Miesięczne archiwum: Styczeń 2018

             Na szczyt K2 ruszyła niedawno polska wyprawa, by go zdobyć zimą. To podobno taka nasza, krajowa specjalizacja, by właśnie wdrapywać się na nie zimą, gdy nikt normalny tego nie robi. Ba! Reklamuje się to w mediach, jako coś niezwykłego! 

             No tak. Głupota zazwyczaj jest niezwykła….

             Zresztą określanie wspinaczki jako zimowa, jest równie niedorzeczne, co nazywanie mieszkańców dolin pomiędzy szczytami: góralami. Formalnie to doliniarze. Klimat cokolwiek jest nieobliczalny i takie zimowe wejście na szczyt równie dobrze może się odbyć w temperaturze pokojowej i przy lekkim zefirku. Poza tym wyczuwam, że gdy ta zgraja himalaistycznych przypałów zdobędzie w końcu jako pierwsza wszystkie ośmiotysięczniki zimą (zostały już chyba ze trzy), to zacznie je ponownie podbijać wiosną, jesienią, porą monsunową, czy co tam w tej strefie geograficznej obowiązuje? Potem, naturalną drogą, przyjdzie ich zdobywanie bez górnej odzieży, skacząc na jednej nodze, z zawiązanymi szczelnie oczami, czy co tam sobie ci imbecyle wymyślą? Podobnie zresztą, jak w Księdze Rekordów Guinnessa, gdzie 2/3 rekordów to wynaturzenia jakichś zakompleksionych pajaców (też w większości Polacy), których jedynym celem jest być w czymś pierwszym, nawet jak reszta ludzkości ma to totalnie w dupie i absolutnie nikt z 7 miliardów jej aktualnych członków nie chce z nimi konkurować.

            Chociaż też możliwe jest, że to nie kompletni idioci, a nieźli cwaniacy, którzy dla pozyskania sponsorów dla swojego – drogiego cokolwiek – hobby, musieli wykombinować coś orginalnego? Bo co to za wyczyn wejść na szczyt jako parę tysięcy któryś tam wspinacz? Na takim na przykład Mount Evereście jest obecnie już taki tłok, jak nad Morskim Okiem w czasie lata! 

             Swoją drogą, żyjemy w czasach trudnych dla odkrywców, gdzie wszystko podobno już zostało odkryte i zdobyte, więc ci z żyłką exploratorską muszą zwyczajnie kombinować. Chociaż mogliby choć trochę się wysilić i znaleźliby dla siebie dość sporą lukę, na przykład na Antarktydzie, gdzie sporo szczytów nie dość, że stoi odłogiem, to jeszcze potencjalny zdobywca mógłby je dowolnie nazwać! Tyle że to by było słabe medialnie…

             W sporcie, już tym wyczynowym, a nawet olimpijskim, też można spotkać podobne paranoje, a największą jest dyscyplina o dziwnej nazwie: "chód sportowy" , gdzie za każdym bie chodziażem musiałby biec (truchtać?) sędzia, bo złamanie zasad tych poronionych "wyścigów" jest równie nieuniknione co sex w pornolach. Oczywiście najwybitniejszym przedstawicielem tych biegospacerów jest Polak…

             Chociaż tacy z brzegu pierwsi lepsi Amerykanie też mają coś absurdalnego, co uznają za sport narodowy i jeszcze po chamsku i bezczelnie zwą to futbolem, mimo że ani to piłka, ani odbijana stopami. W dodatku nikt nie rozumie jej zasad… 

11 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

Brzydkie kobiety są złe

Szpetnie gną usta swe

Zgryz mają zwarty

Byt ich niewarty

Minowe pole

Straszą przedszkole…

 

Brzydkie kobiety są wstrętne

Choć chcą, nie mogą być ponętne

Twarze ich ponure

Celulit niszczy skórę

Wrogiem wszyscy

Nienawiść niszczy…

 

Są tłuste i się tego wstydzą

Są stare i tego nienawidzą

 

Niesymetryczne

                          Niesympatyczne

                                                     Nieogarnięte

Po prostu są wstrętne!

 

Kwiat swego żywota

Bezcenna cnota

Niewypełniona

A żądza kona…

 

To skarb ich największy

Co między uda

Pośladki się mieści

Cel licznych batalii

Wypraw straceńczych

Szturmów szaleńczych

Byle się zmieścić!

Lecz nie wy panie

Wstrętne jak sranie

Waszą nadzieją: zboki, perwersi

Sort mężczyzn gorszy

Nie żadni lepsi…

21 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

            Przed świętami internet (polski) oszalał ze śmiechu, widząc występujące z kolędą, czy czymś w tym stylu, niejakie siostry Godlewskie , skądinąd ziomalki z niedalekiego Malborka. No nie oszukujmy się, siostry owe spełniają wszelkie kryteria pozwalające z nich drwić do woli, a branie na poważnie ich występów samo w sobie by było drwiną. Więc mamy na You Tubie dwa pociesznie gibające się plastiki z ustami karpia – co od razu do nich przylgnęło – o umiejętnościach wokalnych z podrzędnego karaoke. No żeby to jeszcze robiły z dystansem, to by nie było problemu (i ogólnokrajowego rechotu), ale bardziej to wygląda na jakże modne ostatnimi laty wybicie się za wszelką cenę i bez względu na umiejętności. Tylko czekać aż wystąpią owe panie na jakimś kolejnym teleturnieju z kategorii "Mam Talent", z wielkimi ambicjami zrobienia kariery.

