Miesięczne archiwum: Marzec 2016

Bez przesadnej skromności, ale uważam się za dobrego ogólnie ludzika. Cechuje mnie stoicyzm i mania obserwatora, tak potrzebna w pisaniu i robieniu zdjęć (tudzież snajperce – a też strzelam).

 Jednak w życiu swoim, prawie już półwiecznym, w stoicyźmie swym doświadczałem agresji (słownej na ogół na szczęście) nad wyraz często.

Zbyt często.

Można to wytłumaczyć po części moją nadzwyczajną oryginalnością w obyciu i wyglądzie, tudzież zasadniczą cechą agresorów owych małosłownych (których cokolwiek na codzień da się lubić), jaką jest stanięcie przed barierą intelektu i związanym z tym wylewem rezerw inwektyw ostatecznych, czego ja, jako człek na poziomie i z wyobraźnią nie uznaję. Po prostu nie lubię (wbrew pozorom!) bluzgać z mordy. To dla mnie ostateczność.

  Wyposażony jestem też w pewnego rodzaju upierdliwość, połączoną z uciążliwością, jednak wydaje mi się ta cecha do zniesienia i nie taka znowuż rzadka – gdy się rozejrzeć dookoła.

  Więc czemu pewna liczba (nie tak mała znowu!) ludzi, dostaje w mojej obecności wręcz ataków wścieklizny?

 Tak, jakby wszystkie kundle na tym świecie chciały mnie pożreć!

Więc czemu uznaje się mnie za tego złego? Mimo że wynikiem usilnych poszukiwań belki w mym oku (obiektywnych do granic moich możliwości!), za każdym razem jest co najwyżej małe drewienko?

 Ano jako człowiek wierzący, doszukuję się w tym jakiegoś odgórnego (a raczej oddolnego) wpłwu Złego.

 Nie na darmo zwano go władcą much – czyli prymitywnej formy życia, pożerającej kupy i roznoszącej w zamian choroby...

Wszędzie dookoła widze ludków żrących kupy materializmu i roznoszących choroby moralności (kwestie erotyczne, wbrew skojarzeniom z nazwą, są najmniej ważne w tym momencie).

A gdy nieuchronnie, prędzej czy później, te prymitywne formy życia ujrzą mnie jako element niepasujacy do ich układanki, to zaczyna się szczekanie i gryzienie…

Ale jak to stwierdził kiedyś wielki Gdańszczanin, Arthur Schopenhauer : najważniejsza w  życiu jest godność – nie honor. Honor stracisz, jak cię zjedzą dzikie kundle, ale godności przez to nie stracisz.

I to się liczy na górze, przy ostatniej drodze.

Reszta nie ma znaczenia.

 

 

 

PS                                                I jeszcze coś. W naturze (czyli materii – tudzież Gwiezdnych Wojnach) musi zostać zachowana równowaga, więc niezbędne sa elementy takie właśnie jak ja, co to nie idą za stadem, szeroką ścieżką, itp.

  • Ci, co nie żyją schematycznie, według schematu potem cierpiąc.  
  •   Ci, co nie babrzą się w kredytach (obroży ze złotym łańcuchem) na zamki z piasku i karoce wielokonne.
  • Ci co nie wyżywają się w swych nędznych robotach, niczym maratończyk na olimpiadzie, marząc o jakichś ułudnych awansach i śmiesznych, oraz drobnych dla swych panów pieniądzach.
  • Ci co nie czczą swoich wrednych i obłudnych "xiężniczkek" , z ich niewdzięcznymi bękartami, bo niby bycie mężem i ojcem dodaje +100 do męskości (buhahahahahaaa!!!)
  • Ci, co nie mają oporów przed wkraczaniem w tematy tabu, a dla których pojęcie hipokryzji nie istnieje – jest tylko Prawda.

584 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

         Święta wielkanocne to dwa dni (2 liczbowo), w ciągu których owszem, sklepy są nieczynne, a za sprawą "noworządzącego" PiSu liczba tych sklepów nagle spadła do zera, to jednak nieustającą panikę przedświąteczną ciągle trudno wytłumaczyć czym innym, niż zrypaną psychą po PeeReLowskim kryzysie, gdzieś tak do 3-5 pokolenia włącznie. I nie wyjaśnia tego tłumny powrót owych następnych pokoleń z zagraminicy w czas ów świąteczny.

