Miesięczne archiwum: Lipiec 2016

     Jeszcze pociągnę temat muzyczny. Jako że mieliśmy do czynienia ze spędem młodzieży wierzącej i praktykującej, pod hasłem ŚDM, to przy okazji urozmaicono tą imprezę muzyką spod znaku krzyża. Ciekawą miejscami, acz zazwyczaj nudną i mdłą. Amerykańce koloru czarnego wymyślili sobie gospel. 

      OK.

      Muza typowo koncertowa, energetyczna, do łyknięcia – ale tylko w odpowiednich okolicznościach ( na przykład na ichniej mszy).

      Ale nie do słuchania na płytach!

      Jakieś 80 % muzy natchnionej Duchem, tak i u nich, jak i u nas, to kawałki rzępolone na gitarce akustycznej, wywyte przez solistkę, pod texty typu: "On jest moim Panem", "Bóg jest wielki", "Czuję tą moc", itp, itd…

      Czyli delikatnie mówiąc wyrzyg.

      Ale można inaczej, i tego nie zaprezentowano na ŚDM!

      Chociażby nasza Armia z Budzyńskim na czele, który to był jednym z prekursorów punk rocka w Polsce! Na koncertach "Siekiery" , jak głosi legenda, odstawiono pierwsze pogo w Polsce.

       Drugim kolesiem jest niejaki Litza, ze swoim zespołem Luxtorpeda wystrzeliwującym w przestrzeń swoje mocne przesłanie, w mocnej otoczce.

       Jeszcze parę by się znalazło takich powykrencańców w samej Polsce, o proweniencji chrześcijańskiej, których muza NAPRAWDĘ powala na kolana!

       Ale może być i mocniej!

       Jest odmiana chrześcijańskiego metalu!!!

       I brzmi to naprawdę zacnie!

       Chociażby taki "Demon Hunter".

       Więc czego tego nie było na owych Dniach (choćby i gdzieś obok?).

       Czasy mamy pełne możliwości wyboru, więc czemu się wyklucza z kwestii prochrześcijańskich kapele o większym pierdolnięciu?!

       Gdyby ojciec Tadeusz Grzyb z Torunia, postawiłby na taką drogę promocji, to NATYCHMIAST kupiłby sobie młodzież całego kraju (czyli całą Polskę!).

        Bo i raperów by się znalazło sporo, zmierzających w tym kierunku.

        A tak te stare pierdy, stawiają na smęcące pierdy, które kupują inne, moherowe pierdy…

        A talenty się marnują…

383 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

         Z wielką pompą i poszumem medialnym, w czas szalejącego po zachodzie Europy (praktycznie już codziennie!) ISLAMSKIEGO terroryzmu, rozpoczęły się kolejne Dni Młodzieży (ŚDM), wymyślone i zrealizowane przez naszego, słynnego polityka, występującego pod inicjałami: JP II. Obecnie kontynuuje tą tradycję jego następca, o inicjałach F 1 (ewentualnie versja 0.1). Franek owy, podpada chrześcijańskim i konserwatywnym radykałom i jest wprost proporcjonalnie uwielbiany przez levactwo, za swoje dość, że tak powiem, "merkelowskie" podejście do kwestii tak zwanych "uchodźców", zalewających gnijącego trupa Europy. 

       Uchodźcy ci, prawdziwi, niestety są w zdecydowanej mniejszości, wobec trzonu desantu na Stary Kontynent, który to stanowią jawni i ukryci (fałszywe dane osobowe) wrogowie chrześcijaństwa, białej rasy (to nie nazizm! to stwierdzenie faktu!), jej kultury i obyczajów. Najczęściej to agresywni analfabeci w wieku poborowym, z umysłami zamroczonymi Koranem i bredniami równie prymitywnych imamów – co jest jakże podobne do postępowania bolszewików zarażonych komunizmem (jakieś dobre ponad 100 milionów ofiar w prawie 100 lat – za rok będzie okrągła rocznica Rewolucji Październikowej).

