Bez kategorii

       Już za chwileczkę, już za momencik, wybory (samorządowe) zaczną się kręcić! Już ruszył festiwal plakatów, banerów, debat i innych cyrków.

       Byle się sprzedać za głosik!

       Przed wejściem na tutejszy "Manhaattan" (tak się to targowisko naprawdę nazywa!) dziś prawilnie rozdawano kawę i ulotki: po lewej PO, a po prawej PiS. Tyle widziałem, bo kandydaci się nie rzucali w oczy.

       Tylko co to ma wspólnego z samorządem?!

       Dla partii jest parlament i niech on im wystarczy! No ewentualnie prezydencja w jakimś wielkim mieście – jak na przykład stolyca. To może miec prestiżowe znaczenie, ale po co upolityczniać coś, co z zasady z polityką nie powinno mieć nic wspólnego?! Samorządy są głównie (a właściwie jedynie) po to, żeby ogarniać miejscowe sprawy, głównie za sprawą rozdysponowywania miejscowych pieniędzy (tych, których nie zabrała centrala) i po to by rozstrzygać miejscowe trudne sprawy.

       A do tego partyjność jest wręcz niewskazana! Szkodliwa!

       Po co jakieś potem koalicje w urzędach gmin, czy miejskich, po co  ten cały cyrk, polityczne przedszkole i zabawa w miniparlamenty?!!! Samorządowcy powinni czynić świat lepszym blisko siebie. Po to są wybierani! 

      Nie po to, żeby tu, na miejscu uprawiać jakąś żałosną politykierkę!

      Koalicje są na takim szczeblu niepotrzebne – zwykłe głosowanie załatwiałoby spokojnie sprawę.

      Wiecej! Ciskanie się ze swoimi poglądami politycznymi powinno być karalne. Samorządy powinny być odpolitycznione na maxa, a wchodząc na zebranie, każdy radny powinien natychmiast zapominać, jaką opcję polityczną reprezentuje.

     Pod groźbą co najmniej wykluczenia.

     Ale i tak jest już lepiej (normalniej), niż przez ostatnie 30 lat. Do tej pory, przed wyborami, kandydaci pletli co im ślina na język przyniosła i obiecywali złote góry, przekraczając granice absurdu, głupoty i żałości. Od momentu, gdy PiS spełnił to co obiecał, coś się zmieniło. Już nie ma takiego bezczelnego nawijania makaronu na uszy. A może te ćwoki z politycznymi ambicjami zrozumiały, że nikt tego bełkotu już nie kupi?

     Więc niech u nas, na naszych małych podwórkach, naszymi przedstawicielami zostaną ci, którym zależy na tym podwórku.

     A nie na jakichś gwiezdnych wojnach i stałej, ciepłej posadce.

11 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

          Karol Marx był pewien, że kapitalizm to system, który konsekwentnie dąży do autodestrukcji.

          No przyłożył do tego swoje łapska – albowiem jego idee, w morzu krwi, próbowano wprowadzić w życie.

          Spowodowało to powstanie obecnie panującego układu. Dziwnego, globalnego połączenia socjalizmu z kapitalizmem (globalizację też zresztą ten brodaty, leniwy obdartus przewidział).

          Ale kapitalizm sam z siebie, w jednej kwestii, przeobraził się… no nie w idealny komunizm (bo taki nie jest możliwy – jak to z utopią bywa), ale w jedną z jego dość specyficznych odmian.

          Mianowicie w korporacje.

          Coby nie mówić, światem dzisiejszym (tym ekonomicznym) rządzą właśnie one. Korporacje to dziwne, ponadnarodowe twory, niepodlegające państwowym regulacjom – albowiem państwo dla zarządu korporacji nie ma znaczenia: każdy z zarządców jest skąd inąd. Ich to wręcz śmieszy! Korporacji nie obowiązuje takie oddolne przywiązanie do miejsca: ich miejscem jest świat, a celem pieniądz. To piramidalne konstrukcje, na których szczycie stoją nieliczni, bogaci niewyobrażalnie członkowie zarządu, bajecznie opłacani dyrektorzy i setki tysięcy rozsianych po całym świecie wyrobników, którym w ramach wynagrodzenia wypłaca się kwoty wystarczające jedynie na biologiczne przetrwanie. Paradoxem i ironią graniczącą o sarkazm jest fakt, że to owi wyrobnicy są regularnie krojeni z podatków na utrzymanie państwa, ponieważ ta międzynarodowa (internacjonalna) pajęczyna unika opłat w obcych im tworach państwowych na wszelkie możliwe sposoby!

