Miesięczne archiwum: Maj 2017

          W filmie "Elizjum" bogata i nieliczna mniejszość żyje sobie na tytułowej stacji kosmicznej praktycznie w raju, mając dostęp do maszyn gwarantujących ciągłe zdrowie i nieprzemijającą młodość. W przeciwieństwie do miliardów pariasów tłoczących się na zdezelowanej ziemii. Rzecz oczywista mają oni owy tłum w głębokiej pogardzie, pilnując swej rajskiej siedziby jak twierdzy. Jaki taki porządek na owej ziemii utrzymują przy pomocy robotów produkowanych przez samych jej mieszkańców (!). Biedota sama sobie składa aparat opresyjny, będąc w dodatku wdzięczną, że może załapać tak dobrą fuchę w świecie bezrobocia i nędzy.

         Ma to wiele wspólnego z polskimi przedstawicielami samozwańczej elyty, którzy umiejscowili się głównie w Warszawce i większych miastach typu: Kraków, Wrocław, czy Trójmiasto. To Polska "A". Ongiś zresztą to sklasyfikowałem. Polska "B" to mniejsze miasta (ale wciąż duże). "C" to już drobnica w stylu Tczewa na przykład, "D" mniejsze miasteczka i w końcu "E", czyli krainy strukturalnego bezrobocia w rodzaju Warmii, czy Zachodniopomorskiego. Tak oni to widzą w tym Warszawskim Elyzjum. Ale też jednym z głównych i ważnych elementów tego podziału jest też z dawna powtarzana mantra: "Młodzi, wykształceni, z dużych miast".

         Chodzi w niej głównie o politykę, ale też nie tylko. Ostatnio na przykład znowu to słyszałem w związku z niechęcią przyjęcia do Polski tak zwanych uchodźców (w domyśle armii inwazyjnej z grupą bojową na czele, czyli z terrorystami). Jakiś kolejny cham z tytułem naukowym i jakąś funkcją polityczną stwierdził, że ci właśnie "Młodzi, wykształceni, z dużych miast" są za… bo już ich tam mają i się przyzwyczaili. Dziwna to logika, bo można się też przyzwyczaić do mieszkania w pobliżu wysypiska śmieci, czy dymiącej kotłowni – co nie znaczy że jest fajnie.

          Oczywiście nie omieszkał dodać, że przeciw są… no właśnie, te: "Niewykształcone, stare przygłupy z zapadłych wiosek". Określił to jakoś łagodniej, ale tak było w domyśle. I tak ta zsiadła śmietanka odbiera wszystkich, którzy żyją na uboczu. No tu się powinni już dawno zburzyć rolnicy wszelakiej maści, bo takie określanie ludzi to w sumie czystej maści segregacja społeczna, język nienawiści i zwykła pogarda zwyczajnych dupków! Ktoś w końcu powinien  to ogarnąć prawnie, bo to w równej mierze "prawda" i przegięcie, co zachodnie określenie: "Polskie obozy zagłady". Tamto chamstwo zaczęto w końcu zwalczać z całą zaciętością i skutecznie. Na miejscu zaś nic się nie robi z równie bolesnymi określeniami wykluczającymi, jakby nie było, większość społeczeństwa (i wyborców)…

         

99 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

          Nie ma nic bardziej bezcennego, od usłyszenia poniedziałkowym świtem (coś przed 4 rano), namiętnie wyjacego alarmu samochodowego! Na szczęście pracuję nieregularnie i do roboty idę dopiero w środę rano, więc mogłem to spokojnie odespać. Inni nie. Tutaj pojawiła mi się kolejna rozkmina: do czego tak naprawdę służą alarmy samochodowe?!