        Więc jeśli tenże Argentyńczyk nie jest ukrytym wrogiem Starego Kontynentu, zwykłym głupcem (to raczej niemożliwe – Jezuici to elitarna jednostka duchowieństwa), lub ukrytym czcicielem Złego (obecnie nazywanego allelachem), to stawiam na PEWNE informacje z samej góry, do których sama góra kościoła ma dostęp, a które to przewidują scenariusz ostateczny, gdzie resztki niedobitych i niewyskrobanych autochtonów europejskich, w końcu zgotują inwazyjnej, kolorowej mieszance los gorszy od holokaustu, zakończony jakąś nieokreśloną apokalipsą ze strony Chin, Rosji, czy USA.

        Bo do tego w końcu doprowadzą nieuchronnie głupawi, ignoranccy i zdziecinniali swoją naiwnością politycy, ich media i posłużne im służby mundurowo/prawne!

        No chyba że to nie głupcy, a cwaniacy realizujący swój mroczny plan?

       Tyle że w ich imieniu przemawiają szczerzy, acz skończeni debile, zwróceni maxymalnie w levo – jak chociażby ten wczorajszy profesor (!) z Superstacji, który pod niebiosa (w które pewnikiem nie wierzy?) zachwalał możliwość interakcji Polaków (którzy Kraków natenczas masowo opuścili, przerażeni tłumami i możliwościami zamachów) z multikulturową, wesołą mieszanką młodzieżową, z dokumentnie całego świata. 

       Że to niby nauczyłoby tą zaściankową, tępą, polską oczywiście trzodę chlewną, szacunku i tolerancji do innych.

       Tyle że ten utytułowany wysokonaukowo kretyn, nie wspomniał o tym, że ten wesoły, młody, kolorowy i wielojęzyczny tłumek, jest praktycznie w całości chrześcijański i katolicki.

       Gdyby na ŚDM przybyła podobna liczebnie rzesza kolorowych pokurwieńców spod znaku allelacha, zalewających obecnie NASZ kontynent, to z Krakowa, okolic, a nawet z Małopolski, nie pozostałby kamień na kamieniu!

       Oczywiście przy życiu pozostałoby parę blondwłosych, wziętych w jasyr, miejscowych słowianek, namiętnie gwałconych przez tych kozo i wielbłądojebców ku czci ich najwyższego… 

      Opisywane skrótem: "SM" (sclerosis multiplex), stwardnienie rozsiane, objawia się najczęściej nietrzymaniem moczu. Ci politpoprawni, multikulturowi levacy, zaczęli ostatnio właśnie tak ten mocz medialny niekontrolowanie wydalać, uparcie twierdząc, że to deszcz na nich pada. Dodatkowo dopadła ich totalna ślepota…

232 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      Nieocenionym dla mnie punktem obserwacji była linia numer 50, którą ponad dwa lata dojeżdżałem do pracy. Pół godziny z Tczewa do Pruszcza (czyli blisko Trójmiasta), praktycznie dzień w dzień, dawało mi na widoku cały przekrój społeczeństwa, ze szczególnie rzucającymi się w oczy jednostkami upośledzonymi na wszelkie możliwe sposoby.

       Jedną z nich była mocno nadpobudliwa matka, z około 10 letnim, spokojnym, mądrym synkiem, po którym jechała jak po szmacie, wciąż mu grożąc, że go odda do adopcji. Głupek, bliski płaczu, deklarował wobec niej miłość i za cholerę nie chciał jej stracić! 

        Też kiedyś taki byłem.

        Przez naprawdę długi czas byłem przekonany, że mam rodziców.

        Więcej! Miałem do nich szacunek, jako do darczyńców życia.

        Po czym zmądrzałem.

        Nagle stwierdziłem, że to pic jeno i fotomontaż.

