnego końca mieści się pizzernia, którą ongiś nawiedziła pani Gesslerowa, co zaznaczyła megabanerem ze swą ogromną podobizną. Na czas wyborów powieszono tam równie wielką podobiznę niejakiej Senyszyn.

              Salceson zasłonięto pasztetem.

              Po przegranych wyborach pasztet znikł, lecz salceson został…

                             

639 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

        W ostatnim półwieczu każde nowe pokolenie reprezentowało sobą coś innego. I właściwie z góry patrzyło na tych poprzednich, niczym na skamieliny. Byli bigbitowcy (na zachodzie zdaje się zwani rockendrollowcami), hippisi (ci jebli rewolucją kulturalną, która do reszty przenicowała społeczeństwo na levą stronę), potem punkowcy, krótka, ale znacząca explozja grungu (grandżu po polskiemu) – na tą akcję sam się załapałem w kwiecie wieku, dodatkowo obserwując upadek starego systemu (nibykomunistycznego), który przeobraził się w system nowy (nibykapitalistyczny), a na koniec owego wieku pozamiatali wszystko skrajni metalowcy. Byli yappies, generacja X, hipsterzy, tudzież inni, których nie pamiętam. Postęp technologiczny, kulturalny, polityczny, gospodarczy i związane z tym zmiany spowodowały, że przerwała się ciągłość pokoleń i każde następne jest inne: w czymś lepsze, w czymś gorsze od poprzedniego.

        Ale ogólnie różne i bardzo często niezrozumiałe dla ich poprzedników.

        Wiek XXI dodatkowo zaowocował upowszechnieniem i udoskonaleniem internetu (z którego namiętnie korzystam, co widać chociażby teraz), oraz sprzętem służącym do jego obsługi. Co powszechnie wiadomo, pokolenie najnowsze korzysta z owego sprzętu wręcz odruchowo. Co też czasem prowadzi do dość zabawnych sytuacji.

        Otóż weekend spędziłem w Trójmieście, a zacząłem na dworcu głównym w Gdańsku, czekając na kolej oznaczoną skrótem: SKM. Na peronie był sobie postumencik, zwieńczony tabliczką z wypukłym schematem okolicy i napisami w alfabecie Braille'a wyjaśniającymi gdzie co jest. Pomijam fakt, że znalezienie tego chadziajstwa przez potencjalnego niewidomego graniczy z cudem – prędzej by się wpakował pod pociąg, lub połamał spadając z peronu, lub schodów.

         To jeden absurd.

         Ale na ów postumencik wpakowała się około dziesięcioletnia dziewczynka i po krótkiej, dokładnej, acz bezowocnej próbie ogarnięcia wzrokiem, do czego ta dziwna tabliczka wielkości tableta służy, zaczęła równie bezowocnie próbować uruchomić ją regularnym napieprzaniem paluszkami gdzie i rusz.

         Dla niej to naturalne, że coś tego kształtu i w tym miejscu MUSI  się uruchomić i coś pokazać, tudzież z czymś się połączyć.

         Z tego co widziałem, próba wytłumaczenia przez rodziców, że to czysto mechaniczne urządzenie służące (teoretycznie aczkolwiek – jak to nadmieniłem wyżej) niewidomym, nie bardzo do niej docierało.  

         Ona odbierała już świat z innego poziomu.

         Całkiem innego od mojego.

         A jak tu pojąć tych, co byli wcześniej?!

         Więc żyjemy tak w nieustannym, trwającym już pół wieku chaosie społecznym, niby razem, a obok siebie…         

439 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

            Mam w rodzinie dwie takie właśnie najbliższe (rodzinnie i wiekowo) osobistości, które bez zbytniej ściemy mógłbym nazwać bratem i siostrą, albowiem się z nimi wychowałem – mimo że teoretycznie jestem jedynakiem - co mi ma durna rodzicielka (nie nazwę tego matką, tak samo jak tego co ją zapyliło – ojcem) lubiła ongiś wypominać pod hasłem: "Z jedynaka ni pies, ni sabaka". Ot takie durnoty z PeeReLu.

            Ja w sumie mogę podziękować Bogu, że stworzył mnie potencjalnym kurduplem (164 centrymetrów wysokości). Z tej wysokości inaczej odbiera się swiat – inny poziom obserwacji.

            Nie tak jak reszta – nawet ta, co przy moich gabarytach wpadła w kanon zwyczajności. Mieli szansę ujrzenia Matrixa, ale ją zaprzepaścili.