         Nie słyszałem, żeby wycie ocaliło jakiś samochód przed kradzieżą. W ogóle żeby oprócz wkurwiania ten dźwięk miał jeszcze jakąś funkcję?! Tym bardziej, że każdy taki wyjec jest identyczny i ogarnięcie, co to akurat za wóz ryczy jest praktycznie niemożliwe! Wykorzystywali to specjalnie ongiś złodzieje samochodowi i całą nocą namiętnie uruchamiali owo paskudztwo, aż właśnie koło 3-4 rano wszyscy dookoła (włącznie z właścicielem) już mieli na to wyjebane i zabierali furę można powiedzieć: z fanfarami! Najczęściej tenże megagłośny buczek uruchamia się podczas sylvestrowych fajerwerków, gwałtownych, letnich burz i nawałnic, tudzież podczas wypadków, po to chyba, żeby kierowcę jeszcze dodatkowo zdołować (o ile jest jeszcze żywy).

         Ale od lat WSZYSTKIE samochody posiadają toto na wejściu.

         I dla wszystkich jest owo upierdliwe chadziajstwo tak naturalne, jak zamek w drzwiach.

         Tyle że całkiem niepotrzebne.

         Tu przyszedł mi znowu na myśl wyraz: "konformizm".

         Konformizm nakazuje posiadanie tego, co reszta, nawet jak jest to najbardziej bezsensowne. Konformizm zakazuje krytykowania najbardziej oczywistych idiotyzmów – bo tak postępuje reszta. Więcej! Gdy zaczniesz krytykować taki ogólnie przyjęty idiotyzm – wtedy ciebie samego zaczną uważać za idiotę. Konformizm ćwierć wieku temu nakazał masie ludzkiej liczyć do trzech: kredyt, orka, małżeństwo. Odstępstwo od tej normy jest przez te masy przygłupów traktowane co najmniej jak upośledzenie psychiczne.

          A nad takimi drobiazgami, jak alarmy samochodowe się nawet nie zastanawiają: jest, to jest, więc po co drążyć temat?

          Dopóki takie gówno niepotrzebnie cię nie obudzi…

 

          

           P.S.        Takimi niepotrzebnymi nikomu popłuczynami po PRLu były festiwale: w Sopocie i w Opolu. Ten pierwszy (bursztynowy słowik) odlecial niejako sam, parę dziadziów i babć pochlipiało, ale życie wypelnilo amfiteatr w Sopocie innymi wydarzeniami. Opole zaś w tym rocku jebło z hukiem, w dodatku z mocnym fundamentem politycznym. No zawsze robi się brzydki smrodek, gdy muzycy zaczynają ingerować w politykę, a polityka w muzykę. Sęk w tym, że muzyka. Muzyka polska dokładnie, była w całkowitym odwrocie od lat już parunastu przynajmniej, a to za sprawą: wytwórni muzycznych, stacji radiowych i w końcu chałturników zaliczających corocznie właśnie Opole, czy inne sylvestry z czymkolwiek (tu działało TV). Chałturnicy owi, wypasieni szmalcem ponad miarę, tak naprawdę mieli głęboko w tłustych dupskach los muzyki polskiej jakiegokolwiek formatu!

                          Ich potrzebą jedyną, "artystyczną", były już tylko jubileusze, recitale i after party we własnym towarzystwie.

                          No powiem krótko na typowym przykładzie: tam, gdzie na scenie miała się pojawić niejaka Maryla Rodowicz, z miejsca, odgórnie i ze 100% pewnością wyczuwałem chujnie z patatajnią. 

                           I mam nadzieję, że ten opolski kamyczek spowoduje lawinę, która w końcu zasypie to całe omszałe towarzystwo, a na swoje miejsce wrócą muzycy wykonujący prawdziwą sztukę, pożądaną przez publiczność.

71 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

             No jakoś nie mogę się przestać wyżywać na ludziach urodzonych w latach 40, czy 50!  Te biedne istoty są ewenementem na skalę historyczną. Mogli być normalni, ale urodzili się w tak schizoidalnych czasach, że zostali bezpowrotnie skrzywieni. Między nimi, a moim pokoleniem (połowa lat 70) jest przepaść. Od obecnego pokolenia i wcześniejszych jest kosmos.

             Na przykład imprezy. Jestem niemal pewny, że do nadejścia epoki punkowej (u nas to koniec lat 70) i rockowego boomu nie istniało coś takiego jak melanż, czyli imprezy z jakimiś excesami, które można by potem wspominać nawet do końca życia.