          Polacy w czas przedświąteczny ocipiowywują masowo, żarło i picie kupują tonami – jakby jutro miała pierdolnąć ten świat wojna atomowa przynajmniej – potem jednakże wywalając je masowo w śmieci…

          …ale nie o tym tradycyjnie.

         Wszyscy w ten czas biorą się za gotowanie, smażenie, duszenie i inne kuchenne czary.

         Ci wszysycy to zazwyczaj paniusie domu, które na co dzień żrą kupę w swoich korporacjach, domy swe zostawiają sprzataczkom i nianiom, kolacje odgrzewają w mikrofalach, czasem se jebną pizze, albo kebsa, pierdząc potem na mile, oraz stare ich protoplastki, które kuchni (nie)nauczyły się za owego słynnego PeeReLu, gdzie to nie było po prostu czego i na czym przyrządzić, więc też żarły kupę, ale innego autoramentu.

         I ta cała czereda kulinarnych amatorów, w czas świąt wszelakich, bierze się za tworzenie wynalazków spożywczych, ku uciesze gawiedzi (która to oficjalnie nigdy nie narzeka – bo to nie wypada), a które to potem gremialnie lądują na śmietniku, bo takiego gówna to i pies z kulawą nogą nie zeżre.

        Więc smacznego i wesołych świąt gamonie!

391 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

     

          Jak już wielokrotnie pisywałem, szlag mnie trafia, gdy widzę te wszelorakie konkursidła, nieuchronnie upadającej televizji ogólnej, wyłaniającej talenty z bydła pchającego się do koryta… znaczy na ekran.

Ze sztuką jest tak, że potrzebuje ona twórców. Niektórzy (wierzący), zarezerwowali to słowo tylko dla Boga, ale błędnie – zdaje mi się, albowiem owi nieliczni twórcy, manewrują światem jak owy Bóg, i zdaje się z jego namaszczenia. Więc twórca od zwykłego ciołka, pchającego się bezmyślnie ku (krótkotrwałej na szczęście) karierze, różni się kilkoma, znaczącymi dość dużo szczegółami.

Także:

  1. Potrzebna jest technika. Prymitywna, podstawowa technika. Ćwiczenia: emole, bemole, cisy, gisy, przepony, wczesne bohomazy, bazgroły w zeszyciku, itp, itd. Ale ćwiczenie jest drogą ku doskonałości! To jest dostępne dla wszystkich (uzdolnionych cokolwiek, ale wieść niesie, że każdy ma talent jakowyś). To cieszy, tumani, czasem nawet przeraża. Ale przynosi efekty – gdy się ćwiczy właściwą sobie zdolność.​     
  2. Mentorzy. Mentorzy to ci, co byli przed wami – artystami. Trzeba się w nich wsłuchać, wpatrzeć, wczytać (zależy na jakim gruncie artystujecie). Nie da się czynić sztuki, nie znając jej historii! Odcięcie (lub nie podpięcie się – co jest ostatnio modne) od (lub do) korzeni, to zawsze i wszędzie klęska!
  3. I w końcu podczepienie się pod oględnie zwane universum, które to jest ostateczną rozjebką systemu przygruntowego. Ludzie zwą to talentem. Talent prawdziwy nie bierze jeńców i nie grzebie ofiar. Mówiąc prosto i nowoczesną polszczyzną: talent napierdala, rozpierdala i wypierdala dalej!    

To jest proste, jak wymagane warunki otrzymania wybaczenia, tak nadużywanego przez antykatolików (znaczy levactvo), o czym ongiś pisałem.                                                          ​

445 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Co sądzę o KODzie, to jest chyba jasne. Prawilnie sądzę. Ale broń Boże nie będę się maczał w tym rynsztoku. Inni to robią z mocą w necie, aż kurz leci!

        Chodzi o jedną z głównych twarzy owego odgórnego ruchu, o nazwisku: Klaudia Jachira. Panienka owa, pochodząca z Wrocławia, postanowiła za wszelką cenę się wybić medialnie i poczyniła ku temu odpowiednie (?) kroki… no i tu, tradycyjnie zaczyna się problem…

        Mieni sie toto aktorką, wyobraźnię ma (choć mocno pokręconą), ale z tego co zaobserwowałem w jej ulubionych netach – talentu zero.