         Tak to wygląda globalnie.

         Ale jak to absurdalnie i komunistycznie działa, jest odczuwalne właśnie na samym dole tej piramidki, czyli w blaszanych zakładach wytwórczych. Podejrzewam, że w Polsce jest to szczególnie widocznie, ze względu na pozostałość po PRLu i następującym po nim nagle wystrzale w dziki kapitalizm (a raczej wyścig szczurów) – czyli  nepotycznym systemie pracy i jakimś bezsensownym parciu ku mglistemu sukcesowi: to znaczy wypłacie wystarczającej na normalne życie. To tak w skrócie.

         Więc z samego dołu tej piramidki:

         Czymś bezużytecznym (acz niezbędnym) są rzesze manualnych, słabo wyszkolonych składaczy czegokolwiek, których niejako pod właśnie państwowym przymusem zatrudnia się na byle umowę, za minimalną płacę (i tak za dużą w oczach zarządców). To dół, fundament owej konstrukcji. Owi monterzy nie mają głosu, praw, a jeszcze niedawno byli łatwi do zastąpienia, więc kręcili te swoje śrubki w ciszy i pokorze. Zresztą i nawet teraz ludzie bez kwalifikacji mają przerąbane.

         Nad nimi stoją tak często przeze mnie opisywani kapo, czyli majstrowie, kierownicy, nadzorcy ogólnie (dostający po trzykroć hajsu, co ich podwładni). System doskonale sprawdzony podczas II WŚ w KL.

         Ale potem zaczyna się drugie piętro tej piramidki - biura.

         Czyli towarzystwo kompletnie oderwane od rzeczywistości hali produkcyjnej, wypełniające polecena z góry (owego zarządu, poprzez dyrektora firmy).

         Zarząd mający pod swoimi rządami setki fabryk, nie bardzo interesuje się działaniem pojedyńczych firm. Ich interesuje produkt finalny. Ogólny. A ten praktycznie zawsze wychodzi na plus.

         Więc już na drugim piętrze budynku zaczyna się paranoja (jak ktoś kiedyś umieści biura poniżej hal, to będzie oznaką zmian). W polskich warunkach urzędują tam na ogół gamonie po bylejakich uczelniach, wkręceni poprzez innych gamoni. Trzymają się swych siedzisk uparcie i kurczliwie, albowiem to ich życie.

          Dosłownie!

          Takie zwykłe biuro, zwykłej wytwórni, po latach zmienia się w zmieloną melasę, jeden organizm, który myśli tak samo, robi to samo, żyje tak samo, itd…

          Taka sztuczna inteligencja żyjąca w oderwaniu od wszystkiego, coś jak grzybnia.

           Pod spodem są ludzie myślący, obserwujący działanie tego systemu. Ba! Oni chcą to zmienić na lepsze! Ale dla grzybni nie ma to znaczenia. Oni są ponad to. Oni wypełniają polecenia korpo. Bilans i tak będzie na plus. Ich błędy (idące nieraz w setki tysięcy) pójdą w koszta tych z dołu (poobcinane same setki). Im korpo wybaczy. Bo korpo tak ma. Bo korpo tak działa i to o dziwo jeszcze się trzyma kupy!

           Tam naprawdę trzeba zapaści owych setek fabryk, by coś przestawić, ale i tak największy rozpiździaj robią spece od obrotu kapitałem (maklerzy), którzy to wszystko ustawiają na najwyższym szczeblu (pieniężnym).

            Oni nawet nie wiedzą co czynią!