          No kompletny brak pokory i samokrytycyzmu!

          Tyle że już się wybiły. Podobnie jak niejaka Sexmasterka (?!) z jakże makabrycznym utworem: "Poka Sowę". Ba! Nawet wystąpiły w TVN, gdzie zarzekały się, że nie zwracają uwagi na zalewający je (acz bolesny) hejt (?!) i dalej będą robiły swoje.

          No, patrząc w komentarzach, prawdziwego, prymitywnego hejtu widziałem niewiele, a w większości bardziej jakże zasłużoną bekę. W ogóle nad tym prawdziwym hejtem przeprowadzono już badania naukowo/statystyczne i wychodzi nie dość, że jest go coraz mniej, to i tak zawsze i na wszystko trafi się jakiś zakomplexiony prymityw, dla którego niekonstruktywne (i najczęściej nielogiczne) zbluzganie czegokolwiek jest jego idee fixe. Tyle że jest to równie nieliczne, co prawdziwe czuby w realnym życiu. Sęk w tym, że jest to bardzo widoczne i na 100 normalnych wpisów, 1 prawdziwy hejt i tak będzie kłuł w oczy. ale nie da się tego uniknąć, podobnie jak upośledzonych psychicznie w rzeczywistości – prędzej czy później się na jakiegoś natkniemy. Jedynym wyjściem jest wtedy pozbycie się natręta – analogicznie w necie, zignorowanie hejtera.

          Nie byłoby problemu z niedorobionymi artystkami, ale owo hasło "Hejt" i "mowa nienawiści" robi ostatnio zawrotną karierę w mediach mainstreamowych, co już powoli wyklucza jakąkolwiek krytykę! Mianowicie każdą niepochlebną opinię można tak zakwalifikować… i tak się dzieje! Niektórzy doszli w tym do perfekcji i oczekują tylko pochwał i samych superlatyw, a narzekaczy, czy zwracających choćby delkatnie uwagę na błędy (w końcu nikt nie jest nieomylny) klasyfikują od razu jako niedorobionych gnomów i trolli.

           Jak choćby Jurek Owsiak ze swoim WOŚP. No nie mogłem o nim nie wspomnieć, jako że za tydzień ma znowu finał tego swojego cyrku. I wygląda na to, że ostatni, bo przez swoje ośle zaparcie i totalną już arogancję podpadł chyba wszystkim sensownie zdającym sobie sprawę z tego, że coś tu nie kaman. Poniżej wklejam jakże celny, chłodny i analityczny artykuł o tym co to jest*

            Sęk w tym, że społeczność internetowa to nie jakieś stado bezmyślnych pożeraczy wieści z TV (z korzeniami w PRL – jak już wcześniej pisałem), a bardziej ogarnięta grupa wychwytująca w mig wszelkie niedociągnięcia i bezlitośnie je krytykująca, lub wyśmiewająca. Bo mogą. Bo tak na to pozwala (jeszcze) ten internacjonalny Hyde Park. I w myśl starego, żydowskiego powiedzenia: "Gdy wiele osób mówi ci, że masz problem, to znaczy że go naprawdę masz." , krytykowany powinien się nad tym zastanowić przynajmniej. Tyle że krytykowani najczęściej przechodzą w stan kompletnego zamurowania, bo co im tam ten anonimowy plebs będzie życie układał!

            I wtedy robi się naprawdę śmiesznie, i żałośnie, i straszno nawet, jak mawiają ci ze wschodu…

 

 

 

 

 

 

 

"Naiwnie ulegałem temu jazgotliwemu, costyczniowemu szantażowi moralnemu przez blisko dwie dekady, ciągnąc na to dzieci i namawiając innych. Aż zdałem sobie sprawę, że bynajmniej nie spontaniczne zaangażowanie służb publicznych (policja, straż, wojsko, placówki służby zdrowia, telewizja publiczna we wszystkich centralnych i lokalnych ośrodkach, szkoły, urzędy, firmy państwowe itd. ) – do promocji czegoś, co przynieść może nawet nie pół procenta wydatków NFZ na zdrowie Polaków i co utrudnia dziś często racjonalne zakupy w wielu szpitalach – jest kilka razy większe niż największy nawet pożytek z tej akcji.

Ale chyba nawet nieracjonalność ostentacyjnej pompy towarzyszącej WOŚP nie jest w tym najgorsza. Najgorsze jest to surrealistyczne, ogłupiające poczucie wyższości tych, którzy "dali", głęboko wierząc, że zbawili tym pół Polski (znam nawet takich, którzy poza WOŚP nie wspomagają żadnej innej akcji dobroczynnej przez cały rok), gdy tymczasem do każdej ich złotówki wrzuconej do puszki państwo latami dokładało po kilka złotych, tylko po to, żeby o tej akcji nadal głośno było.

To nie ma nic wspólnego z charytatywnością, to marnotrawienie wielu zasobów, aby otrzymać tak niewiele, ale w zamian pielęgnować kult świeckiego świętego i jego kiedyś szczytnej, choć dawno wypaczonej idei, która tylko pozornie pobudza obywatelskie instynkty, faktycznie kanalizując je zgodnie z życzeniem promotorów.

Niechże Owsiak udowadnia dalszą sensowność tej akcji bez angażowania państwa, jak radzić sobie musi tysiące innych przedsięwzięć, o wiele racjonalniejszych ekonomicznie i znacznie lepiej, bo prawdziwie oddolnie kreujących niezależne postawy obywatelskie."

28 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 54.227.6.156