Miesięczne archiwum: Wrzesień 2018

          Karol Marx był pewien, że kapitalizm to system, który konsekwentnie dąży do autodestrukcji.

          No przyłożył do tego swoje łapska – albowiem jego idee, w morzu krwi, próbowano wprowadzić w życie.

          Spowodowało to powstanie obecnie panującego układu. Dziwnego, globalnego połączenia socjalizmu z kapitalizmem (globalizację też zresztą ten brodaty, leniwy obdartus przewidział).

          Ale kapitalizm sam z siebie, w jednej kwestii, przeobraził się… no nie w idealny komunizm (bo taki nie jest możliwy – jak to z utopią bywa), ale w jedną z jego dość specyficznych odmian.

          Mianowicie w korporacje.

          Coby nie mówić, światem dzisiejszym (tym ekonomicznym) rządzą właśnie one. Korporacje to dziwne, ponadnarodowe twory, niepodlegające państwowym regulacjom – albowiem państwo dla zarządu korporacji nie ma znaczenia: każdy z zarządców jest skąd inąd. Ich to wręcz śmieszy! Korporacji nie obowiązuje takie oddolne przywiązanie do miejsca: ich miejscem jest świat, a celem pieniądz. To piramidalne konstrukcje, na których szczycie stoją nieliczni, bogaci niewyobrażalnie członkowie zarządu, bajecznie opłacani dyrektorzy i setki tysięcy rozsianych po całym świecie wyrobników, którym w ramach wynagrodzenia wypłaca się kwoty wystarczające jedynie na biologiczne przetrwanie. Paradoxem i ironią graniczącą o sarkazm jest fakt, że to owi wyrobnicy są regularnie krojeni z podatków na utrzymanie państwa, ponieważ ta międzynarodowa (internacjonalna) pajęczyna unika opłat w obcych im tworach państwowych na wszelkie możliwe sposoby!

         Tak to wygląda globalnie.

         Ale jak to absurdalnie i komunistycznie działa, jest odczuwalne właśnie na samym dole tej piramidki, czyli w blaszanych zakładach wytwórczych. Podejrzewam, że w Polsce jest to szczególnie widocznie, ze względu na pozostałość po PRLu i następującym po nim nagle wystrzale w dziki kapitalizm (a raczej wyścig szczurów) – czyli  nepotycznym systemie pracy i jakimś bezsensownym parciu ku mglistemu sukcesowi: to znaczy wypłacie wystarczającej na normalne życie. To tak w skrócie.

         Więc z samego dołu tej piramidki:

         Czymś bezużytecznym (acz niezbędnym) są rzesze manualnych, słabo wyszkolonych składaczy czegokolwiek, których niejako pod właśnie państwowym przymusem zatrudnia się na byle umowę, za minimalną płacę (i tak za dużą w oczach zarządców). To dół, fundament owej konstrukcji. Owi monterzy nie mają głosu, praw, a jeszcze niedawno byli łatwi do zastąpienia, więc kręcili te swoje śrubki w ciszy i pokorze. Zresztą i nawet teraz ludzie bez kwalifikacji mają przerąbane.

         Nad nimi stoją tak często przeze mnie opisywani kapo, czyli majstrowie, kierownicy, nadzorcy ogólnie (dostający po trzykroć hajsu, co ich podwładni). System doskonale sprawdzony podczas II WŚ w KL.

         Ale potem zaczyna się drugie piętro tej piramidki - biura.

         Czyli towarzystwo kompletnie oderwane od rzeczywistości hali produkcyjnej, wypełniające polecena z góry (owego zarządu, poprzez dyrektora firmy).

         Zarząd mający pod swoimi rządami setki fabryk, nie bardzo interesuje się działaniem pojedyńczych firm. Ich interesuje produkt finalny. Ogólny. A ten praktycznie zawsze wychodzi na plus.