             A to wszystko, o dziwo ciągle działa!

             Że zacytuję: "Marks twierdził zaś, że ze sprzeczności pomiędzy właścicielami kapitału, a jego wytwórcami wynika zjawisko nadprodukcji. Chciwi większych zysków kapitaliści produkują coraz więcej, jednocześnie ograniczając płacę robotników. W efekcie robotników nie stać na zakup produkowanych przez siebie towarów. Wyjściem z sytuacji staje się walka o nowe rynki zbytu. Gdy te rynki się jednak skończą, a także wyczerpią się możliwości respirowania popytu na rynkach wewnętrznych, kapitalizm upadnie."

    

       Najśmieszniejsze, że na tych u linii żyłuje się i oszczędza do fizycznego oporu! Śrubuje się im normy, wylicza co do sekundy czas przerw, itp. Wszystko po to, by zaoszczędzić każdą złotówkę, każdy grosz… a potem jakiś handlowiec, planista, czy inny czop z owego biura daje po całości dupy i straty idą w setki tysięcy, a nawet miliony (straceni klienci)! I nikt tam za to nie ponosi konsekwencji!!! Oni się wytłumaczą praktycznie ze wszystkiego. Tak jest naprawdę, bo to widziałem już przynajmniej trzykrotnie (w tym jedna firma przez to całkowicie padła!).

         Paranoja totalna!

 

 

        "Kapitał jest pracą umarłą, która jak wampir ożywia się tylko wtedy, gdy wysysa żywą pracę." 

         Dziś, już na sucho, ponownie zaczyna się go doceniać. Był cokolwiek błyskotliwy, ale nieudolna i nieprzemyślana próba wprowadzenia jego idei w zycie skończyła się horrorem. No cóż. Ciężka jest dola filozofa…

        "Formuły, które na pierwszy rzut oka zdradzają, że właściwe są takiej formacji społecznej, w której jeszcze proces produkcji rządzi ludźmi, a nie człowiek procesem produkcji, wydaję się jej burżuazyjnej świadomości koniecznością równie naturalną i oczywistą jak sama praca produkcyjna. Dlatego też burżuazyjna ekonomia polityczna traktuje przedburżuazyjne formy społecznego organizmu produkcyjnego mniej więcej tak samo jak Ojcowie Kościoła traktują religie przedchrześcijańskie."

        

        

42 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Jesienne słońce

Lekko zniżone

Poletni deser…

Wietrzenie po dusznym czasie upału

Ozłaca nozdrza świeżym oddechem

Wszystko staje się inaczej

Świeżej

Gdzieś już czai się chłód północy

Lecz południe jeszcze nie odchodzi

Agonijny nastrój

Zbliżającego się zamrożenia

Najpiękniejszy moment

Tuż przed zgonem

Żadna pora roku tak nie pachnie!

Żadna tak nie bije blaskiem!

Przebłysk wrót raju

Pomiędzy paranoją fizyczności i mrozem niewiary

Nic tak nie doprawi smaku życia

Jak te łagodne lśnienie

Po chaosie narodzin

Upiornym skwarze działania

Przed piekłem zamarcia…

41 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

  Podobno nie ma ludzi bez talentu. Podobno każdy ma umiejętność, która go wyróżnia, ale jak to w życiu bywa, większość ludków tego talentu zwyczajnie w sobie nawet nie odkryje, bo życie zapędziło ich do innych robót, w których się tylko męczą i marnują… Bo takie jest to dziwne życie!

Więc efekt jest taki, że światem kręcą miernoty… które też marnują swoje ukryte talenty! A tych z prawdziwymi talentami nie dopuszczają na swoje miejsce, bo je jakimś cudem (koneksjami najczęściej) zdobyli.

To podobna paranoja, jak z dojazdem do pracy.

