Bez kategorii

      No stare kobiety mnie ogólnie wkurwiają!

      Młode też, ale w inny sposób.

      No ja naprawdę nie widzę sensu istnienia większości starych bab!

      Toż to tylko służy do pobierania niezasłużonej emerytury, z której jakiś drobny pożytek mają wnuczęta. 

       W jednym markecie wczoraj: ta przede mną zaczęła przy kasie wcinać (a bardziej się wżerać) w świeżą bułkę, jakby się przed chwilą teleportowała z Somalii Południowej i pierwszy raz poczuła w starym ryju świeże pieczywo! Ta za mną ze trzy razy popylała z powrotem pomiędzy półki, by jeszcze coś dokupić, bo coś jeszcze zapomniała… I tu już chyba jest jakaś stała rosnąca, bo babska powyżej 30ki mają wręcz wgrane, by zostawiać towar na taśmie, aby pędzić po jeszcze jakies zapomniane gówno. No rozwojowy alzheimer, jak ciągle spadające IQ kolejnych pokoleń!

      Techniki nie ogarniają na podstawowym poziomie, a kwestie cyfryzacyjne są dla nich niczym arkana magii! O ile jeszcze faceci po 60ce są w stanie jakoś ogarnąć te smartfony i tablety przynajmniej, to kobiety w tym wieku są w zdecydowanej większości niczym betonowy kloc, zbrojony sporą ilością prętów o sporej grubości. Niestety to norma poparta moimi obserwacjami.

        I wszystkie przeszkadzają w ruchu.

       Piechotą, czy w drodze.

       Tak 2/3 babsk (i tu już wieku wszelakiego) to zawalidrogi i zawalichodniki. Ani za tym jechać, ani iść!

       Więc po co to kurwa istnieje?! Ani to dobrze nie gotuje, sprzątanie nie jest wystarczającym powodem do przedłużania egzystencji, a marudzenie i tak niweluje te drobne zalety, którymi czasem dysponują.

       Mój więc extramizoginistyczny manifest jest taki, żeby po urodzeniu i wychowaniu dziecka (tak do 10 roku życia najwyżej) babska poddawać eutanazji.

       Bo potem to już tylko problem, a nie pożytek…

29 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Syreny wyją o 17.  Tak co roku, słusznie, bo za ten zryw poszło w piach jakieś 300 000 (słownie: trzysta tysięcy) mieszkańców Ochoty i Woli.

       Nie wiem jak wy, ale ja nie mam ochoty i woli w takim zakresie i w takiej cenie.

       Za to mam wielką chęć słyszeć syreny ku czci w każdą rocznicę naszych zwycięstw (Nie rzezi! Ale te też trzeba uszanować!).

       Więc tak:

       Wystarczy? Bo jest tego więcej.

     Tak nawiasem mówiąc, w latach międzywojennych w samej tylko Warszawie dokonywano około 20 000 (dwadzieścia tysięcy słownie) aborcji rocznie!

     Więc w sumie co te 300 000 (trzysta tysięcy)?

    Czy to naraz, czy to spuszczone w kanał…

29 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

        Częstokroć (o czym wcześniej wspominałem) zarzucają mi kosmiczne pochodzenie. Być może to prawda, bo na tej planecie czuję się co najmniej nieswojo? Ale nie jestem jeden, bo tak rozglądając się dookoła, widzę całe stada kosmitów… tyle że z jakiejś gorszej, skażonej totalnie planety.

        No więc niedawno władze śląska (i okoliczni rolnicy) rozpoczęli akcję medialną, tłumaczącą ludkom z miasta, masowo za te miasto się wyprowadzających, że wieś rządzi się swoimi prawami, a powstawanie jedzenia wiąże się z pewnymi niedogodnościami (jak to smród obornika, ryczenie bydła, czy całonocny hałas przy koniecznych żniwach) i że niekoniecznie trzeba wzywać przez to policję, bo to rolnicy są u siebie, a ci wszyscy nowobogaccy to goście.

        Dla mnie to naturalne, ponieważ pierwsze 10 lat życia spędziłem na wsi i wiem czym to pachnie.

        No ale najwidoczniej dochowaliśmy sie pokolenia tak oderwanego od rzeczywistości, że owych logicznych prawideł nie ogarniają!

        Zresztą sprawę znam z pierwszej ręki: ładnych pare lat temu, tuż poza moim miastem, w wiosce o jakże malowniczej nazwie Tczewskie Łąki, wprost w polu postawiono parę bloków dla tychże nowobogackich karierowiczów. Pierwsze na co zaczęli się skarżyć, to zapach obornika z otaczających ich pól.

        A czego sie kurwa spodziewali?! Zapachu kadzidełek?!!!