        Postawiła za to na prowokację.

        Męczy się więc dziewczę niby piękne, na monitorach internautów, obsmarowując obecne władze ile wlezie, udziela się na demonstracjach owych wypierdków PeeReLu, lecz robi to…

        No i tu znowu zasadniczy problem: udolnie, czy nieudolnie?

        Jednego jestem pewien. Ile by tego beztalencia dziewczę nie posiadało, to jeden przyświeca jej cel: kierując się nowoamerykańską zasadą ichnich celebrytów, dąży uparcie do tego, by było o niej głośno. Nie ważne co mówią więc, ale ważne by mówili!

       Tym sposobem świat zchamiał ostatnimi laty wręcz spektakularnie, bo nastał czas wysypu wszelakich, właśnie takich, zdeterminowanych parciem na szkło pojebańców, których celem życiowym jest SŁAWA!

       Za wszelką cenę.

       Tu nie ma mowy o honorze, uczciwości, a mądrość tam nawet nie zagląda. Tu liczy się tylko poklask wirtualnej publiki.

       A owa panienka, swą amatorszczyzną, wkurwiającą delikatnie mówiąc mimiką i głębokim przekazem, niczym muł na dnie bagna, odpycha zwyczajnie, niczym najpiękniejsza chociażby uciekinierka z domu wariatów.

      I nie przypuszczam nawet na jotę, by to było zamierzonym efektem jej "talentu"! Nie wygląda na to, żeby taki posiadała. Raczej spina majdy, by wyjść oryginalnie, a wychodzi tradycyjnie bieda z żenua…

       I pisze to ktoś, kto nieoczekiwanie ukazał się w teledysku niejakiego "Gangu Albanii", który to przez niecałe dwa miesiące już dociąga do 10 milionów wejść ;) (ja to ten w 16 sekundzie, 50, 1,30 i na koniec w 2).

       Ale parcia na szkło cały czas nie mam – spokojnie. Ot, taki niedzielny epizod z nudów w Koluszkach, przy parodniowym nagrywaniu płyty Psów Pustyni w Mania Studio, zakończonym malowniczym mordobiciem w barze, podczas finalnego koncertu, przy udziale miejscowego klubu motocyklowego (co skwapliwie udokumentowałem ;).

      Lecz problem jest poważniejszy w kwestii globalnej.

      Podobną strategię w kwestii reklamy, wykorzystał niejaki Dean Kamen w kwestii segwaya (taka fikuśna, droga w choooj hulajnoga), przez ponad rok reklamując ową zabawkę (za pośrednictwem usłużnych celebrytów właśnie), acz nie mówiąc co reklamuje (!), jako przełom w transporcie. Ludzie, w tym też ja (!), naprawdę w końcu oczekiwali czegoś na kształt napędu antygrawitacyjnego… a wyszedł taki se gadżet. 

      Podobnie niejacy bracia (teraz juz siostry!!!) Wachowscy, którzy swoim Matrixem poszli na bezsensowną całość, tłumiąc temat, który na przykład P.K.Dick w białych rękawiczkach, genialnie, z gracją i polotem rozpracowywał całe życie, stając się ikoną  SF, a może i bardziej.

     A oni nie! Za chwilę sławy zostawili wielki lej w kulturze, nie dający się już wypełnić – bo był Matrix…

 

 

     

 

      PS          Chyba polubię Klaudię na fejsie, by sprawdzić, co jej się tam pod czaszką telepie :)

450 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      Że na początek znowu zacytuję niesamowitego i przenikliwego publicystę, Lecha Jęczmyka:

     "Każdy człowiek jako tako wykształcony wie, że oskarżanie o uleganie spiskowej teorii dziejów jest najgorszym, jakie człowieka może spotkać. Ktoś taki nie może liczyć na pracę w mediach ani na uczelni, jest w ogóle traktowany jak trędowaty. Człowieka z klasą obowiązuje wiara w niespiskową teorię dziejów, czyli przekonanie, że wszystko dzieje się przypadkiem. Głoszenie tej teorii i wyśmiewanie głosicieli teorii odmiennej jest świętym obowiązkiem wszystkich spiskowców, do których entuzjastycznie dołączają "użyteczni idioci". Ponieważ jednak przy całym tym wyśmiewaniu nie mówi się, z czego się wyśmiewamy, spróbujmy wczuć się w prymitywny umysł zwolennika teorii spiskowej.