Logicznie rzecz biorąc, powinniśmy pracować jak najbliżej miejsca zamieszkania, ale tak nie jest! Codziennie rano, z różnych, niewiadomych mi przyczyn, cała masa ludu pracującego miast i wsi, przemieszcza się w przeciwnych kierunkach, blokując drogi, zapychając transport publiczny i wstając przynajmniej o godzinę za wcześnie (przy okazji odstawiając swe niewinne dzieciątka do przeróżnych przechowalni).

Wszystko w pośpiechu.

Nie wiadomo w sumie po co?

No troszkę jednak wiadomo. Wyższe o parę stówek pensje, nepotyczno/kolesiowy system zatrudniania na miejscu (prowincja), no ale można!

Teraz można – bo śladowe bezrobocie, ale i w czasach tego galopującego też było można!

Jako typowy przedstawiciel prekariatu, praktycznie całe swoje życie zawodowe spędziłem w swoim mieście (nie miasteczku!) przylepionym do Trójmiasta, ruszając się co najwyżej na 15 kilometrów do pracy (w połowie drogi do owej aglomeracji), co mnie w końcu i tak mocno zmęczyło, że zamieniłem to na mniej płatną, gorszą robotę – ale na miejscu.

Niezrozumiałe?

Proste, o ile się jest kimś bez zobowiązań. Kwestia wyboru: czy dasz się przypiąć do dyszla, czy sam chcesz wybierać pastwisko?

Ale nie o tym miało być.

Niektórzy mają większe ambicje i chcą zaistnieć.

Można próbować w sporcie – tu przynajmniej zasady są jasne: wygrywa ten pierwszy. I żyje: jak czołowi piłkarze i olimpijczycy z rentą za złoto – co popieram z całą mocą! Reszta niestety po latach uprawiania owego musi zmienić branżę i wylądować w zwyczajnym życiu.

Ale są inne dziedziny: jak muzyka, gdzie rynek został już tak zamulony, że prawdziwe perełki są trudne do wyłuskania. Aktorstwo, gdzie 90% klepie biedę i szuka chałtur, a resztę… widać! Oni wszyscy tak samo kończą na ubitej ziemii pełnej pospólstwa (z którego się wywodzą).

Problemem jest samo zaistnienie, ale jeszcze większym jest przetrwanie!

Szczęśliwcom uda się przetrwać życie w swojej branży i przy oklaskach tłumu, ale jest to opcja tak na góra 100 lat. Wszystko dalej się zwyczajnie zapomina.

Więc po kim zostanie pamięć?

Nie po pisarzach! Na przykład większość XIX wiecznej literatury już jest bezwartościowa w dzisiejszych okolicznościach. Muzyka? Przetrwa nieliczna. Kino? To samo. Fotografia? Mamy już smartfony, drony, a zaraz będziemy mieli okulary rejestrujące wszystko w trójwymiarze – to też przepadnie.

Szachiści przegrają z komputerami wreszcie. Rzemieślnicy z drukarkami 3D.

Co więc przetrwa na wieki? Na pewno rzeźba i malarstwo.

I myśl.

Idea spisana.

28 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

        Majnstrim (spolszczę pisownię dla uproszczenia), to dosłownie "nurt główny". Najbardziej interesującą mnie jego odmianą (bo najbardziej widoczną i w ten sposób najpopularniejszą – jeszcze) jest tenże nurt dziennikarsko, artystyczno, polityczny.

        W skrócie: telewizja. Ta nastawiona na publicystykę i informacje.

        W Polsce to trzy główne stacje, plus ze dwie poboczne. Wszystkie one nadają TE SAME informacje i relacje z tych samych miejsc. Po prostu ich mobilne ekipy reporterskie jeżdżą jedna za drugą, by nie dopuścic do monopolu konkurencji w relacji z najgłupszego, przypadkowego częstokroć wydarzenia, nawet gdy tuż obok dzieje się coś o wiele ciekawszego. Najdobitniej to jest widoczne w wiadomościach puszczanych gdzieś tak koło 19. Wszystkie trzy odmiany tych z pozoru informacyjnych audycji, to w sumie to samo… tylko inaczej komentowane i prezentowane z innej perspektywy (umotywowanej polityczną opcją każdej z tych stacji). W efekcie, żeby wyciągnąć średnią prawdy, trzeba by obejrzeć wszystkie po kolei. Tam chyba tylko sport jest relacjonowany bezmanipulacyjnie?! Kompletnie bez sensu w czasach internetu! Dodatkowo po każdych wiadomościach są organizowane spotkania publicystyczno/komentatorskie na tematy polityczne… które w każdym wypadku są zwykłym pieprzeniem bez sensu! Ku uciesze coraz mniej licznej i coraz starszej gawiedzi.