            Z dupami zawsze był problem: bo musi być wysoki, albo bogaty. Nie spełniałem tych warunków + kompletnie inne postrzeganie rzeczywistości (i związane z tym odmienne zachowanie) - za co znowu Swemu Jedynemu Panu serdecznie dziękuję. Dzięki temu zostałem pozbawiony możliwości tyrania ponad siły, spłacania kredytów, stresu małżeńskiego i paru innych kwestii równających psychę do poziomu rynsztoka.

            A co do owego potencjalnego brata i siostry.

            Brachol, będący leniwą i strachliwą beką tłuszczu (na służbie publicznej – policjant), nawet nie liznął życia w stopniu podstawowym.

            Ale mędrkiem został samozwańczym – w stylu ogólnopolskim.

            Podobnie siorka: wyszła dobrze za mąż i z tejże okazji uznała się za wyrocznię i autorytet w sprawach wszelako/życiowych.

            Chociaż nie wydaję mi się, by w realu, w którym funkcjonuję (taki paradox), te dwa indywidua potrafiłyby przetrwać choć chwilę…

492 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

             Obecne w Polsce zakłady pracy (dobra nazwa – pojemniki na zakładników) zatrudniają owych ludków odrabiających pańszczyznę… znaczy próbujący uzyskać resztę ze swojej mizernej zapłaty (po potrąceniu jakichś 70% składek na państwo), wystarczającą na jakieś tam, byle jakie mocno życie. Robią to na ogół, wyrabiając nadgodziny aż po sufit, do upadłego – stąd też Polacy są rekordzistami w kwestii spędzanego w firmach czasu pracy – no te kredyty trzeba jakoś spłacić!                

      Tu taka ciekawostka prawna: w innej, niedalekiej fabryce, gdy liczba nadgodzin przekroczyła ustawową normę i dalej już się nie dało owych zakładników legalnie trzymać w progach przedsiębiorstwa, to wymyślono, że podpiszą osobną umowę, według której będą tam siedzieć (znaczy zapierdzielać) w ramach wkładu w rozwój firmy (!). Oczywiście  szmal za te nadgodziny dostali, ale życia prywatnego takich ludków to sobie nie wyobrażam… Przeciętny polski, człek tyrający, raczej życia prywatnego nie posiada – co odbija się także na kwestii kulturalno/społecznej - co nieustannie wypomina nam (z dużą dozą złośliwości i pogardy) dobrze wymoszczona i oderwana od NORMALNEGO życia "elyta stolyczno/warszafska".

       Swoja drogą, wszystko wskazuje na to, że nie ma takiego "prawa" , którego nie da się ominąć – zwłaszcza w takiej republice kartoflanej, jak Polska.

       A śmiech wymieniony w tytule?

       Żeby taki system pańszczyzno/feudalny mógł się utrzymywać, potrzebni są nadzorcy go pilnujący. I tu – przepraszam wszystkie panie, bo zajadę mizoginizmem – najlepsze są tępe baby wywindowane o poziom wyżej (najwyżej na poziom brygadzistki, bo dalej awansować im nikt normalny nie da). Żeby nie było – kobiety z biur na ogół są w porządku i nie dziwakują, ale…

       Przykład takiej mocno ograniczonej Sprężyny* "sukcesu" , wystrzelonej na "stanowisko" za staż i zaangażowanie, a oddanej dzięki temu firmie bezgranicznie i stuprocentowo, zaobserwowałem ostatnio w swoim otoczeniu. Brygadzistka owa, prymitywna jak ciosany kamień, otóż znienacka zarzuciła swoim pracownikom: jak oni śmią sie śmiać na stanowisku pracy?!!! Tym bardziej że ona dzwoniła do kogoś ważnego (Putin, Duda, Sam Pan Bóg?) i co on sobie pomyśli! 

       A zaraz potem ruszyła z listą do pracy w nadgodzinach.

       No motywacja jak cholera! 

       Zwłaszcza  gdy motywującą jest taka rygorbaba o IQ żaby, dla której awans o szczebelek wyżej jest nawet niewyśnionym, nigdy niewymarzonym, celem życia.

 

 

 

* taką ma xywę – od nazwiska ;)

404 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

        W Polsce, oprócz innych wynaturzeń, występuje powszechnie jeszcze jeden fenomen niespotykany gdzie indziej: mianowicie polityczni celebryci.

        Jest to raczej dość wąski rdzeń, wyspecjalizowanych w brylowaniu na ekranie i przed mikrofonem indywiduów, z rzadka i na ogół na krótko zasilany jakimś nowym ryjem (tudzież głosem – w radiu). Pielgrzymują oni od stacji do stacji, preferując medialne wyżerki (w głośnikach radiowych objawia się to notorycznym dzwonieniem sztućcami w talerze) podczas pozornie ważnych dyskusji na polityczne zwykle tematy. Zwłaszcza uroczyście i dystyngowanie wręcz, odbywa się to w niedzielne poranki (większa oglądalność i słuchalność).