     Pomyślmy o świecie jako o rozległych przestrzeniach lasów, stepów, sawann, bagien, pastwisk i coraz większych miast, zamieszkanych przez ludzi różnych ras i plemion, wyznających różne religie, mówiących różnymi językami, posługujących się różnymi walutami, mającymi najróżniejsze formy organizacji społecznej. Czasem, co tu ukrywać, walczących między sobą o krowę, kawałek pastwiska czy dostęp do wody.

     Wyobraźmy sobie niewielką (pewnie poniżej dwustu) grupę bardzo starych, utrzymywanych przy życiu przez armię najlepszych lekarzy i pielegniarek, nieprawdopodobnie bogatych mężczyzn (nie słyszałem, żeby w tym gronie były jakieś kobiety), którym się taki chaotyczny, anarchistyczny świat nie podoba. Działa im na nerwy. Zbierają się więc w ustronnych luksusowych kurortach i radzą, jak by to uporzątkować. Żeby było tak: 

     Żeby cały świat był zamieniony w jeden wielki trawnik z trawą wysokości jednego centymetra. Żeby po tym trawniku spacerowali podtrzymywani przez lokajów czcigodni starcy i niespiesznie grali w golfa. Ich zachowanie jest ściśle podporządkowane etykiecie zwanej polityczną poprawnością, służba jest w jednakowych liberiach, w cienistej alejce czeka rząd karetek reanimacyjnych, kelnerki roznoszą napoje. Gromady chamstwa, zagrażającego trawnikom, zostały wytrzebione. Lub jak w powieści Philipa K. Dicka tyrają w podziemnych bunkrach, utrzymywani przez media w przekonaniu, że na powierzchni szaleje jądrowa wojna.

     I to nazywamy globalizacją.

     Możemy też nazwać to trzecim podejściem, trzecią próbą uporządkowania świata, po nieudanych, nie do końca przemyślanych, choć zmierzających we właściwym kierunku eksperymentach komunizmu i nazizmu.

     Ci dziadkowie mają swoją ideologię i są nie mniej szaleni niż Hitler i Stalin. Zresztą realizują ten sam program unifikacji i totalizacji świata. Tym razem wszędzie ma zapanować bezosobowy kapitalizm kasynowy – w którym spekulacja ma pierwszeństwo przed pracą – etnicyzacja i regionalizacja, społeczeństwo otwarte na "gatunki inwazyjne", oligarchizacja, radykalna ekologia (zahamowanie rozbudowy infrastruktury i źródeł taniej energii), ekumenizm i relatywizm, czyli likwidacja pojęcia prawdy.

     Ich wrogowie, to państwa narodowe, Kościół katolicki ze swoją hierarchiczną organizacją, rodzina i własność prywatna.

     Ten świat ma być rządzony przez wąską, samozwańczą elitę – zbiorowego platońskiego króla-filozofa – z jednym, pozornie amorficznym i najlepiej anonimowym ośrodkiem władzy. A niżej masa plebsu, żadnych szczebli pośrednich. Jak to osiągnąć?

     Należy zlikwidować państwa narodowe, pozostawiając im funkcje policyjne w stosunku do miejscowej ludności.

    "…"

    Armie poszczególnych państw należy podporządkować jednemu światowemu dowództwu i wykorzystywać z dala od własnego kraju – do tłumienia powstań narodowych i pacyfikacji biedoty.

    "…"

     Należy zlikwidować własność prywatną i klasę średnią, które są matecznikiem wolności. Wszyscy mają być pracownikami jednej superkorporacji. Narzędziem kontroli jest kredyt. Nikt nic nie ma, wszyscy są zadłużonymi dzierżawcami własnego majątku. Nie wolno spłacać kredytu przed terminem, zadłużenie ma trwać wiecznie.

     "…"

    Na świecie ma panować jeden system wychowawczo-edukacyjny. Należy możliwie wcześnie wyrwać dzieci ze szponów rodziny, która przekazuje im tradycyjny system wartości i lojalności.