       Bo młodzi i liczni od tego mają internet. W internecie każdy wypadek/pożar/bójka/itp , pojawiają się natychmiast za sprawą wszechobecnych kamer (smartfony). Jest to o wiele ciekawsze od pieprzącego do mikrofonu bzdury na zgliszczach, kolejnego spóźnionego na miejsce zdarzenia reportera. No i informacje w internecie wydają się o wiele bardziej obiektywne i to nawet, gdy są prezentowane z jakiejś radykalnej strony. A to przez to, że brak tam nacisków z góry na przedstawianie jedynej, słusznej prawdy, a komentatorzy to autentyczni ideowcy tej, czy innej opcji.

      No i te dyskusje na tematy polityczne! Ich apogeum, to niedzielne poranki, gdy grupka oddelegowanych przez swe partie, najbardziej oblatanych w mediach cwaniaków spiera się, kłóci i sprawia mocne wrażenie, jakby coś od tego zależało! Starsze pokolenie to kupuje. Ale oni nie wiedzą, że prawdziwa polityka kręci sie gdzieś na zapleczu, w ciszy, wśród tych naprawdę rządzących. Ale ciemny lud tego nie wie – no chyba że wyciekną jakieś nagrania (jak u Sowy na przykład), lecz to też celowe ustawki.

       A te redaktorki i redaktorzy! Pozbawieni pokory, niesieni ambicją mądrale, których prawda jest najprawdziwsza i jedyna!

      Lecz czas tego medialnego cyrku powoli sie kończy (oni jeszcze tego nie wiedzą). Z telewizji zostaną już wkrótce specjalistyczne kanały na kablówce, gazety już powoli przenoszą się w strefę cyfrową. Niezagrożone jest radio, którego w samochodzie, czy pracy zwyczajnie nie da sie zastąpic niczym innym. Jedynym niebezpieczeństwem są co i rusz podejmowane próby ograniczania internetu, ale to jak próba zatrzymania tsunami przez dinozaury.

      Oni są skończeni. To tylko kwestia czasu. Obrona nie ma sensu. Postęp nie ma litości.

27 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Nie kamerujcie znów kolejnej suki! 

W tej ecru słodkiej sukni

Nie róbcie tego korowodu!

Co zmierza i tak do rozwodu

Przestańcie już odgrzewać kotlet!

Bo za mąż wydajecie chłopkę

Jej sługą będzie tani burak

I tak niewiele im się uda

Te wasze szaty wprost z bazaru

Fryzury trwałe i odpały

Wujkowie, nieskomplikowane ciocie

Po co to kurwa odgrywacie?!

Wyłażą wam prastare gacie

Onuce widać znad lakierków

Lecz nic! Niech młodzi chwycą się za dłonie!

Niech słoma dookoła płonie!

Pękają flaszki i słoiki

Niech się zaczyna taniec dziki

I zawirują w pierwszym tańcu

Wzruszając innych pojebańców

Niech ujrzy świat ich wielkie love

Usłyszą ludki stary chłam

Cudownych rodziców przecież mam

Choć ona kurwa, a on cham

I wzruszy się Halinka, Janusz

By puścić pawia już nazajutrz.

 

Brzydzę się ślubami

Rzygam weselami

Niech spłonie ten zabawy dom

Chcę białej sukni poczuć swąd…

 

50 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

        Są zboczenia, których nie toleruję, jak na przykład opowieści wierszem (nawet trzynastozgłoskowym). Dłuższe, rymowane historie są co najmniej dziwne, albowiem wychodzę z założenia, że najlepsze są rzeczy najprostsze, więc opowiadania powinny być opowiadaniami, a nie jakimiś rymowankami! Owszem, w czasach przedpiśmniennych to miało sens – bo łatwiej zapamiętać, ale od około 3000 lat rymowanie dłuższych opowieści to taki literacki onanizm.