            Z tego co pamiętam, te dziady borowe siadały przy stołach i… chlały!  "Impreza" w ich wykonaniu, to było nalewanie ciepłej, prymitywnej wódy do dziwacznych fajansów i robienie plam na białych obrusach. Do kompletnego upojenia. Jeśli przypadkiem zatańczyły, to niemrawo, pod jakąś zrypaną muzę. Owszem – teraz też większość densi pod jakieś zrypy, ale jest potężny wybór i całkiem spokojnie można wybrać coś oprócz disko, tekno, czy hip-hopu (ale już samo to jest sporym wyborem w porównaniu z wtedy). 

             Te ich wiejskie podansówy były równie żałosne. Nawet do lat 90, gdy śmiesznie ubrane ludki, z dziwacznymi fryzurami, pociesznie gibały się na jakichś klepiskach.

            Tyle że oni wszyscy trwają w przekonaniu, że wtedy było wspaniale.

            Bo byli młodzi i życie przeszłe nie ma im nic do zaoferowania oprócz tej biednej kichy.

            Konformizm, i to nędzny, był i jest podstawą ich życia.Typowa, niewolnicza przypadłość, gdy musisz być tak jak reszta, zlać się z masą, gdzie wszystko jest wyrysowane według ogólnego szablonu, a na każdą inność reaguje się z histeryczną wprost wściekłością, bo wszystko co burzy wyrysowany schemat może też zburzyć sens ich podłego żywota.

            Ale to właśnie oni w nowych czasach nauczyli nas liczyć do trzech: kredyt, orka, związek. Bo dla nich nie ma alternatywy…

            …lecz ci najmłodsi w liczbie 3 milionów znienacka taką alternatywę ujrzeli. W tej bogatej Europie nie dotkniętej piętnem komunizmu, gdzie życie (przynajmniej do niedawna – dopóki nie zalali ich muzole) wyglądało całkiem inaczej.

            Po prostu normnalnie i realnie.

            A nie socrealnie.

104 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

          Wróciłem właśnie z komunii (pierwszej) mojej chrześniaczki. Nie, tam się nie czepiam, wsio OK, ale przy okazji przypomniało mi się sporo wydarzeń spod znaku wesel i ślubów – czyli jakichś pokrewnych polomelanżów.

          I tu największym stresem było dla mnie wbicie się znowu w gajer (a zwłaszcza w spodnie w kancik!), no ale znalazłem złoty środek. Więc od dłuższego już czasu nie używam nonsensownego urządzenia duszącego, pod znakiem: krawat.

          Po drugie: mam luźny gajer, w którym się dobrze czuję i wyglądam, w dodatku w niekoniecznie modnym kolorze (szary) i kroju (luźny).

          I to mnie odróżnia od tych sezonowych gajerowców, którzy chociażby kupili najdroższy garnitur, czy go tam sobie uszyli… to wciąż wyglądają jak dresy w gumofilcach. Otóż ja się wtym gajerze może i czuję nieswojo, ale swobodnie. A te weselne postdresy? Oni wciąż są w dresie. I to wychodzi w akcji. Wychodzi śmiesznie.

         Bo elegancję, jak to już od dawna powtarzano, ma się w sobie i chociażby się chodziło w worku na śmiecie, to i tak ona wybije na zewnątrz. A jak jesteś workiem śmieci, to w co byś się nie odział, to ta śmieciarnia i tak z ciebie wyjdzie. 

         To tak nieskromnie (ale prawdziwie!) na dziś…

75 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

            Już stuka do mych drzwi…

           Prędzej bym sie spodziewał komornika, ale tak ta jedna z ulubionych pieśni starych moherów brzmi. Nie muszę chyba dodawać, że mohery to zazwyczaj kurwy, których niespodziewanie dopadła starość i brak brania, we związku z czem obrócili się te babcie w jedynym możliwym kierunku, czyli ku zakrystii.

            Ale nie o tym.

            Tak się składa, że jestem podwójnym ojcem chrzestnym,  a że nastał czas pierwszych komunii, to mam zagwozdkę….