       Ja wiem, wy to wiecie: to debile.

       Tylko że byle debile nie wyprowadzą się za miasto. Na to trzeba mieć pieniądze. Oni to na ogół… i tu użyję starego, politycznego sformułowania: wykształciuchy. Nie wykształceni, inteligentni ludzie, a przepchane przez życie półgłówki, które w większości nie hańbią się pracą fizyczną, a owymi fizolami (którzy w większości też inteligencją nie grzeszą) zarządzają.

      Z wyższością tak zarządzają.

      Tyle że jak owi fizole, żyją w swoim ograniczonym mentalnie, skromnym światku, poza którym nie są w stanie funkcjonować, bo nie posiadają ku temu odpowiedniej pamięci RAM i szybkich układów scalonych.

      A gdy lądują poza zaprogramowanym w siebie systemem, to wszystko się im tak smiesznie sypie, obnażając ich nicość…

      

28 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

             Niektórzy ludzie rodzą się młodzi i takimi pozostają do końca życia, niektórzy zaś stają się starzy już w podstawówce. Oczywiście nie ma to związku z wyglądem, a z mentalnością. Jest na kopy podstarzałych nastolatków i równie wielu siwiutkich staruszków (choć ostatnio skutecznie stosuję odsiwiacz – dzięki ci o technologio!), dla których nie istnieje pojęcie starości – jeno obudowa czasem nie domaga. 

             Pośrodku jest nieliczna grupka pogodzona ze swoją czasoprzestrzenią, ale ogólnie (przynajmniej w Polsce) obowiązuje system: on-off.

            Odróżnienie tych dwóch przypadków, wbrew pozorom nie jest trudne i każdy, z miejsca, jest w stanie odseparować młodych od starych.

            Ci starzy, to bez wyjątku wszyscy, którzy wpadli w kanał konwenansów, sztampy i uogólnienia. To ci, którym scenariusz napisali rodzice (owi nosacze Polskości) i który to scenariusz realizują z całą mocą – bo resztę wyrzucili w kibel. Scenariusz ten jest równie płytki i przewidywalny, co Hoollyywood`zkie, czy Bollywood`zkie produkcje i zawiera takie sceny, jak: ożenek, robotę na spłatę kredytu (lub szczurzy pęd do kariery), wieczne doładowywanie swojej starej i jej bachorów (piszę to z mizoginicznego punktu widzenia), płytkie urlopy w jakichś domkach nad jeziorem, czy w bardziej rozbudowanych hotelach gdzieś tam w Turcji, czy Egipcie. Nie będę dalej wymieniał – wystarczy się rozejrzeć dookoła.

            A czym jest młodość?

            Ano łamaniem owych konwenansów i pełnym zaskoczeniem dla tych sztampowców (co najczęściej niestety objawia się agresją i pogardą).

            A to tylko inny stan ducha.

            Ten właściwy w sumie.

            Ale my tu, w Polsce, dostaliśmy jeszcze pakiet dodatkowy, związany z 45 letnią okupacją soviecką, zawierający przynajmniej dwa pokolenia skrzywionych owym sovietyzmem… no własnie nosaczy.

            Ów Nosacz Sundajski , zwierz zagrożony wymarciem, to od jakichś dwóch lat, propagowany memowo stereotyp typowego Polaka, wieku 50 + , plus jego potomki.

            Tu mnie trochę jebło, bo to tak, jakby ktoś czytał mój życiorys. Chodzi o to, że owe nosacze, to tata Janusz i synek Pjoter.

            Imiona się zgadzają (no zamiast Halinki jest Hanka – ale też blisko!).

            Sztampa, powiedzenia i historie też realne.

            Więc już od dłuższego czasu kręcę niezłą bekę z tego wydarzenia.

            Taki trochę śmiech przez łzy…

            Także mój były ojciec, imieniem oczywiście Janusz, to połączenie aspergera z alkoholizmem i kompletnym podporządkowaniem sobie swojej żony, co suma sumarum odbiło sie na mnie, bo byłem jako ten piorunochron dla owej burzy namiętności.

            Ale z zewnątrz wyglądałem jak złoty bobas – bo tak to miało wyglądać.

            Tyle że w rzeczywistości była to klatka malowana na złoty kolor.

            Tak to mniej więcej funkcjonowało wtedy, ale owych Januszy zastąpiły Sebixy i teraz jest inaczej (po staremu, ale inaczej).

            Dzieciaki ich (imieniem Brajan i Angela) chuchane są ponad miarę i niejako od poczęcia wpasowywane są w disco/techno dres przyszłego funkcjonowania (rośnie nam zacne pokolenie xiężniczek i rycerzy!).