        Tyle że może być gorzej.

        Jakieś 500 lat temu, jakiś niedorobiony muzyk wymyślił sobie, że dorobi do melodii śpiewaną (i tańczoną!) historię i tak do dziś propaguje się tą dziwaczną spierdzielinę pod pozorem kultury wysokiej (a raczej chorej i wręcz zboczonej – ale to zaraz).

        Wydawałoby się, że wraz z nastaniem nowych czasów, ludzie naturalnie porzucą ten dziwny, wybujały chłam i zejdzie on śmiercią naturalną… A i owszem! Dziś opera to dofinansowywana z dołów pokazówka dla elit (znaczy elity się tam zmuszają pokazywać), bo normalni ludzie takich pierdół zwyczajnie nie słuchają/oglądają (bo i po co?).  

        A tu nie! Jakiś kolejny pederasta wymyślił sobie, by owemu wyjąco/dreptającemu po scenie chaosowi nadać nowoczesny sznyt… i tak powstał musical!

        Najpierw to były przedstawienia tetralne, gdzie symfoniczne brzdękania zastąpiono nowocześniejszymi (prostszymi) układami melodycznymi, a niezrozumiałe wycie solistów operowych - dającym się już bez problemu odczytać textem.

        No i to nawet jest w sumie wporzo i akceptowalne. Tym bardziej, że teatry muzyczne na ogół utrzymują się same (ludzi nie trzeba tam pchać siłą przynależności do elitarności) ewentualnie dostają zastrzyk gotówki od samorządów, dla których inwestycja w taką placówkę jest oznaką prestiżu. Zwracającą się – chociażby finansowo – oznaką prestiżu, a nie dziurą bez dna, jakim jest opera, czy inny balet.

        Tyle że ta śmieszna forma taneczno/śpiewana znowu sie przeobraziła – niczym mutujący wirus – i za cholerę nie chce opuścic tego łez padołu!

        Mianowicie, od kiedy kino zaczęło do ludzi przemawiać dźwiękiem słyszalnym, od wtedy też owa dziwaczna forma prezentowania historii wszelakich, stała się jej nieodłączną częścią. Do dziś największy potentat w branży (czyli Hooolllyyywwwooodd), regularnie, corocznie, wydala na świat jakiś musical, podobnie jak wybraną, starotestamentową historię.        

        Rzecz niby bez sensu, bo po co komu kolejna wersja Mojżesza (teraz sfilmowali Samsona)? I kto może oglądać ten śpiewano/tańczący cyrk?!

        Ano odpowiadam. Owe środowisko filmowe, spod znaku największych wytwórni filmowych zachodniego wybrzeża USA, to w większości naćpani do nieprzytomności żydzi, geje i sexoholicy (najczęściej wszyscy razem).

        Dla żydów filmuje się starotestamentowe historyjki (sentyment), dla gejów owe musicale (zjebany gust zboczeńca), a sexoholicy? No cóż, ci mają najgorzej, bo w USA filmy (te z topu) są restrykcyjnie wykonywane po to, by jak najmłodsi (na ogół murzyni) mogli zostać na film wpuszczeni i przez to by padł kolejny rekord frekwencji i zarobków. Oczywiście odbywa się to kosztem logiki, sztuki i erotyzmu – bo niemożliwym jest w żadnym filmie z owego topu, ujrzeć jakąś normalną scenę erotyczną, czy choćby kawałek cycka!

        Zresztą to nie ma znaczenia, bo owe, nastawione na megazarobek produkcje, są w większości takim chłamem, że człowiek rozumny cierpi je oglądając! 

        I tym akurat filmografia amerykańska NICZYM nie różni się od filmografii indyjskiej!