        A miast ojca i matki jest kundel tylko i suka ciemna. Jedno mnie wyszczało, a drugie wysrało.

        Najgorsze że to byli zacni pozoranci i do dziś uchodzę w rodzinie (która z obu stron mnie wyklęła!) za wypieszczone ciasteczko, nie znające smaku zycia.

         Paradox polega na tym, że przez te dwie kurwy mieniące się moimi rodzicami, moje życie było drogą przez mękę, a patrząc po obu stronach rodziny, przeszedłem trasę extremalną, zdany TYLKO I WYŁĄCZNIE na siebie! Po tych ścierwach nie posiadam ABSOLUTNIE nic – bo nic od nich nie dostałem. Para ta zaszła tak daleko w udawaniu, że pozorowała nawet wiarę i regularnie uczęszczała do świątyń Pana (każde w inną stronę). A na zarzut, że dali (?) mi życie, jako człek wierzący odpowiem: od dawania i odbierania jest Istota Najwyższa. Nie kundel i nie suka.

 

 

 

PS    Wpis ów jest skierowany głównie do mojej rodziny stron obu. Jak wy mnie, tak ja was pączusie z marmoladką! Przez ponad 40 lat dostosowywałem się do fikcji tworzonej przez mych płodzicieli, będąc cichym i pokornego serca. Efekt jest taki, że obecnie uchodzę za najgorsze wynaturzenie rodzinne ze stron obu! Nie opłaca się jednak być miłym i spokojnym…

252 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

        W Polsce (ale to tendencja także światowa), a zwłaszcza w jej mediach televizyjnych, można zaobserwować masowe parcie młodzieży w konkursy o tematyce głównie śpiewaczej. Parcie owe jest równie bezsensowne w swej idei, co masowy spęd cieląt na przystanku wiadomym Jurka O. Mianowicie ten z definicji (?) rockendrollowy festival, pełny setek tysięcy ludzi, co najmniej w 80 % składa się z… nie mających o owym rockendrollu pojęcia dyletantów! Na scenie zresztą jest nie lepiej i występuje tam praktycznie każdy o statusie gwiazdy, gwiazdeczki, celebryty, itp, bez względu na rodzaj twórczości. I tak na przykład wczoraj widziałem świeże nagranie z owego błótstoku, zespołu o płomiennej nazwie: Zły , znaczy "Łzy"! 

       Tylko co taki zespolik ma wspólnego z rockiem?!

       Ogólnie na nijakie, przypadkowe zespoły, przyjeżdża nijaka, także przypadkowa publika, zwabiona legendarną atmosferą i liczebnością owego spędu. Na końcu i tak pozostaje taplanie się w błocku pod wpływem wszystkiego.

       Po co więc mieszać w tą "kulturalną" pomyłkę jakże zacną i zasłużoną gałąź muzyki, jaką jest rock?!

       Identyczną pomyłką są jakże modne ostatnimi laty właśnie takie idole, igrek faktory i inne mam beztalencia. Tam praktycznie 100% startujących to gamonie, takie potencjalne, chałturnicze dziwki, bez żadnej określonej orientacji muzycznej (muzyczni impotenci). A jeśli nawet przejawiają jakąś miłość do rocka, to ta szybko im przechodzi podczas nagrywania płyt i dalszej "kariery", co tylko potwierdza ich kurewską naturę. 

      Zresztą powiedzmy sobie szczerze: kto stamtąd tak naprawdę zrobił prawdziwą, nie napędzaną przez medialny krzyk (konkurs musi się zwócić), karierę?

      Chyba tylko oceniający – znaczy żury.

      Reszta prędzej czy później przepada, bo nie ma światu i publiczności NIC do zaoferowania, oprócz permanentnego parcia na szkło.

