Miesięczne archiwum: Czerwiec 2016

      Jakiś czas temu głośno było o lokalach nocnych, pod intrygującą nazwą: "Cocomo" , umiejscowionych w centrach miast większych i turystycznych, do których zaganiały klientów panienki z różowymi parasolkami. Tam ich odurzały gwałtowymi tabletkami i czyściły konta do zera.

      Wybuchła afera, firma przestała istnieć… ale kluby i zaganiaczki zostały! Tyle że teraz z zielonymi parasolkami (lub nawet bez – konkurencja). Jako że jestem człowiekiem praktycznym i nie opływającym w fortunę, więc omijałem owe kurwidołki z daleka, woląc jasne i proste zasady w zwykłych lupanarach. No ale gdy zebrało się czterech zacnych kawalerów (w tym jeden na finiszu), to będąc na Starym Mieście, chcąc nie chcąc wpadliśmy w piwnicę rozpusty (właściwie to wyglądało jak przedpokój piekła dla zasłużonych!). I tu pierwsza różnica między kurwidołkami: jak na taki klub przystało, atmosfera kipiała erotyzmem, gibającymi się na rurach laskami wyglądu co najmniej nieprzyzwoitego i równie nieprzyzwoicie domagającymi się drinków za kosmiczną cenę. W podniecaniu, nawijaniu makaronu na uszy i wyłudzaniu owych drinów, panienki osiągnęły wręcz cygańskie mistrzostwo!

      No ale cóż – raz można zaryzykować!

      Gorzej, gdy już odpowiednio podjarany, zostałem zaprowadzony do małej klitki na indywidualny występ… który dość szybko się skończył i pojawiła się kelnerka z terminalem (też sexi erotyczna). Za full opcję w przedziale czasowym: 5, 10, 15 minut (!), zasunęła taką cenę, że prawie nie zsunąłem się ze skórzanego fotela! W dodatku w takiej klitce!!! W tak krótkim czasie niemożliwe jest: otwarcie bram remizy, rozwinięcie węży i rozpoczęcie akcji gaśniczej! Facet też potrzebuje czasu i gry wstępnej!

      Kategorycznie więc podziękowałem, pozbierałem ekipę i wpadliśmy do szot baru na ulicy, nomen omen, Piwnej. Takie konkretne miejsca, z konkretnymi napojami lubię! Żadnego żarcia, kaw, piw, ciasteczek, itp! 

      Tylko chlanie.

      W następnym barze kawaler na finiszu musiał być pojony już niejako na siłę (bo to ostatni raz).

      Gorzej, gdy przyszło go odprowadzić (jakoś tak naturalnie postanowiliśmy się rozjechać busami). Zaliczyłem parę okrążeń nie swoją linią, zakończonych desantem na chodniku (do dziś mam fioletowe kolano i zszargane betonem czoło). Kolega jakimś cudem dopłynął do domu i legł od razu za jego progiem, malując parkiet na kolorowo swoimi wydzielinami… Reszta z tego co wiem, przeżyła ten bój. Było zacnie, a i portfel utrzymany!

369 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Dzisiaj Wielka Brytania decyduje, czy dalej zostać z tym sztucznym pomiotem fantazji gromady levicowych staruchów - zwanym dalej Unią Europejską. Jej sztandarem jest jakże symboliczna ilość 12 gwiazd na niebieskim tle – o dziwo zainspirowana jak najbardziej chrześcijańską symboliką! Że zacytuję: "Flaga Unii Europejskiej powstała z inspiracji chrześcijańskiej. Sam Arsène Heitz przed śmiercią wyznał, że inspiracją dla niego był wizerunek Matki Boskiej, która według jednej z interpretacji jest przedstawiona w Apokalipsie św. Jana na lazurowym tle, a jej głowę okala 12 gwiazd".

      Trochę drży skóra, gdy znowu słyszy się o słynnej Apokalipsie…

      Ostatni raz owa Apokalipsa św. Jana, dotychczas uznawana za bełkot i bajkę, przemówiła dobitnie i dosłownie podczas katastrofy w Czernobylu, który to w starosłowiańskim oznacza: "Piołun".

     A jedyną nazwą własną w owej Apokalipsie jest: "Gwiazda Piołun". To trzecia trąba spośród siedmiu przepowiadających koniec świata. Taki prawdziwy, zapowiedziany przez samego Najwyższego…

     Ale teraz szykuje się koniec niejakiej UE (lub EU po zachodniemu), zwany fantazyjnie Brexitem. Co dla polskiej "klasy" politycznej niepojęte, ów Brexit dokonać się może za pomocą referendum! Czyli zwykli wyborcy, zwykłymi głosami, mogą zmienić kształt świata.