        Głupota ta sama, tylko budżety inne.

 

        

54 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

     Od dobrych 100 lat żyjemy w śmiesznym przeświadczeniu, że oto istnieje czas… w którym można się poruszać!!!!!

     Utwierdzają nas w tym równie żałosne produkcje hooolllyyywooodzkie (wciąż nie pamiętam, jak to się poprawnie pisze po angolsku?), spod znaku SF, w których to owe podróże po czymś nieistniejącym, są nieodłącznym składnikiem akcji…

      I czymś równie potężnie nielogicznym.

     Dodatkowym kopem w mózg są różne wyliczenia gwiazd fizyki toerotycznej, które lud ciemny utwierdzają w przekonaniu, że oto istnieje przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, pomiędzy którymi można poruszać się bez ograniczeń.

      Otóż jedynym ograniczeniem jest świadomość tych trzech sfer, ponieważ pośród nich prawdziwa jest tylko ta środkowa.

       Teraźniejszość.

      Owa teraźniejszość była czymś oczywistym i nienaruszalnym do końca XIX wieku, gdy to niejaki Herbert George Wells napisał "Wehikuł czasu".

      No dziwne to były czasy (Ale przynajmniej nie tak głupie, jak dziś! Wtedy się kotłowało od różnych idei, teraz idee kotłują ludzi.).

     Dodatkowo na to poletko paranoi weszli owi fizycy i na podstawie wzorów zakomunikowali ludzkości, że można śmigać między przyszłością, a przeszłością (czysto teoretycznie oczywiście, ale z opcją dotarcia do odpowiednich narzędzi – w przyszłości też oczywiście).

     Otóż nie można.

      Bo nie ma po czym śmigać (i między czym).

      Jakiejkolwiek by akrobacji nie używała matematyka fizyków!

      Taki jest po prostu stan rzeczy. Żyjemy w nieustająco zmieniającym się tu i teraz.

       Cała reszta to bzdura!

       Ale z dziwną konsekwencją wpajana nam przez obecną radę mędrców (owi naukowcy) i ekipę kuglarzy spod znaku X muzy – czyli tych ciołków spod Los Angeles, wyposażonych w miliardy monet i za ich pomocą ryjących nimi nasze podczaszkowia.

       To znowuż ma większy sens, bo człowiek żyjący w uwięzieniu między przyszłością, a przeszłością, jest NICZYM wobec człowieka wiecznej teraźniejszości…

33 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Politpoprawni socjallevacy uparli się (oczywiście ci mniej radykalni – czyli mniejszość tej czeredy), by szanować wiarę tej mniej postępowej mniejszości i uznawać to, w co wierzą.

       No tu muszę zaznaczyć, że tak odgórnie, niczym rodzice upośledzonym dzieciom, dozwalają masom wierzyć w Boga.

      Jak se te masy, z jakiego regionu, tego Boga nazywają.

      Ogólnie uznają, że Bóg ma wiele imion i nieważne kto, skąd, jak, ale jak uznaje istnienie Boga jedynego, to z całą resztą powinni się miłować, bo to i tak z ich odgórnego postrzegania głupie, ciemnogrodzkie i staromodne takie…

      Naiwne to i proste, a najprostszym tego przykładem są muzułmanie.

      Teoretycznie wierzą w tego samego Boga, co my – chrześcijanie.

      Otóż nie! To co oni nazywają Bogiem (jakiś tam allah) jest przypiął-wypiął największym zwycięstwem szatana w dziejach!

      "Religia" , której status quo stanowi niszczenie wszystkiego innego, nie jest religią.

      To demonologia.

      Religia owszem, ma to do siebie, że prawdziwa, podparta wiarą, nie uznaje kompromisów.

      Ale jedyną prawdziwą jest chrześcijaństwo.

      Niestety dla tych, co próbują zjednać wszystkie wiary.

      TYLKO Nowy Testament dał odpowiedź na to, jak żyć w zgodzie i miłosierdziu (nie mylić z nowoczesnym, zbeszczeszczonym pojęciem miłości).