      Tak jak owy duet "Shyja" (szyja po polsku – taki dowcip, hue, hue), której żeńską połówkę miałem okazję poznać osobiście, śledziłem rozwój (?!) ich projektu ze śmiechem politowania na ustach, zakończony totalnym rozbawieniem podczas rozbicia owego duetu podczas jednego z takich konkursów.

      Przeto przewodnicząca owego duetu, egzaltowana paniusia wyjąca swoje wypociny liryczne po angielsku (a jakże!), postanowiła w końcu rozpocząć następny etap pięcia się wyżej, właśnie poprzez występ w takim chałturniczym konkursiku. Tam została totalnie wyśmiana i poproszona o wyjście, a jej akompaniujący na gitarce, dotychczas pozostający w cieniu "gwiazdeczki" kolega przeszedł kwalifikacje, zajął trzecie miejsce i wydał płytę (a nawet dwie!).

      Żeby było sprawiedliwie, o obu z nich słuch zaginął. Zostali zmieleni przez szołbiznesową maszynkę (tylko że kolega Piotr na wyższych obrotach).

      A co z wieprzowiną?

      Temat z innej zupełnie bajki, ale muszę o nim wspomnieć.

      Wczoraj kolejny obłąkany (jak oni wszyscy) muzol, z siekierą i nożem pomasakrował pasażerów pociągu. Tym razem w Niemczech. Rozkręcają się cholery i nie zaprzestaną już terroryzować rozkładającego się trupa Europy. Więc jak się bronić? Ano wieprzowiną! Świniny jest nadmiar, krew się ogólnie marnuje – kaszanka nie jest moją ulubioną potrawą, a dla muzoli kontakt z owym zwierzęciem pod każdą postacią, jest gorszym wstrząsem, niż anatema dla chrześcijanina.

      Zatem może to wyglądać komicznie i jak dziecinada, ale zorganizowana akcja wrzucania na przykład świńskich łbów do meczetów + wiaderko wieprzowej krwi, pozbawiłoby terrorystów bazy. Równie skutecznie podziałałaby taka pamiątka w trumience poległego zamachowca. W dalszym etapie, bezczeszczenie fanatycznych muzoli ochłapami świniny, pozbawiłoby ich wigoru i głupich pomysłów.

      Po co palić ich świątynie i zabijać już po udanych zamachach?

      Można ten problem rozwiązać całkowicie pokojowo, acz krwawo (na szczęście bez krwi ludzkiej).

      Tylko że jak w tym zwariowanym świecie pojawia się rozwiązanie zbyt proste i skuteczne, to zostaje zignorowane i wyśmiane.

      Bo nikt na tym nie zarobi (oprócz tuczarni)…

246 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Ostatni weekend, tak dla odmiany, postanowiłem w końcu spędzić wstrzemięźliwie, bezimprezowo, skupiony na pracach domowych, ogródkowych i graniu w gry na sprzęcie elektronicznym. Udało się. Nie ztryrany nadmiarem alkoholu organizm przybrał nieco na wadze, zmysły lekko się wyostrzyły, a siłą rzeczy wzrok i słuch skierowałem na TV, tudzież inne portale informacyjne… i takiego nawału dramatów nie doświadczyłem od dawna!

      Zaczęło się od kolejnego, świrniętego (tym razem z potwierdzeniem medycznym) arabusa, który rozjechał ciężarówką prawie setkę ludzi wszelakiego rodzaju, świętujących zburzenie pustego więzienia (typowy, francuski "sukces").

      Następnie dopadła mnie informacja o próbie przewrotu w Turcji (coś pomiędzy 250, a pół tysiąca ofiar śmiertelnych).

      Na samym końcu podano do wiadomości, o kolejnej egzekucji amerykańskich (znaczy tych z USA) policjantów, z rąk czarnoskórych, "uciemiężonych" niewiniątek…

      Świat jakby na tę chwilę mojego spokoju totalnie oszalał!