     "…"

     Należy wprowadzić jeden system wartości, tak zwanych "wartości uniwersalnych". Nie wiadomo, co miałoby być ich źródłem, prawdopodobnie jakies ustalenia lóż masońskich. Chodzi nie tyle o wpajanie tych mglistych zasad, co o niedopuszczenie do wyznawania innych."

     To tyle od pana Lecha.

     Ze swojej strony muszę dodać, że owe spiski nie dotyczą tylko spraw tak globalnych. Może być regionalnie. Pokazują to chociażby ciągle wybijające na wierzch afery polityczno/gospodarcze, poszczególnych ugrupowań od lewa do prawa, co najwyraźniej widoczne było w Aferze Rywina, kiedy to ludzie dowiedzieli się o jakiejś tajemnej Grupie Trzymającej Władzę, czy też w nagraniach u Sowy, gdzie społeczeństwo dowiedziało się, że Polska praktycznie już nie istnieje.

     Takie drobne spiski występują też na stopniu samorządowym, korporacyjnym, czy też w końcu rodzinno/ koleżeńskim, gdzie zwą się powszechnie intrygami.

      Po prostu człowiek rozumny ma taką instynktowną tendencję łączenia się w grupy działające na swoją korzyść (wiadomo – w kupie raźniej), które dla swojej korzyści pozbywają się grup konkurencyjnych. A to, w jakiej skali i na jakim poziomie się to odbywa, jest raczej kwestią pochodzenia ich członków.

      Ale to się odbywa.

      Zwyczajnie i po prostu!

      A gdy lud prosty zaczyna się burzyć, zazwyczaj kończy się to tragedią, jak w przypadku nazizmu, którego pierwszym ideologiem był pan od samochodów (produkowanych do dziś i zwanych jego nazwiskiem):

      Henry Ford, ten mentor Hitlera, autor "Międzynarodowego żyda", stwierdził jeszcze przed II WŚ, że gdyby odizolować od społeczeństwa 50 najbogatszych żydów, to na świecie zapanowałby pokój.

      Jego nieodrodny uczeń – czyli ów Adolf Hitler, coś jednak popieprzył w kwestii owej izolacji i zamiast niej, pod hasłem holokaustu, pozbył się żydowskiej biedoty, oraz klasy średniej, w liczbie paru milionów, a owa nieliczna mniejszość pozostała nietknięta (najczęściej ewakuowała się do USA) i stamtąd, już po wojnie, jeszcze bardziej zaczęła mieszać w kwestii globalnej.  

404 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

        Od wieków, pod przeróżnymi postaciami (religijnymi, społecznymi, politycznymi, ekonomicznymi, itp), spierają się dwie frakcje, załóżmy pozytywnie - chcące dobra ludzkości i postępującego postępu wszelakiego rodzaju. 

         Tradycyjnie mniejszość stanowi umózgowiona, odważna, acz świrnięta jednostka, a większością jest zazwyczaj zabłąkane stado, pędzące za rykiem jakiegokolwiek przywódcy (ucieczka od wolności się kłania). 

        Owa świrnięta mniejszość dość wyraźnie rzuca się w oczy swoją  odmiennością, a i pomysły miewa przeróżne, od lewa do prawa, od góry do dołu… no nie ma tu zadnych nieprzekraczalnych granic kombinowania umysłem! Czasem owe pomysły, podchwycone przez większość, doprowadzają do tragedii na masową skalę: jak komunizm, nazizm, czy chociażby islam.

       Ale nie o skutkach globalnych, a o współistnieniu tych dwóch grup.

       Mniejszość ma ogólnie przerąbane za swą inność i czasem jest skazana na fizyczną exterminację, jak w latach terroru w Kambodży, gdzie ludzi likwidowano chociażby: "…nawet za sam fakt posiadania okularów lub zbyt delikatnych dłoni…" (!!!), Tutsi w Rwandzie, wszyscy inni w ZSRR, innomyślący w krajach islamskich, buntownicy z KRLD, lub chociażby tłuczeni regularnie, przez dresokarki, na ulicach cywiliowanej północy, odmieńcy od schematu.

       Odwracając tendecje, na czele owych ludobójstw za każdym razem stają tacy odmieńcy, o skłonnościach psychopatycznych, którzy po latach upokorzeń, niejako mszczą się na masie (likwidując ja fizycznie).