         Więc już na drugim piętrze budynku zaczyna się paranoja (jak ktoś kiedyś umieści biura poniżej hal, to będzie oznaką zmian). W polskich warunkach urzędują tam na ogół gamonie po bylejakich uczelniach, wkręceni poprzez innych gamoni. Trzymają się swych siedzisk uparcie i kurczliwie, albowiem to ich życie.

          Dosłownie!

          Takie zwykłe biuro, zwykłej wytwórni, po latach zmienia się w zmieloną melasę, jeden organizm, który myśli tak samo, robi to samo, żyje tak samo, itd…

          Taka sztuczna inteligencja żyjąca w oderwaniu od wszystkiego, coś jak grzybnia.

           Pod spodem są ludzie myślący, obserwujący działanie tego systemu. Ba! Oni chcą to zmienić na lepsze! Ale dla grzybni nie ma to znaczenia. Oni są ponad to. Oni wypełniają polecenia korpo. Bilans i tak będzie na plus. Ich błędy (idące nieraz w setki tysięcy) pójdą w koszta tych z dołu (poobcinane same setki). Im korpo wybaczy. Bo korpo tak ma. Bo korpo tak działa i to o dziwo jeszcze się trzyma kupy!

           Tam naprawdę trzeba zapaści owych setek fabryk, by coś przestawić, ale i tak największy rozpiździaj robią spece od obrotu kapitałem (maklerzy), którzy to wszystko ustawiają na najwyższym szczeblu (pieniężnym).

            Oni nawet nie wiedzą co czynią!

             A to wszystko, o dziwo ciągle działa!

             Że zacytuję: "Marks twierdził zaś, że ze sprzeczności pomiędzy właścicielami kapitału, a jego wytwórcami wynika zjawisko nadprodukcji. Chciwi większych zysków kapitaliści produkują coraz więcej, jednocześnie ograniczając płacę robotników. W efekcie robotników nie stać na zakup produkowanych przez siebie towarów. Wyjściem z sytuacji staje się walka o nowe rynki zbytu. Gdy te rynki się jednak skończą, a także wyczerpią się możliwości respirowania popytu na rynkach wewnętrznych, kapitalizm upadnie."

    

       Najśmieszniejsze, że na tych u linii żyłuje się i oszczędza do fizycznego oporu! Śrubuje się im normy, wylicza co do sekundy czas przerw, itp. Wszystko po to, by zaoszczędzić każdą złotówkę, każdy grosz… a potem jakiś handlowiec, planista, czy inny czop z owego biura daje po całości dupy i straty idą w setki tysięcy, a nawet miliony (straceni klienci)! I nikt tam za to nie ponosi konsekwencji!!! Oni się wytłumaczą praktycznie ze wszystkiego. Tak jest naprawdę, bo to widziałem już przynajmniej trzykrotnie (w tym jedna firma przez to całkowicie padła!).

         Paranoja totalna!

 

 

        "Kapitał jest pracą umarłą, która jak wampir ożywia się tylko wtedy, gdy wysysa żywą pracę." 

         Dziś, już na sucho, ponownie zaczyna się go doceniać. Był cokolwiek błyskotliwy, ale nieudolna i nieprzemyślana próba wprowadzenia jego idei w zycie skończyła się horrorem. No cóż. Ciężka jest dola filozofa…

        "Formuły, które na pierwszy rzut oka zdradzają, że właściwe są takiej formacji społecznej, w której jeszcze proces produkcji rządzi ludźmi, a nie człowiek procesem produkcji, wydaję się jej burżuazyjnej świadomości koniecznością równie naturalną i oczywistą jak sama praca produkcyjna. Dlatego też burżuazyjna ekonomia polityczna traktuje przedburżuazyjne formy społecznego organizmu produkcyjnego mniej więcej tak samo jak Ojcowie Kościoła traktują religie przedchrześcijańskie."

        

        

52 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Jesienne słońce

Lekko zniżone

Poletni deser…

Wietrzenie po dusznym czasie upału

Ozłaca nozdrza świeżym oddechem

Wszystko staje się inaczej

Świeżej

Gdzieś już czai się chłód północy

Lecz południe jeszcze nie odchodzi

Agonijny nastrój

Zbliżającego się zamrożenia

Najpiękniejszy moment

Tuż przed zgonem

Żadna pora roku tak nie pachnie!