            Co prawda pierwszy chrześniak już mnie dawno przerósł , ale się okazuje, że i za tydzień tej ceremonii ulegnie chrześniaczka.

            I następuje czas mitów.

            Czyli słynne dylematy z prezentami na literę "Q" : quady, quadrocoptery, quomputery, qrva inne smartfony, itp.

             Tamtemu wystarczył rover, z którego i tak mało korzystał, bo ma takie samo zacięcie do aktywności fizycznej jak ja (czyli goodfather), dzięki czemu najpewniej będzie długo i szczęśliwie żył – wiem po sobie, przekroczyłem 40, a duchem i ciałem jestem ponad większość 20 latków.

             Primo (po pierwsze): skąd wziął się ten mit o quadach?!!!

             Jakoś nie widuje dziesięciolatków popylających na takichże, a jak takie były, to pewnikiem już na wejściu rozmazali się na pierwszym, lepszym drzewie. Być może ktoś tam gdzieś tam kiedyś takiego quada dostał, ale to były dzikie zapewne tereny w rodzaju Bieszczad, Warmii, czy Kaszub, gdzie odległość do najbliższego sklepu, szkoły, czy sąsiadów mierzyło się w parsekach. Ewentualnie ów gódfader nazywał się Janusz i handlował quadami. Tudzież robił w markiecie i wyleciał dronem.

            Chociaż z drugiej strony, za moich czasów (kiedyś to było!) dostawało się zegarki. Ruskie, albo eNeRDowskie. Ja dostałem aparat fotograficzny, mechaniczny, małoobrazkowy, z celownikiem typu: dalmierz (!!!!), marki FED. Radziecka, doskonała podróbka niemieckiego sprzętu: Leica. Matka chrzesna do końca nie wiedziała chyba, co robi, bo dostałem w łapy fachowy sprzęt i to był kolejny kamyczek do ogródka mego ze skrzywieniem artystycznym. Aparat zresztą mam do dziś i działa.

            I było wtedy fajnie.

            A teraz?

           Sam chcę wyskoczyć na stare miasto nocą z aparatem, ale najpewniej zostałbym go pozbawiony, w promocji z zębami (a wiele już w nie zainwestowałem!). Zbyt dobry smartfon równie mocno przyciąga uwagę, więc wyposażanie cokolwiek dziecka w zbyt ostentacyjne gadżety jest raczej działaniem na jego niekorzyść.

            Tudzież dawanie szmalu w kopercie na wyżej wymienioną, pierwszą komunię (osobny wpis musiałby zawierać rozkminę: co to kurwa w ogóle jest?!!!).

            Legenda głosi, że jakieś dziecko ten szmal zachowało dla siebie.

            Ale to tylko legenda…

            Więc czemu mam zasilać kasą rodziców w imię jakiejś szemranej imprezy spod znaku Eucharystii?  

             Tym bardziej, że po 40 latach życia okazało się, że rodzina to potężny i całkiem niepotrzebny wrzód na mojej dupie…

85 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Wydalania krąg

Suka sra szczurami

To przedwieczne booom!

Czy było coś przed nami?

Niepamięć wcześniaka

"Przed" w pliku: nieudostępnione

Do pępka przyklejony wąż

Jego łbem placenta

Krążymy, pędzimy, szybujemy w koniec

Przybyliśmy skąd? Niewielu to obchodzi

Wzrok skierowany w przód genem rywalizacji

Łapsk uścisk wszechogromnych na wszechmocnej klawiaturze

Na monitorze wszystkie dane

Nic się nie ukryje

Rozruch symulacji, scenariusz jest gotowy

Robaczki na ekranie, szalone mkną fantomy

Współzawodnictwo trwa – narodzin ważny moment

Na oczach realności mgła, aż po kresu koniec

Bo koniec pewny jest, niejasny zaś początek

Wiadomym, gdzie to wszystko mknie

Niejasnym – skąd to wszystko zionie?