      We Francji i okolicach, zamachy stają się powoli tak powszednie i krwawe, jak w Iraku, Afganistanie, czy innych Pakistanach. Wygląda na to, że arabskie muzole będą ich wyrzynać w regularnych odstępach czasu, przy całkowitej nieporadności ludności tubylczej (i ich z pozoru demokratycznych władcach).

      Turcja to Turcja i jest mniej więcej tak europejska, jak Rosja - tam ostatni pucz miał miejsce jakieś 20 lat temu, ale zdaje się było mniej ofiar. Nic nadzwyczajnego dla bliskiego wschodu.  

      A USA i rozszalałe stada naćpanych i przygłupawych murzynów z postawą maxymalnie roszczeniową?

      Tej dziczy wystarczy przekonanie, że każdy biały (a zwłaszcza policjant i żołnierz) jest ich śmiertelnym wrogiem! Więc śmiertelnie się ich pozbywają. Podobnie jak muzole. Tu myślenie nie ma nic do rzeczy (dla czarnych i muzoli zdaje się jest niedostępne). Oni dążą do zniszczenia białej rasy, by zapełnić jej miejsce swoją społecznością. Kolejna, typowa, plemienna rzeź.

      I na nieszczęście swoje i cywilizacji, na razie biali przegrywają to starcie z kretesem, ale co najgorsze: z pełną nieświadomością katastrofy…

 

      

238 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

        I znowuż pociągnę temat Jurka O. A to z tej okazji, że rozpoczął się spęd zwierząt (często mocno udomowionych, acz natenczas wypuszczonych samopas w dziczyznę), pod ową bardzo nieoryginalną nazwą (przystanek – to od serialu "Przystanek Alaska", a Woodstock – to wiadomo). I być może to ostatni taki festiwal, więc wypada coś napisać.

       Żeby nie było – nie mam nic do tej zbieraniny szalejącej w stadzie liczącym setki tysięcy cieląt głównie i jałówek. Atmosfera podobno w pytę (sam tam nigdy nie byłem – nawet jak się toto zaczynało pod moim progiem – w Żarnowcu). Jest fest za darmo, można się zabawić przez te parę dni bez nadzoru – srał pies! Bawcie się, jak możecie!

     Chodzi mi o osobę owego Jurka, regularnie to organizującego.

      I nie będę się czepiał niedociągnięć finansowych z WOŚP, które to kwestie opracowali już inni fachowcy (Matka Kurka, który nawet wygrał proces z owym Jureczkiem). Acz owe kwestie łączą się bezpośrednio ze środkami na produkcję owego wydarzenia…

     Więc:

  •     Kolegę Owsika, niebezpotstawnie, obwinia się o wykończenie (do spółki z Wojewódzkim) prawdziwej legendy, wręcz mitu festiwalowego – czyli Jarocina. Co prawda festival ów się odrodził, ale to już nie to…
  • A przyszło mu to łatwo, bo zyskał bezcenny wówczas czas antenowy w totalnie odbieranej, jedynej televizji – tak, tak, nie było wtedy kablówki i internetu!
  • Czym też skanalizował potężny, punkowy ruch buntowniczy i uczynił z niego jakąś popierdółkę posthippisowską, ku radości układu zamkniętego – parę pokoleń i mamy pizdy zamiast bojowników. No plan się udał nad wyraz!
  • Więc do dziś, a właściwie wczoraj, tak odzierając to z rockowej otoczki, to nic więcej jak jakieś Opole czy inny Sopot, tylko że zamiast Rodowicz, Krawczyka i Bajmu, mamy coś mocniejszego. Acz pomieszanie stylów jest tak mocne, że idzie się porzygać i nie zdziwiłbym się obecnością owych chałturników klasy pierwszej, na tymże Przystanku (PKSu koło GSu?).
  • Ja wiem, że Polska to biedny kraj, ale być na fachowym, dobrze zorganizowanym festiwalu, za opłatą (tu jest akurat tylko taki jeden – Opener) i doznawać wrażeń muzycznych (po to się głównie jeździ na festiwale!), a taplać się w błocku, chlać, ćpać i rypać – za to za darmo i przy dźwiękach orkiestry strażackiej, to jednak różnica, jak między Pelplinem, a Nowym Jorkiem.
  • Ale wkurwiła mnie ostatecznie, ostatnimi laty uruchomiona tamże kwestia zapraszania polityków, dziennikarzy subiektywnych i innych medialnych kurew, pod pozorem dyskusji panelowych (?!). Toż to w tym momencie w grobach powykręcały się całe stada hippisów, punków, metalowców i całej reszty rockowej czeredy!
  • Lecz czemu się dziwić, skoro pan Owsik, jak cała reszta postpeerelowskiej, medialnej, warszafskiej śmietanki, jest zanurzony w politykę, niczym knur w koryto?