        Kolesie ci (z rzadka trafia się tam jakaś kobieta) są najczęściej wręcz oddelegowani przez swe AKTUALNE partie (albowiem uwielbiają je notorycznie zmieniać) do wszelkich komentarzy bieżących wydarzeń, kwadransowych pyskówek w studiach televizyjnych, tudzież innych programów publicystycznych… z których to nic nie wynika!

        A i NICZEGO ważnego się nie dowiemy.   

        Albowiem polityka – nawet ta nasza, żałosna, polska – odbywa się za zamkniętymi drzwiami, gdzieś w cieniu, po cichu, w kuluarach ; a poprzez eter radiovo/televizyjno/internetowy, docierają do nas tylko niewyraźne echa owych kombinacji. Nawet jeśli dochodzi do jakichś afer, to docierają one do ludzi z prowincji (poprzez ów eter właśnie), z co najmniej paromięsięcznym opóźnieniem – wtedy, gdy są potrzebne do publicznego zbanowania danego uczestnika owego geszeftu. Nie od dziś wiadomo, że dla członków przy korycie, zwanych dalej warszafką, wiedza o potencjalnym politskandalu, jest dostępna chociażby w formie plotek, na długo przed mediaexplozją krajową.

      No ale ludki prowincjonalne, zwłaszcza starsze gospodynie domowe, z zapałem będą wciąż oglądały i słuchały tych przeterminowanych i dalekoplanowych (acz czasem istotnych dla roszad wewnątrz/polityczno/gospodarczych) ochłapów informacji, będąc święcie przekonanym, że oto posiadły wiedzę o sprawach ważnych i poważnych i znają się na tym perfekcyjnie…

      Gówno się tam znają!  

485 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

       Televizję azaliż oglądam, acz bez przesady. Głównie pod wieczór, w stylu: skaczę po kanałach aż mnie coś zaintryguje i zrobię przystanek. Tym razem zatrzymałem się na programie o nazwie wymienionej w tytule. Polega to w skrócie na tym, że zwykli mieszkańcy są podglądani na oglądaniu przeróżnych programów i skłaniani do komentowania tychże.

       Przyznam, że całkiem radosne toto wywarło na mnie wrażenie.

       Ale potem zrozumiałem, że oto oglądam kolejny z serii programów, wieszczących rychły koniec televizji (mniej więcej tak, jak żałośnie skończyła, ongiś kultowa stacja MTV).

       Albowiem dałem się złapać w pułapkę absurdu i z przyjemnością obejrzałem w televizorze… ludzi ogladających televizję!

        Andy Warhol się w grobie przewraca…

        Na deser owego programu, ci tam moi zgromadzeni przed televizorami komentatorzy, których oglądałem na swoim televizorze, ujrzeli program o nazwie sex box zdaje się… którego clou (jest takie słowo!) były pary uprawiające sex w owym boxie, na żywo, przy publiczności, po podaniu jakichś tam, niby poważnych przyczyn (typu naprawa związku, czy podobne pierdoły).

        Najlepiej to skomentowały jakieś dwie babki w papilotach (też takie słowo istnieje): następny może być tylko program o wypróżnianiu na żywo…

       I ku temu to wszystko na owym ekranie nieuchronnie zmierza.

395 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

        W 1347 roku niejacy Tatarzy, oblegający krymski port Kaffa (należący wówczas do włoskiej Genui), po nieudanych próbach zdobycia twierdzy, dodatkowo zapadli na epidemię dżumy. Zdesperowani, zaczęli przy pomocy katapult, przerzucać zwłoki zmarłych przez mury, dzięki czemu zarazili ich obrońców nową, nieznaną europejczykom chorobą (pierwsza, udokumentowana, broń biologiczna w historii!), ale twierdzy nie zdobyli.

        Za to Genueńczycy roznieśli zarazę na całą Europę, wykańczając 1/3 jej mieszkańców (!). O dziwo, Polska pozostała wówczas prawdziwie zieloną wyspą (co poważnie przyczyniło się do wzrostu jej potęgi w latach późniejszych). Innym następstwem tej epidemii był też boom gospdarczy Europy (masa ziemii, domów i innego bogactwa przejmowanego po zmarłych), tudzież zanik higieny osobistej – używane dotąd łaźnie publiczne popopadały w ruinę, dodatkowo zaś nasilenie indywidualizmu i egoizmu (co się będę ruszał z domu – jeszcze się czym zarażę!).