       Więc  od czasów Rewolucji Francuskiej, trwa ostry konflikt między dobrze umocnioną mniejszością, gardzącą upośledzonym (według nich) plebsem, a wkurzoną większością, która co i rusz znajduje wyłom w obronie i wyrzyna ową pełną pychy mniejszość w pień.

       A wystarczyłoby się nawzajem szanować, jak za starych, chrześcijańskich czasów.

       Bo innomyśląca (i zachowująca  się) mniejszość, jest niezbędna do funkcjonowania społeczeństwa i postępu (technologicznego, naukowego, kulturalnego – co kto woli), a owa normalnie żyjąca większość, jest niezbędna owej mniejszości zwyczajnie do życia.

       I żadne pomysły spod znaku: 80/20 % , według których pewna grupa owej mniejszości, znowu chce się obecnie, w bardzo wyrafinowany sposób, pozbyć części większości, nie mają szans na powodzenie. Skończy się tradycyjnie na licznych ubytkach w biomasie ludzkiej - jak mawiał klasyk.

       Ale to tylko takie spiskowe teorie dziejów…

       O czym w następnym wpisie. 

372 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

         Dziś z rana wypieprzyła się tuż przede mną babcia w wieku 84 lat, która koniecznie chciała zrobić zakupy w markecie i wpaść do apteki. Sęk w tym, że kompletnie nie była w stanie iść, potem wstać, nie wiem jak wróciła, bo zaginęła w tym markecie (dawniej samie), ale pewnie to nie pierwszy jej upadek i nie ostatni. Żeby było weselej (lub raczej smutniej), nie miała żadnej laski, kuli, wózka, ewentualnie balkonika (w tym wieku i stanie, to nie wstyd – to konieczność). Pewnie chciała pokazać młodzieży, jaki to jej rocznik twardy i mocny?

      A tradycyjnie wyszło, jak wyszło…

      Ale wcześniej z kolegą doszliśmy do wniosku, że takie starsze ludziki, przyczyniają się do patologii farmaceutycznej, charakterystycznej właściwie tylko dla naszego kraju.

       Więc:

  • Polska jest podobno jedynym krajem w cywilizowanej (jeszcze odrobinę) północy, gdzie środki farmakologiczne, pod przykrywką suplementów diety, reklamowane są powszechnie, w każdy możliwy sposób,a wizyta w aptece przyprawia o oczopląs – takie tam wszystko kolorowe i  tak kusi!
  • Co pociąga za sobą rekordowe na skalę świata spożywanie owych środków, na skalę masową i hurtową! Biorą starcy, biorą ich dzieci, dzieci dają wnukom, a te swym dzieciom. Bez ograniczeń wiekowych i faktycznego stanu zdrowia biorącego. Biorą to wszyscy garściami, samodzielnie, bez recepty, bo to panie zdrowie jest i trza o nie dbać!
  • A starcy pokroju owej pani wykupują te leki za przysługującą emerytom złotówkę, na zapas i kilogramami (bo to może zabraknąć w razie jakiejś apokalipsy!). Wystarczy się rozejrzeć: aptek jest wszędzie pełno i zawsze są w nich kolejki. Może to państwa polskiego nie kosztuje tyle, co utrzymanie administracji NFZ, ale ma znaczący wkład w biedę owej służby zdrowia.

              Pomijam juz to, że leki przeróżnego stosowania, brane garściami, naraz, powodują takie spustoszenie w organiźmie, że z tego powodu notuje się co roku parę tysięcy zgonów w samej Polsce. Po prostu łyknięcie na raz, różnych specyfików, zwyczajnie spowoduje takie spustoszenie w ciele człowieka (starego i ledwo stojącego), co dobra wojna chemiczna.

            A młody organizm osłabi, zamiast zahartować – dzięki, wam rodzice! Potem będziecie mówić, jakie to najmłodsze pokolenie słabe wyrosło – a tak ich sami wyhodowaliście…

418 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

        Jako że udzielił się nam (polakom), ogólnoświatowy trend tycia ponadnormatywnego, to opiszę troszku menszczyzn (normalnie tego otłuszczonego gówna nie nazwę) roztytych ponad miarę i robiących za misiów przytulanków dla swych babeczek.