          Tym sposobem z potencjalnego zarzewia młodzieżowego pożaru uczyniono lekko strawną, mdłą, acz głośno bulgoczącą papkę.

 

           

        

238 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Jestem sobie wesołym kawalerem wieku cokolwiek słusznego (do XIX wieku uznawanego nawet za starczy!). Żadnym tam nowoczesnym singlem z ukrytą kupą komplexów,a zwykłym, konserwatywnym i radykalnym kawalerem, których i rzewiej można było spotkać (zwanych wówczas birbantami i takoż inaczej). Wydawać by się mogło, że w tych ultranowoczesnych i megapostępowych czasach, ktoś taki jak ja ujdzie za normę, coś zwykłego, istotę nie wartą uwagi…

       A tu nie!

       Czuję jakieś takie podskórne i jak najbardziej gruboskórne naciski i wydziwy, żem sam, smutny (?!), nie znalazłem swej drugiej połówki, czy cuś innego w tym bełkocie…

       Tak jakbym nie mógł żyć jak Ja chcę?!

       Co najdziwniejsze, nigdy nie słyszę tego od mężczyzn (oprócz mojego pierdolniętego, byłego ojca – ale o tym później), a od kobiet wszelakiego wieku i proweniencji!

       Pół biedy, jak to są kobitki na poziomie, fajne i ogarnięte, ale dzisiaj życie chciała mi układać jakaś przytępawa kurwa ze swoją koleżanką, dla których to droga życiowa jest jeno wąskim paskiem widoczności, przez ciasno zaciśnięte klapki na oczach typowej kobyły. Obie ze swoją koleżanką, usiłowały mi wmówić, że pragnieniem KAŻDEGO mężczyzny (i kobiety) jest dążenie do związku (!) i obowiązuje jedna wersja żywota krótkiego: młodzieńcze wyskoki, ustatkowanie, zamiana w szarego człowieczka, starość i śmierć. Po drodze jeszcze trzeba wziąć megakredyt, zajebać się w robocie na jego spłatę i paść mordą w piach po przekroczeniu progu emeryckiego wieku. Bez żadnego szaleństwa, a z typowo polską sztampą.

       Innej ścieżki nie ma - bo dla takich prymitywów intelektualnych to niewyobrażalne!

       Jak rzekł klasyk: "Nie przestajemy się bawić ze względu na starość, a starzejemy się, bo przestajemy się bawić.". Niektórzy ludzie rodzą się już starzy, a inni umierają młodzi przeżywszy nawet sto lat! 

      To banał.

      Ale obowiązuje i łatwo można to zauważyć (jeśli kto dobrze zerka – a to sztuka). I nie chodzi tu o wygląd zewnętrzny! Starcy strojący się młodzieżowo i takoż zachowujący, bywają najczęściej śmieszni i żałośni – z drugiej strony, co dziwne, młody fizycznie starzec, aż się tak w oczy nie rzuca – po prostu jest omijanym przez rówieśników sztywniakiem. Chodzi o zwykłe myślenie, zachowanie i charakter. Te trzy cechy czynią nas wiecznie młodymi, lub starymi - nie to co zewnętrzne i ulotne – jak wiek fizyczny!