W ograniczonej zonie poprzez zwykłe słowo: "przed"

Co robi nam granicę, za którą Gościu rzekł

Że wszystko jest zwodnicze

Bo "Przed" jest hasłem – klucz

Co zmiata wszelkie przyrodnicze

Nie da się liczyć od "jeb" do "dup"

Bo to za krótka chwila!

Trzeba zatrzymać z miejsca się, zrobić na wszystko to odlanie

Bo ważny moment tylko ten, gdzie sensu nie ma odliczanie….

 

78 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

            Jest 9 maja (u ruskich Dzień Pabiedy), a rankiem za oknem ujrzałem padający śnieg… Temperatura była bliska zeru i tak sie utrzymuje już od niewiadomo jak długiego czasu, oczywiście w czasie nocy i poranka spadając poniżej, powodując co najmniej przygruntowe przymrozki.

            I to wszystko pod wieloletnim już hasłem globalnego ocieplenia!

            No jak żyję, to tak przejebanej wiosny nie doświadczyłem!

            A ostatnia rzecz, która mi się z tą aurą kojarzy to właśnie ocieplenie!

            No ale naukowcy (amerykańscy oczywiście) wyliczyli, że nieustannie średnia światowa temperatury się wywyższa o ułamki stopnia i w związku z tym chuj bombki strzeli, lodowce się roztopią i zaleją wszystko w pizdu.

             I że to dodatkowo nasza wina. Że tak w domyśle zniszczymy glob swoimi wyziewami.

             No więc globu nie zniszczymy – takiej mocy wciąż nie posiadamy. Możemy co najwyżej wykończyć sami siebie, ale też nie do końca. Takim eskimosom, aborygenom, papuasom, tybetańczykom, czy indianom z dorzecza Amazonki, nasze, dramatyczne katastrofy cywilizacyjne, są co najmniej obojętne. Uodpornieni są na naturę, bo w niej żyją bezpośrednio od pokoleń i pożyją sobie w niej jeszcze przez następne pokolenia.

              A ta średnia klimatyczna?

              Otóż klimat jest takim nieobliczalnym chaosem, że wyliczanie średniej temperaturowej w skali dziesiętnych stopnia Celsjusza jest co najmniej śmieszne. Co oczywiście nie znaczy, że klimat się nie zmienia! Owszem, te ocieplenia i zlodowacenia następują co czas jakiś… tyle że wciąż nie mamy na to NAJMNIEJSZEGO wpływu. Za mali jesteśmy.

               Więc nie ma co przeżywać, walczyć, dramatyzować.

               Tylko szlag trafia, gdy kolejny raz jesień i zima wygrywa z wiosną, a nawet latem!

69 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

          Jestem birofilem. To trzeba przyznać. Ciągnę na tym najstarszym z napojów, niczym TIR na dieslu. No trzyma mnie to przy życiu, uspokaja mój nazbyt energetyczny charakter i działa odseparująco od tego dziwnego świata – nie przypadkiem chmiel jest z tej samej rodziny roślin, co konopie ;)

          Z napojów innych, alkoholowych, ze smakiem pijam swoje (lub nie) nalewki, tudzież łiskacze…

          I koniec!

          Winem gardzę, jako napojem śródziemnomorskich gejów.

          Wódkę piję, gdy muszę – znaczy w towarzystwie – nigdy sam!

           No wóda ma to do siebie, że jest dość perversyjnym płynem, służącym tak po prawdzie tylko do jak najszybszego nawalenia się.

           Co mnie niespecjalnie interesuje.

            Więc czemu, do kurwy nędzy, wciąż słyszę, takie wyjęte wprost z późnego PeeReLu: "Wolę twarde"?

            Bo nie sikam, bo coś tam…

            Sram na to!

             Może i szczam jak dziadzia na prostacie, ale mam za to przyjemność ze spożywania! Naprawdę nie potrzeba mi paliwa lotniczego, muszę tylko nieustannie uzupełniać swój bak owym dieslem…

              Czy to tak trudno pojąć i zaakceptować?

79 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
021620
Dzisiaj : 1
Wczoraj : 4
W tym miesiącu : 126
Obecnie online : 1
Twoje IP: 54.162.218.214