        Na babach otyłych nie będę się wyżywał – szkoda słów. A jeśli twierdzą, że ktoś je kocha, to są zwyczajnie pierdolnięte! Tłuste świnie biorą tylko zboki, a tych wśród menszczyzn (nie piszę o tych prawdziwych – dla rozróżnienia) jest dość spora gromada: geje, pedofile, zoofile, wielbiciele tłustych bab, kadłubków, kalek, itp, itd…

       Do tłustych facetów (głównie składają się oni z jelit wypełnionych kałem – z tego co zauważyłem) przylgnęła jakaś nieoczekiwana łatka: misiów przytulanek, dobrych człowieków, śmieszków heszków i takich tam podobnych…

       Smalec prawda!

      Robiąc sobie remanent pamięci, to tłustycfh facetów można podzielić TYLKO na trzy kategorie: cipy, chuje i dupy.

      W dodatku z miażdżycą: bo im bebzlun miażdży małe ptaszki i tyci jąderka.

       Sorry porządne grubasy, ale jesteście w zdecydowanej mniejszości.

 

 

 

 

    PS     CDN

 

338 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      Jako się rzekło, o tej dość dziwacznej dzielnicy Los Angeles dziś popiszę. A o Oscarach będzie najmniej!

       Ponieważ to nagrody wyłącznie dotyczące owego Hollywood – czyli amerykańskie pławienie się w samorodnym (żydowskim w większości – bo to ich wynalazek) sosie, do którego wpuszczani są nieliczni obcy, na zasadzie urozmaicenia i nieistotnej ciekawostki, pod nazwą: statuetka dla nieanglojęzycznego filmu.

       Ale jara się cały świat i kasę im nabija wprost nieziemską.

       Owe Hollywood to największa i najbardziej opłacalna firma produkująca…

       No właśnie – tu zaczyna się problem.

       Zdecydowana większość filmów wytwarzanych w owej dzielnicy Los Angeles to zwyczajne gnioty. Od długiego już czasu. Ze szczególnym uwzględnieniem lat 70 , 80 i 90 , gdzie to żaden film nie mógł się obyć bez broni palnej, pościgów – tandetnymi na ogół, bo amerykańskimi – samochodami, tudzież scen erotycznych bez widocznego finału i części ciała uznanych za nieobyczajne…

       I właśnie na owym Hollywoodzkim erotyźmie się skupię, bo to najwyraźniej pokazuje absurdalność tego przeładowanego szmalem kiczu, exportowanego na świat cały.

       Podobnie jak w drugim centrum filmów badziewnych, umieszczonym w Indiach, zwanym dalej Bollywood , sceny erotyczne nie mogą wystąpić na ekranie: tam z powodów kulturalnych, w USA z powodu na ograniczenia wiekowe ustalone niegdyś tak zwanym Kodexem Haysa.  

        Ale że ludzie erotyki pragną, więc obie te fabryki szajsu robią co mogą, by ją  ukazać… i za każdym razem jest to żałosne!

        W Hollywoodzkim wydaniu zaczynają się owe sceny tradycyjnie od "namiętnych" pocałunków przypominających glonojada pełzającego po szkle akwarium, z odgłosami udrażnianego gumowym przepychaczem kibla. Niejednokrotnie taka "namiętna" para głównych bohaterów, toczy jescze ze sobą jakieś dziwne zapasy, po czym… zastaje ich znienacka ranek, kompletnie ubranych i zakrytych jak dziadzio kazał, kołderką po same szyje!

         Jak w Ameryce tak wygląda namiętność, to wielkie dzięki!

         Czym to się różni od tego Bollywoodzkiego teatrzyku dla upośledzonych? 

         Ano kasą, scenografią i kolorem skóry aktorów.

         A wystarczy podążyć tropem kina europejskiego, gdzie nie ma żadnych ograniczeń.

         Tu takie filmy, jak chociażby pierwsze lepsze z brzegu "Życie Adeli" są normą! Tam gdzie te superprodukcje from USA nawet by się nie mogły skończyć, u nas (Europejczyków) dopiero zaczyna się akcja.

         I to wszystko bez wszechobecnych pościgów samochodowych i równie bezsensownych strzelanin.

370 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 54.80.60.91