    Taka zachodnia demokracja.

    W kraju prywiślańskim niestety obowiązują standarty azjatycko/rosyjsko/mongolsko/chińskie i nawet jakby WSZYSCY obywatele ruszyli z projektem zmian, to… ostatnie słowo ma pół tysiąca ciołków przez nich wybieranych co pół dekady (!), a owe ciołki są posłuszne jak kundle podwórkowe swoim liderom, pod groźbą wywalenia z jakże wygodnego kurwidołka – co już nie raz przerabialiśmy – największą akcją mielenia akcji obywatelskiej, było zdaje się jakieś milion podpisów wyjebanych w piec bez mrugnięcia okiem i bez protestów ze strony – podobno niezależnych i obiektywnych – mediów.

     Przeszło bez echa – ot Polska!

     Owe ciołki parlamentarne, oczywiście też są nie do ruszenia (aż do następnych wyborów, kiedy to zastępuje się je poprzednimi).

     Toż to kurwa czysta dyktatura!

     A dyktatury nie cierpię, jak każdy porządny Polak. Zastąpienie czerwonego bata niebieskim nie zmienia mojego podejścia. Zmieniły się reguły i otoczka, ale nie system i ludzie od niego uzależnieni, niczym zombie.

    A! Dotychczas wmawiano Polakom, że owej Unii Europejskiej się tak prosto opuścić nie da, a nawet że to niemożliwe w ogóle!

    Polacy tradycyjnie tą bajkę kupili… po czym Wielka Brytania udowadnia, że to bardzo proste!

    No ręce opadają nad głupotą ludu przywiślańskiego!

262 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

        Niedawno wyszło nagranie (z Trójmiasta) opiekunki do dziecka, wieku słusznego, poleconej – a jakże, która znęcała się nad ośmiomiesięcznym dzieckiem. Oczywiście to zwyrodnialstwo szczególnego rodzaju. Można kraść, napadać, bić, ale psuć pozostawiony do opieki skarb, jakim jest dziecko, to wybitne przegięcie!

         Normalnie tak mną to wstrząsło, że złapałbym to dziecko za nogi i napieprzałbym nim tą szantrapę tak, ażby spuchła!

         Psychopatom mówimy stanowcze – NIE!

         Ale problem jest innego rodzaju: gdzie wtedy byli jego rodzice?

         Zacznę może od czasów dawnych. Naprawdę dawnych. Wtedy sytuacja była jasna: mąż i ojciec zasuwał, a matka i żona opiekowała się domem i dziećmi – bo to niedoceniana, ciężka i odpowiedzialna PRACA. Najważniejszy nawet zawód w historii cywilizacji, że tak to określę.

        A mąż zasuwający, przynosił do domu odpowiednią - bo nie zajumaną przez państwo – wypłatę, za którą mógł utrzymać tych dzieci i nawet z dziesiątkę. Jeśli jeszcze pan fabrykant dał mu przyfabryczne mieszkanko w kamienicy przez niego zbudowanej (co było normą w XIX wieku), no to już była baja!

        No ale oczywiście było za dobrze i po II światowej coś musiało się spieprzyć.

        Wmówiono kobietom, że muszą się spełniać zawodowo. Ja to nawet rozumiem, bo sporo jest zdolnych kobiet, całkiem dużo wybitnych, niezbędnych wręcz do rozwoju cywilizacji!

       Ale te aspiracje podchwyciły też potencjalne kury domowe, którym zwyczajnie odpieprzyło. Dla nich byle awansik z byle czego, na większe byle coś, byle gdzie, jest spełnieniem marzeń i dowodem na feministyczną niezależność!

      Dla nich urodzenie chociaż jednego bachora to wyczyn i powód do narzekań – jak im to ciężko (zwłaszcza jak to samotne matki – czyli zwykłe szmaty).

      A jak taka "wyzwolona" (?) dorwie chłopa (czy nawet męża i ojca – to się jeszcze zdarza), to dawaj do niego z pretensjami i wymaganiami!

     Więc ma przynosić do domu kupę kasy, lecz niezbyt długo przebywać poza domem. A gdy już ztyrany wróci do tego domu, to ma uczestniczyć w jego funkcjonowaniu: czyli prać, gotować, przewijać, itp, itd…

    No coś tu kurwa nie halo!