     I tu wspomnę o moim byłym ojcu, który to zabawę i egoizm opanował w stopniu bezwzględnie najwyższym, wkręcając też w to swą żonę. Ale na co dzień starała się owa para być dojrzałą na pokaz i to jej wyszło! Lecz pod WSZELKIMI innymi kwestiami pozostali oni niedojrzałymi dziećmi, lub nawet bobaskami i cała ta niedojrzałość, też niezauważalna przez otoczenie, odbija się do dziś na mnie (!!!). 

      No i ostatnia absurdalna kwestia, która otarła mi się dwukrotnie o uszy w ciągu ostatnich dni: psy i koty. 

      Prymitywi prawdziwi nienawidzą kotów, a uwielbiają psy! Obie reakcje są absolutne i stuprocentowe – to jakby papierek lakmusowy wyznaczający ubogość intelektualną jednostki ludzkiej. Jest wąska (acz całkiem liczna) grupa ludzi (?), którzy to niemal wzorcowo nienawidzą kotów (!!!). Ich "argumentem" jest to, że kot się nie słucha i drapie (?!!!). W przeciwieństwie do psa, który to i owszem, czasem zagryzie jakieś dziecko – ale nie swoje (więc dobrze!), ale szarpany i kopany będzie spokojny i wierny… jak pies! Prymitywna pacjentka, z prymitywnej miejscowości Pelplin, "zaargumentowała" mi właśnie, że koty są nieposłuszne, nietresowalne i masowo używają pazurów…

     No i o to właśnie chodzi tępa suko!

     Twierdziła, że tylko chodzą, żrą i śpią…

     Na co odpowiedziałem, że robi dokładnie to samo.

     Jak na człowieka to za mało, jak na zwierzę, to wystarczy, by człek wolny mógł coś tak niezależnego lubić i szanować.

      

 

      

   PS      O tej dziwnej miejscowości Pelplin, z której bekę kręci całe Pomorze, jeszcze będę musiał napisać ;) Pelplin to nie miasteczko – to stan umysłu.

    

227 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      Aby żyć szczęśliwie i długo w sprawności trzeba:

  1.       Albo być w PEŁNYM kontakcie z Bogiem, metafizyką, światem prawdziwym (czyli niewidocznym) i wszystkimi związanymi z tym sprawami…
  2.       Albo (też, tudzież, zwłaszcza, oprócz i przede wszystkim) trwać w harmonii ze światem ułudy (czyli realnym), ale w pełni go akceptując i jednocześnie odrzucając – trwając tylko w skupieniu na sobie, czyli Boskiej mocy.
  3.       Mieć na to wszystko wywalone, prąc z falą i patrząc w niebo z uśmiechem na ustach, szanując wszystko dookoła, nawet jak jest najbardziej złe.

          W zasadzie to się wszystko łączy, a każdy kto opanuje te trzy punkty, będzie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, którego zło ominie i będzie żył długo i radośnie!

          Bajka?

          Nie!

          Dla pewnego grona istot wolnych to realizm.

218 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      Jeszcze poprzeżywam tegoroczne Euro i długą wyjątkowo drogę polskiej reprezentacji, zakończoną tradycyjnym upadkiem – nie tak żenującym co prawda, jak przez ostatnie 30 lat (!!!) i z wyjątkowo wysokiego konia (brawo za ambicję kibice, piłkarze i trenerze!).

      Tradycja pierdolenia głupot w mediach jednak pozostała niezmienna.

      Więc wczoraj, po wygranej Portugalii z Walią, prawie nie jebłem łbem w kaloryfer, gdy usłyszałem, że Polska nie miała szczęścia…

      Polacy mieli nadzwyczajne szczęście, a jego limit wykorzystali już w meczu ze Szwajcarami! Następny pojedynek (i klęska) były tylko nieuchronnym przeznaczeniem.