      Oczywiście idea ta idealna, została zbrukana i niecnie wykorzystana przez polityków wszelakich, od średniowiecza, do dziś.

      Co nie umniejsza jej wagi.

       Bo tylko w naukach Chrystusa występuje miłosierdzie.

      I to zapomniane już dziś słowo wymiata całą resztę.

      Laicką, levacką, czy pseudoreligijną.

34 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

        Kijek do smartfona stał się nieodłącznym gadżetem nastolatków i juniorów starszych. Głównie służy panienkom o osobowości narcystycznej (bo kochający ojcowie wychowali je na xiężniczki) do robienia sobie suit-fotek z góry. Jako fotograf taki trochę bardziej niż amatorski, mam wbitą w łepetynę jedną z żelaznych zasad fotografii, że zdjęcia ludziom robi się albo z równego poziomu, albo z dołu. Z góry sylwetka się deformuje i większość kompozycji zajmuje łeb rozmiarów końskich i drobne szczudełka pod nim. 

        A tu nie! Te wszystkie, pływające w samozachwycie, internetowe modelki, uparły się, żeby robić sobie owe focie z jak najwyższego poziomu, a że rączki już nie wystarczają, to wynaleziono owe kijki (dalej to jeszcze są drony, no i mozna wykupić sesję z satelity – ale to już poważny wydatek i procedury).

        Więc internet zalały przedlustrzane, solowe sesje, samozachwyconych, wiejskich piękności, z wyciągniętymi ku niebu ramionami (i zazwyczaj nieludzkim burdelem w tle).

        Druga kwestia to koncerty. Rozumiem: zrobić parę fotek na pamiątkę, lub nawet nagrać krótki filmik - jak sie bawiliście. Ale nie! Posiadacze smartfonów chcą nagrywać na maxa wszystko! Najlepiej oczywiście z kijka i cały koncert (to w sumie po cholerę na niego przychodzić?!). A im koncert zawiera bardziej komercyjną gwiazdę, tym tych smartfonów więcej – taką prawidłowość zauważyłem. 

        Więc wczorajszego wieczoru zaliczyłem występ niejakiego Bednarka. Znany głównie przez to, że się dziarsko przedzierał przez różne konkursy TV i to widać wystarczy. Z drugiej strony zespół, który występował przed nim, zapowiedziano jako już robiący karierę, przez występy w jakimś śniadaniu na śniadanie, czy tak pięciosekundową wycinkę klipu w Teleexpresie.

         No normalnie wow!

         Jakby już sama muza przestała sie liczyć i przebijać, a istotne stały sie tylko pojawienia w TV (znaczy młodzież to jednak ogląda! A myslałem, że TV to skansen dla starszych ludzi?).

         Tu od razu zaznaczę, że muzyka reggae nie jest moja ulubioną. Po prostu mnie nudzi. Zasypiam góra po trzecim kawałku – cokolwiek by nie grało. Tym bardziej, jak dojdzie do tego nieodłączne zioło – ale wtedy chociaż możliwym staje się odbiór tej muzy. Niestety wczoraj nikt nie był wyposażony w palenie i w takiej suchej atmosferze dotrwałem do końca koncertu, nieźle się wynudziwszy.

         Nie to, żebym tego nie szanował! Kwestia gustu (akurat ja mam inny). I zawsze to lepsze niż disco polo szajs, teknołupanka, lub rapsobełkot sebixów. Cokolwiek reggae kwalifikuje się pod rocka.

         Więc z poszanowaniem gustów wielbicieli tego gatunku (i celebrytów z TV) dotrwałem spokojnie do końca.

         I tak wolę ska , bo było pierwsze, jest 3 razy szybsze i pozbawione tych pseudopolitycznych i pseudoreligijnych pierdół (naleciałość lat 70ch).

        A tych ze smartfonami, nie uczestniczących w pełni w koncercie i tak zawsze ktoś zrobi w jajo i zamieści cały występ :) 

        Więc po co to robicie dzieciaki, ja się pytam?!

 

35 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 54.196.26.1