    Nie można mieć wszystkiego!

    Biały mężczyzna to nie terminator!

    A wy nędzne suki, nie jesteście xiężniczkami!

    Więc zachowało się jeszcze sporo nieuległych wobec was, prawdziwych mężczyzn, którzy na taki zrypany układ nigdy nie pójdą.

    Oczywiście ja jestem ich najdobitniejszym przykładem.

    Wolę uczciwe układy z dziwkami (szanuję ten zawód), niż wypruwanie flaków przed kurwami (nie szanuję tego charakteru).

    A cierpi oczywiście na tej zadymie demografia – czyli nasza przyszłość. 

 

 

 

PS           Sprawa z nianią ma jeszcze drugie dno (DNO to właściwe określenie). Mianowicie to ponad 60 letnie, peerelowskie gówno, dotychczas pewnie uchodziło za przykładną matkę, żonę i gospodynię domową. Aż się wysypało przed nowoczesnym sprzętem (znaczy laptopem z kamerą)… Zaraz… Co mi to przypomina?! Mamo!!!

300 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

        Disko polo zostało wypromowane przez mafię (nie pamiętam już, czy pruszkowską, czy wołomińską, czy jakąś inną i wszystkie naraz?) po to, by wyprać pieniądze na skazanym z góry na niepowodzenie interesie – czyli sprzedaży kaset z tak zwaną "muzyką chodnikową". Owa "muzyka", to było badziewie… przepraszam: BADZIEWIE, nagrywane przez poślednie, beznadziejnie tandetne, nieudolne, beztalenckie, prymitywne i prowincjonalne na maxa kapele weselne (dość tanie w wynajęciu podówczas).

        Teoretycznie to miały być "utopione" pieniądze (połowa lat 80 i początek 90 ubiegłego wieku), bez faktur, paragonów, itp.

        Niestety to się mafii nie udało i owa "muzyka" została podłapana przez tłuszczę i zaczęła przynosić zyski (!!!!!).

        Ludzie to kupili !!!!!!

       Zespoły zaczęły zarabiać niewyobrażalne pieniądze, mafia zacierała ręce, publika wręcz się onanizowała przy prostych bitach: wszyscy byli zadowoleni!

       Normalnie raj, który trwa do dziś.

       Nie ma nic prostszego od bycia "muzykiem" disco polo: trzeba tylko powłączać odpowiednie guziki. Nie trzeba śpiewać – od tego są playbacki. W ten sam sposób akustycy, techniczni i menadżerowie mają w tej branży najprostszą (i najlepiej opłacalną) fuchę pod słońcem!

      Klienci sami się proszą o koncerty (zawsze zyskowne – bo nieustanne tłumy), wszystko leci z kompa, a jedyne co trzeba, to popodłączać kabelki w odpowiednie miejsce…

      I ciemny lud to kupi bez pytania…

      Oczywiście jest jeszcze skromna garstka tych, co to od owego zboczenia muzycznego trzyma się jak najdalej…

       …co nie zmienia faktu, że WSZYSCY, prędzej czy później z owym prostym stylem się zetkną i… albo zanucą te szlagiery, albo co najmniej je skojarzą!

       Chodzi o to, że prymitywizm disko polo jest totalny i ostateczny. Bezpośrednio ten prymitywizm więc niejako podprogowo wwierca się podczaszkowo i tam zostaje.

        Niczym dobrze przystosowany do expansji polovirus.

        A jego ofiary, to pozbawione odporności duchowej, wytrute chemicznymi wynalazkami XX wieku, pokolenia półgłówków.

        I coś, co ma już śladowe ilości mózgu na wejściu, traci jego resztki przez właśnie takie akcje.

        Ale za to się takowa jednostka ludzka dobrze bawi!

        Tyle że na tym jej egzystencja się kończy.  

      

268 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Dzisiejsza "sztuka" pełna jest rzemieślników rodzaju wszelakiego: muzyków, malarzy, rzeźbiarzy, fotografów, pisarzy, kucharzy (Tak, tak! Gotowanie to też sztuka!) itp, itd.

       Charakteryzują się oni tym, że wykonują swą profesję starannie, na ogół sztywno według wytycznych zasad swojej sztuki, pobierają za nią często mniejsze, lub większe pieniądze, są zadowoleni z tego co robią, a nawet czasami pokończyli odpowiednie szkoły i akademie w tym kierunku i nieraz mogą się pochwalić dyplomem i tytułem!