      Ale chodzi o rzuty karne.

      Więc określa się je ogólnie jako typowe, stuprocentowe zdarzenie losowe. Taka loteria, koło fortuny, coś istotnie (?!) niezależnego od piłkarzy i bramkarza. Media to upowszechniły, ludzie łyknęli i tak się już przyjęło.

      Otóż nie!

      To coś najbliżej zbliżonego do pokera, który to owszem, w pewnej częsci jest grą losową, ale większa jego część zależy od gracza!

      Więc najważniejsza jest psychika. Ów stan umysłu pozwala strzelcowi w ogóle trafić do bramki – co nawet asom piłkarstwa nie raz nie wychodziło (trochę w tym też techniki).

      Psychologia powoduje, że bramkarz może przewidzieć plany strzelca i odwrotnie, co zwiększa szansę jednego, lub drugiego.

      Oczywiście obrona teoretycznie nie jest możliwa – wydaje się, że strzał w okienko jest najpraktyczniejszy (owa technika), lecz nie zawsze stosowany. Prawdziwą loterią jest jedynie wybór przez piłkarza kierunku strzału. Reszta to technika i psychika (nerwy i prawdziwie pokerowe przejrzenie przeciwnika). Oczywiście bramkarz ma teoretycznie mniejsze szanse na obronę – ale to są wciąż spore szanse!

      Więc proszę mi nie pierdolić, że to tylko ślepy los, a rzuty owe mógłby wykonywać i bronić ktokolwiek!

      To tak jakbyście obrażali prawdziwych pokerzystów!

      To największe wyzwanie dla największych zawodowców.

      Dlatego po nierozstrzygniętych meczach turniejowych nie rzuca się monetą, lub kośćmi, nie daje się strzelać i bronić kibicom obu drużyn, a owe rzuty karne intensywnie się ćwiczy na treningach.

      Bo to pojedynek dobrze wytrenowanych rewolwerzystów.

      A!

       Tak dla przypomnienia:

      Meczów nie wygrywa drużyna, która gra ładniej i lepiej – a ta co strzela gole.

250 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

      Że tak sparafrazuję stare, filmowe powiedzenie.

      Jakieś cztery pokolenia temu (te przed wojną), można było mieć minimalną pewność, że wybranka twego serca była co najmniej dziewicą.

      Ale czasy się skomplikowały.

     Szał zaczął się na zachodzie pod koniec lat 60 ubiegłego wieku (jak ten czas płynie!). Nazwano to rewolucją (!) sexualną. Tutejż pamiętam lata 80, gdzie dyskoupławowe bywalczynie wiejskich potańcówek masowo rypały się na hektary, potem równie masowo zachodząc w ciążę. Ojciec niezapamiętany, ale dziecko utrzymane ze względu na okoliczności okołowiejskie (o dzięki ci Kościele Katolicki za wytrzymałość!).

      Stąd wzięło się pokolenie pojebów w dresach, nie mających nad sobą opieki ojca. 

      Tu mały wtręt - mój stary to też pojeb (postpeerelowski w dodaku – taki typowy Janusz, miłośnik lata z radiem), ale kurwa obecność najgorszego pojeba jednak prostuje ci jakoś życie!

      A tu teraz rośnie już drugie pokolenie (Tak, to już jebło 40 lat!) wychowanych na matczynych (kurewskich) łonach odzsczepieńców, bękartów, psychopatów, których przodkiniami były zwykłe kurwiszony.

      Do trzeciego nawet pokolenia wstecz.

      I jak z tych kundli ulepić społeczeństwo?!

349 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
021620
Dzisiaj : 1
Wczoraj : 4
W tym miesiącu : 126
Obecnie online : 1
Twoje IP: 54.162.218.214