Żadna tak nie bije blaskiem!

Przebłysk wrót raju

Pomiędzy paranoją fizyczności i mrozem niewiary

Nic tak nie doprawi smaku życia

Jak te łagodne lśnienie

Po chaosie narodzin

Upiornym skwarze działania

Przed piekłem zamarcia…

65 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

  Podobno nie ma ludzi bez talentu. Podobno każdy ma umiejętność, która go wyróżnia, ale jak to w życiu bywa, większość ludków tego talentu zwyczajnie w sobie nawet nie odkryje, bo życie zapędziło ich do innych robót, w których się tylko męczą i marnują… Bo takie jest to dziwne życie!

Więc efekt jest taki, że światem kręcą miernoty… które też marnują swoje ukryte talenty! A tych z prawdziwymi talentami nie dopuszczają na swoje miejsce, bo je jakimś cudem (koneksjami najczęściej) zdobyli.

To podobna paranoja, jak z dojazdem do pracy.

Logicznie rzecz biorąc, powinniśmy pracować jak najbliżej miejsca zamieszkania, ale tak nie jest! Codziennie rano, z różnych, niewiadomych mi przyczyn, cała masa ludu pracującego miast i wsi, przemieszcza się w przeciwnych kierunkach, blokując drogi, zapychając transport publiczny i wstając przynajmniej o godzinę za wcześnie (przy okazji odstawiając swe niewinne dzieciątka do przeróżnych przechowalni).

Wszystko w pośpiechu.

Nie wiadomo w sumie po co?

No troszkę jednak wiadomo. Wyższe o parę stówek pensje, nepotyczno/kolesiowy system zatrudniania na miejscu (prowincja), no ale można!

Teraz można – bo śladowe bezrobocie, ale i w czasach tego galopującego też było można!

Jako typowy przedstawiciel prekariatu, praktycznie całe swoje życie zawodowe spędziłem w swoim mieście (nie miasteczku!) przylepionym do Trójmiasta, ruszając się co najwyżej na 15 kilometrów do pracy (w połowie drogi do owej aglomeracji), co mnie w końcu i tak mocno zmęczyło, że zamieniłem to na mniej płatną, gorszą robotę – ale na miejscu.

Niezrozumiałe?

Proste, o ile się jest kimś bez zobowiązań. Kwestia wyboru: czy dasz się przypiąć do dyszla, czy sam chcesz wybierać pastwisko?

Ale nie o tym miało być.

Niektórzy mają większe ambicje i chcą zaistnieć.

Można próbować w sporcie – tu przynajmniej zasady są jasne: wygrywa ten pierwszy. I żyje: jak czołowi piłkarze i olimpijczycy z rentą za złoto – co popieram z całą mocą! Reszta niestety po latach uprawiania owego musi zmienić branżę i wylądować w zwyczajnym życiu.

Ale są inne dziedziny: jak muzyka, gdzie rynek został już tak zamulony, że prawdziwe perełki są trudne do wyłuskania. Aktorstwo, gdzie 90% klepie biedę i szuka chałtur, a resztę… widać! Oni wszyscy tak samo kończą na ubitej ziemii pełnej pospólstwa (z którego się wywodzą).

Problemem jest samo zaistnienie, ale jeszcze większym jest przetrwanie!

Szczęśliwcom uda się przetrwać życie w swojej branży i przy oklaskach tłumu, ale jest to opcja tak na góra 100 lat. Wszystko dalej się zwyczajnie zapomina.

Więc po kim zostanie pamięć?

Nie po pisarzach! Na przykład większość XIX wiecznej literatury już jest bezwartościowa w dzisiejszych okolicznościach. Muzyka? Przetrwa nieliczna. Kino? To samo. Fotografia? Mamy już smartfony, drony, a zaraz będziemy mieli okulary rejestrujące wszystko w trójwymiarze – to też przepadnie.