       Co nie zmienia faktu, że ich działalność jest niejako przemysłową papką, o której dość szybko się zapomina.

       Bo nie ma w tym "tworzeniu" wystrzału wyobraźni, iskry Bożej, zaskoczenia, odrobiny szaleństwa, czyli czegoś, co od dawien dawna zwie się geniuszem.

       Bo te wyżyny są zarezerwowane tylko dla nielicznych, odpowiednio wyposażonych przez naturę w talent nieco większy od rzemieślniczego (różnie go zresztą wykorzystujący), acz wydaje mi się, że każdy geniusz zostanie prędzej, czy później zauważony (czasem pośmiertnie).

      Gdy tymczasem rzemieślnicy wymierają, skazani na zapomnienie – tak jak ich odtwórczość.

      Ale to jeszcze nie najgorszy los.

      Trzecią grupą, dość liczną, co widać po tłumach na castingi do wszelakich konkursów, w zamierzeniu mających łowić talenty różnej proweniencji, są owi partacze. Są to ludki proste, acz pyszałkowate, przekonane że ową Iskrę Bożą posiedli, tylko jeszcze świat się musi o tym dowiedzieć. I to szybko!

      Ale świat nie musi i nie chce.

      Bo jednak człek nawet najprościejszy, ma jakąś taką wbudowaną umiejętność oddzielania ziarna od plew.

      Sztuki od rzemiosła i partaczy od fachowców.

265 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

         Miało być wierszydło na dzień bachorka, ale tradycyjnie będzie o czymś innym, co znienacka zwróciło moją uwagę. Mianowicie jako mieszkaniec typowego, polskiego, postsocjalistycznego bloku na prowincji (na szczęście czteropiętrowego + parter) mam często do czynienia ze zmurszałą pozostałością po PRL (jest takich parę: owe spółdzielnie, związki działkowe, nauczyciele, górnicy, kolejarze, itp).

        Więc nowoodmieniony zarząd owej spółdzielni, w składzie głównym paru egzaltowanych paniuś, wymyślił sobie, żeby co roku odpierdzielać jakiś numer z remontami – najczęściej dość odpalonymi w kosmos – owych postpeerelowskich bloków. 

        Na razie są na etapie ocieplania, rozłożonym na niekończące się raty…

        Oczywiście przy pomocy zewnętrznej firmy, wynajętej… nawet nie wiem, czy tam w ramach jakiegoś przetargu?

        I w tym momencie zawsze, jakoś tak dziwnie, gdy słyszę o podobnych przetargach na roboty, na zlecenie bezkarnego, owego postpeerelowskiego tałatajstwa sponsorowanego przez lud prosty, zapierdzielający, przychodzi mi do głowy magiczne słowo: "defraudacja".

       Ale miało być o panie majstrze.

       Więc brygada ocieplająca liczy tak z pięć osób: plus owy majster.

      Na szczęście ocieplają w tym rocku klatki schodowe, ale za to cztery naraz…

      Oprócz majstra.

      Majster przez 8, do 10 godzin dziennie: tyle tam zapierdzielają – ale o dziwo, coś doszło z zachodu do bolanda – mają sjestę! Więc owy majster spędza czas pracy (?!) na staniu przed furgonetką remontową, ze wzrokiem idealnie wymierzonym w blok mój (czyli obserwując swoich podwładnych nieustannie), oparty na styl kowbojski, jarający szlugi, wypierdzielający na fejsie samojebki, grający w węża, lub oglądający pornografię zwierząco/pedofilną, etc.

      Swoją drogą takie nieustanne stanie też jest sztuką godną żołnierzy przed Grobem Nieznanego Żołnierza.

      I to mnie ostatecznie przekonało, żę cała ta akcja jest ustawiana (znaczy ktoś wziął w łapę spółdzielcze pieniądze), bo ŻADNEJ firmy działającej pod dyktat ekonomii, nie stać zwyczajnie na pracownika bezproduktywnego: nawet jeśli wchodzi w skład właścicieli, czy zarządu firmy.

     Więc tradycyjnie, jak to przy budowie stadionów, autostrad, czy innych, nieprywatnych konstrukcji: jedni zbijają kokosy, a robol zwykły, szary, nieogarnięty, za psie pieniądze (nasze zresztą), ma robić prowizorkę, by nikt się nie przyczepił.

     I nikt się nie czepia!

258 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
021620
Dzisiaj : 1
Wczoraj : 4
W tym miesiącu : 126
Obecnie online : 1
Twoje IP: 54.162.218.214