        Co ciekawe, epidemia ta rosprzestrzeniła się głównie poprzez pchły pasożytujące na szczurach, które to zostały przywleczone przez wyprawy kupieckie rozwijającej się Europy. Wcześniej szczury i żyjące na nich pchły, były problemem Indii i ich okolic. Dziś są problemem całego świata.

        Potem inicjatywę przejęli Europejczycy i za pomocą niegroźnych dla siebie chorób – typu katar, wykończyli jakieś 80-90% tubylców obu Ameryk… zanim tam wkroczyli zbrojnie (!).

        W zamian przytargali na stary kontynent syfilis.

        Ale ta metoda epidemiologiczna działała na całym, odkrywanym i przejmowanym świecie, dzięki czemu Europa wkrótce stała się globu owego właścicielem.

        No i ostatni motyw, który przyszedł mi do głowy niejako przy okazji:

        obrzezanie.

        Przed rozpoczęciem I wojny w Zatoce Perskiej, Amerykanie zatrudnili jako konsultantów walk na pustyni, weteranów z Afrika Korps Rommla i szczurów pustyni Montgomerrego. Pomagali staruszki jak mogli, zapominając po której stronie walczyli … i zadziwili ich jednym stwierdzeniem:

         Najbardziej ich upierdliwym problemem, były notoryczne choroby układu moczowego wynikające… z prostego oddawania tegoż moczu! 

         Bo żołnierz też człowiek i sikać musi, za namiotem, za wydmą, czy w okopie wykopanym w piasku. A że na pustyni woda jest cenna, a na stanowiskach bojowych wręcz bezcenna, więc z higieną raczej było ciężko, a pod napletka zawiewało piaskiem i z czasem powodowało to stany zapalne i dalsze dolegliwości części podbrzusznej.

         Co już wieki temu zrozumiały ludy semickie i pozbyły się tego drażniącego problemu, profilaktycznie pozbawiając napletka wszystkich swych samców. Opornych motywowano względami religijnymi – co zadziwiająco dobrze działa do dziś, w kompletnie już innym środowisku.

         Ot siła przekonywania!

499 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

          Jacyś "geniusze" (pewnikiem zza oceanu – czyli z ju es ej) doszli kiedyś do wniosku, że człek zwykły, szary, pospolity, wykorzystuje 10 do maximum 20 % możliwości swojego mózgu.

         Że tam niby reszta jest kompletnie bezużyteczna i leży odłogiem – ot tak, dla wypełnienia pustego miejsca w czaszce – jak gąbka w przesyłce (powodując, że płat przedczołowy nie przesuwa się wraz z ruchem właściciela ku potylicy, powodując zakłócenia w myśleniu).

        O dziwo, ta bzdura chwyciła (!) i nawet przez pewien czas była modna.

        Po czym ktoś się podrapał po owym mózgoczaszkowiu (ciekawe, czy po tym niby nieaktywnym, większym obszarze?) i stwierdził, że ani Bóg ojciec, ani matka Natura (wybór rodzica, zależy od stopnia postępowości właściciela owej szarej, pofałdowanej masy) nie marnowaliby tak wielkiej, tak mocno zasilanej (stopień ukrwienia i ogrzewania) i tak strategicznie położonej powierzchni ciała… na nic nierobienie!

       Koniec końców, wyszło chyba na to, że nasze, cokolwiek skromne i ułomne ciało, wymaga jednak jakiejś (dość poważnie rozwiniętej) jednostki sterującej i chyba jest nią właśnie owa reszta mózgu.

       I tu znowu powstał problem, bo według racjonalnego myślenia (skromnym płatem przedczołowym), CAŁA nasza cywilizacja, inteligencja, inwencja i cokolwiek jeszcze przypisać człowieczeństwu i postępowi, zawarte jest właśnie w kawałku mózgowia mieszczącemu się w garści.

       Otóż nie wydaje mi się.

       Jako człek cokolwiek myślący (zaraz powiem czym), uważam że mózg jest ogólnie do dupy i tamże, swobodnie mógłby się znajdować (tyle, że by się ściskał przy siadaniu).

      Więc trzeba zdać sobię sprawę, że każdy, kto właśnie czyta ów wpis, siedzi przed ustrojstwem zwanym komputerem (ewentualnie tabletem, czy smartfonem)… i go obsługuje!