Szachiści przegrają z komputerami wreszcie. Rzemieślnicy z drukarkami 3D.

Co więc przetrwa na wieki? Na pewno rzeźba i malarstwo.

I myśl.

Idea spisana.

44 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

        Majnstrim (spolszczę pisownię dla uproszczenia), to dosłownie "nurt główny". Najbardziej interesującą mnie jego odmianą (bo najbardziej widoczną i w ten sposób najpopularniejszą – jeszcze) jest tenże nurt dziennikarsko, artystyczno, polityczny.

        W skrócie: telewizja. Ta nastawiona na publicystykę i informacje.

        W Polsce to trzy główne stacje, plus ze dwie poboczne. Wszystkie one nadają TE SAME informacje i relacje z tych samych miejsc. Po prostu ich mobilne ekipy reporterskie jeżdżą jedna za drugą, by nie dopuścic do monopolu konkurencji w relacji z najgłupszego, przypadkowego częstokroć wydarzenia, nawet gdy tuż obok dzieje się coś o wiele ciekawszego. Najdobitniej to jest widoczne w wiadomościach puszczanych gdzieś tak koło 19. Wszystkie trzy odmiany tych z pozoru informacyjnych audycji, to w sumie to samo… tylko inaczej komentowane i prezentowane z innej perspektywy (umotywowanej polityczną opcją każdej z tych stacji). W efekcie, żeby wyciągnąć średnią prawdy, trzeba by obejrzeć wszystkie po kolei. Tam chyba tylko sport jest relacjonowany bezmanipulacyjnie?! Kompletnie bez sensu w czasach internetu! Dodatkowo po każdych wiadomościach są organizowane spotkania publicystyczno/komentatorskie na tematy polityczne… które w każdym wypadku są zwykłym pieprzeniem bez sensu! Ku uciesze coraz mniej licznej i coraz starszej gawiedzi.

       Bo młodzi i liczni od tego mają internet. W internecie każdy wypadek/pożar/bójka/itp , pojawiają się natychmiast za sprawą wszechobecnych kamer (smartfony). Jest to o wiele ciekawsze od pieprzącego do mikrofonu bzdury na zgliszczach, kolejnego spóźnionego na miejsce zdarzenia reportera. No i informacje w internecie wydają się o wiele bardziej obiektywne i to nawet, gdy są prezentowane z jakiejś radykalnej strony. A to przez to, że brak tam nacisków z góry na przedstawianie jedynej, słusznej prawdy, a komentatorzy to autentyczni ideowcy tej, czy innej opcji.

      No i te dyskusje na tematy polityczne! Ich apogeum, to niedzielne poranki, gdy grupka oddelegowanych przez swe partie, najbardziej oblatanych w mediach cwaniaków spiera się, kłóci i sprawia mocne wrażenie, jakby coś od tego zależało! Starsze pokolenie to kupuje. Ale oni nie wiedzą, że prawdziwa polityka kręci sie gdzieś na zapleczu, w ciszy, wśród tych naprawdę rządzących. Ale ciemny lud tego nie wie – no chyba że wyciekną jakieś nagrania (jak u Sowy na przykład), lecz to też celowe ustawki.

       A te redaktorki i redaktorzy! Pozbawieni pokory, niesieni ambicją mądrale, których prawda jest najprawdziwsza i jedyna!

      Lecz czas tego medialnego cyrku powoli sie kończy (oni jeszcze tego nie wiedzą). Z telewizji zostaną już wkrótce specjalistyczne kanały na kablówce, gazety już powoli przenoszą się w strefę cyfrową. Niezagrożone jest radio, którego w samochodzie, czy pracy zwyczajnie nie da sie zastąpic niczym innym. Jedynym niebezpieczeństwem są co i rusz podejmowane próby ograniczania internetu, ale to jak próba zatrzymania tsunami przez dinozaury.

      Oni są skończeni. To tylko kwestia czasu. Obrona nie ma sensu. Postęp nie ma litości.

35 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 54.144.100.123