      Mózgiem owych urządzeń jest procesor, steruje się tym zestawem klawiaturą (myśl i dotyk), patrzy w monitor, odbiera innych kamerką – tudzież widzi się kamer innych zrzut (wzrok i słuch), lecz i tak cokolwiek jest się na zewnątrz tego sprzętu. Co nie przeszkadza być czasem nawet mocno zżytym z ową elektromechaniką – zwłaszcza jak się steruje jakimiś urządzeniami na zewnątrz (jakiś robocik na przykład), lub gra się w grę – jak rzekł klasyk neta.

      Więc ja też jestem na zewnątrz – JA to potocznie dusza.

      Trzeba tylko uważać, by za bardzo nie oddalić się od owego instrumentarium – a zwłaszcza klawiatury.

      Powszechnie zwie się to autyzmem.

      Tudzież nie rypnąć w ów sprzęt całą swą masą.

      Powszechnie zwie się to hedonizmem.

      Zalecany jest tradycyjnie złoty środek:

      Odbyć odpowiednie testy na tym humanoidalniepodobnym komputerze, po czym wstać i iść ku prawdziwemu życiu, bo Admin koniec końców odłączy nam go i zniszczy (taki złośliwiec!).

      A owy, chwalony przez niewiarków racjonalnych, pod niebiosa mózg, wyparuję w pizdu przestrzeń jako pierwszy: albowiem wodnisty jest i nietrwały jak galaretka.

     A co do wymienionego w tytule mnemo:

     Pasjonaci (informatycy, domorośli hakerzy?) korzystania z owej szarej masy, wymyślają co i rusz jakieś właśnie mnemotechniki, typu szybkie czytanie (strona xiązki na milisekundę!)…

    …chociaż nie wyobrażam sobie przeczytania takiej na przykład pierwszej z brzegu: "Krytyki Czystego Rozumu" Immanuela Kanta w pół minuty, ze zrozumieniem.

     Tudzież opracowali podobno sposób zapamiętywania WSZYSTKIEGO  za pomocą skojarzeń. Tutaj wyręczył mnie genialny Woody Allen, który w jednym ze swoich filmów potrafił dzięki tej technice zapamiętać wszystko… oprócz tego co miał zapamiętać.

     Z niecierpliwością czekam na następne, błyskotliwe pomysły tych "geniuszy" od wykorzystania mózgu.

481 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

       Że znowu zacytuję (a raczej sparafrazuję) ulubionego Lecha Jęczmyka:

"Świat medialnych i politycznych postaci, jest tak oderwany od prawdziwego życia, jak giełda od gospodarki".

      Otóż dla odmiany o giełdzie, maklerach i manipulantach z tego żyjących (na ogół powyżej średniej krajowej).  

       Więc giełda maklerska już dobre 100 lat temu straciła swój podstawowy sens:

  • Taki jak doinwestowanie startujących przedsiębiorców, w zamian za udziały w przyszłej spółce.
  • Obdarowywanie współpracowników kawałkiem firmy, w zamian za jej rozwój (i poświęcenie) na starcie, co jest NORMĄ w USA, a w Polsce postsocjalnofeudalnej co najmniej dziwactwem, bo ci co w pocie czoła tworzyli sukces firmy razem z właścicielem, co najwyżej mogą zostać jakimś tam drobnym kierownikiem (polski właściciel nie komórka – się nie dzieli!), a bardziej prawdopodobne, że dostaną kopa w du…pę, bo za dużo wiedzieli (i chcieli).
  • Coś tak naturalnego dla spółki akcyjnej, jak dywidenda , w polskich spółkach zaczęło obowiązywać dopiero od niedawna (!) weszło do użycia i wciąż jest traktowane jako luxus i przywilej (!!!), a nie jako norma.
  • No i rzecz podstawowa, jak nowotwór (dobre słowo: nowy twór) tocząca ekonomię po pochyłej w dół: spekulanctwo, że tak to określę. Otóż od owych wielu dekad (może i wieku), handel akcjami poszczególnych firm przestał być związany z ich rzeczywistymi możliwościami, kondycją, zyskami (lub stratami), a stał się zwykłym hazardem, ruletką, pokerem, grą w kości (ktoś kiedyś w Szwecji, zebrał paru przodujących maklerów i… szympansa, by wskazali akcje, które przyniosą największy zysk w najbliższym czasie. Małpa wygrała. W nagrodę dostała banany. Małpy w czerwonych szelkach, dostają za dobre trafienie kokosy.).

​       Wszystko to byłoby co najwyżej śmieszne, ale działalność owych manipulospekulantów (ich szefami są czołowi bankierzy), kreuje nasze, coraz to ubożejące (ekonomicznie) życie…

       A bogatemu radość!

562 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 54.226.227.175