            Garniak, w który - o rechoto! – wbijają się na weselach, leży na nich jak worek na kartoflach (tudzież te kreacje ich partnerek!). Ich sposób bycia i spojrzenie na świat jest co najmniej… rozpierdalający.

            Płynnie, niepostrzerzenie, dochowaliśmy się stada małp, zamiast społeczeństwa…

      

            

33 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

          Czasem miewam takie weekendy, że odpuszczam sobie imprezowanie i zdychanie w niedzielę. Wtedy, w ową niedzielę, zaczynam korzystać ze świeżej infrastruktury skonstruowanej w mym mieście i doskonale zapętlonymi ścieżkami rowerowymi objeżdżam okolicę (oczywiście spokojnie i po drodze doładowując się koniecznym browarem). Wychodzi tego suma sumarum z 15-20 kilometrów i zwyczajowe obserwacje.

         Więc zaczynając od bulwaru nadwiślanego owej trasy, nieuchronnie zaczynają dominować w krajobrazie spacerowym mamy z wózkami i dziećmi. Dzieci, jak to dzieci: głuptaki i różxiężniczki – ale to akurat mnie nie rusza – nawet z gówna potrafi wyrosnąć kwiatek.

         Bardziej tarasują mi drogę owe mamy (najczęściej z wózkami). Monstra owe nie są zwyczajnie otyłe. O nie! Znam niezłe lachony, którym się przybrało w masie, ale to nie to! Zwyczajne otycie od nowoczesnego spasienia dzieli naprawdę dużo! 

         Przede wszystkim nóżki.

        Te grubodupe mutanty mają charakterystycznie wykrzywione odnóża, które to nie wytrzymują ciężaru góry… no i inaczej to nie może wyglądać! Falujące cielsko, w połowie zwieńczone dupskiem jak stodoła, krzywi się na filarach ledwo wytrzymujących moment pędu…

         A wokoło tego nadolbrzyma orbitują bachory.

         Na pewno wpływ na ten atak monstrów ma słynne 500+ , ale proces spasienia zaczął się wcześniej i dopiero zmierza do apogeum. Przyczyną jest oczywiście wygoda i rezygnacja z potraw czynionych samemu, z produktów pierwotnych, na rzecz przetworzonych półproduktów i paszarni rodzaju wszelakiego.

         Oczywiście też bezruch, a bardziej może nawet iloraz wysokokalorycznego, chemicznego żarcia nad owym ruchem (bo przecież te potwory spacerują!).

           Ale nawet nie to jest przerażające. W sprzyjających warunkach odstrzeliwałbym takie walenie. Ot ciekawostka – dają nawet trochę cienia i odciągają muchy ku sobie. Traktuje takie widoki na równi z kalekami – których jest równie niewielu. Tyle, że tych toleruję, bo nie są winni swojemu upośledzeniu – siła wyższa.

          Sęk w tym, że w tej babskiej sile cięższej zastanawiające jest jedno:

           Kto to kurwa zapłodnił?!!!

           I na pewno spora część z nich ma swoich mężusiów…

           No tu już wysiadam!

           Gdyby mi się tak świnia spasła, zapakowałbym jej plecak kamieniami i gnał na kopach trasą, jak ja rowerem (tyle że codziennie)!

            Dopóki by nie zaczęła przypominać kobiety (a przynajmniej człowieka).

            Jeżeli są w okolicy faceci utrzymujący takie okazy, to nie są godni, bym im naszczał w ryj.

             Ot taki kryzys męskości…

41 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

        Minął co prawda już czas owego egzaminu. Zwykłej matury cokolwiek – zwanej tak raczej już tylko z przyzwyczajenia, z czasów przedwojennych, kiedy to rzeczywiście zdanie tejże wyznaczało pewien etap życia i awans o poprzeczkę wyżej, a i słynny Kodex Boziewicza uznawał maturę za rzecz niezbędną, żeby stawać w szranki z innymi wyżej postawionymi posrańcami.

       Teraz "magistrzy" są wszędzie, a z racji bublowatej nadprodukcji, smażą frytki w zachodnich paszarniach, nie mogąc wyjść ze zdumienia, czemu nie ma dobrze płatnej, porządnej roboty, dla ludzi z ich wykształceniem?!

       Co już świadczy o ich ograniczonym umyśle i defraudacji pojęcia ukończenia szkoły wyższej.

       Ale wpis ma być nie o tych bezwartościowych absolwentach, bezwartościowych studiów (znaczy te przygłupy za to jeszcze płacą naprawdę konkretne pieniądze!).

       Chodzi o inną definicję dojrzałości, która dotarła do mnie po raz któryś – zazwyczaj z radia.

       Gdy pierwszy raz usłyszałem, że wyznacznikiem dojrzałości jest spłacany kredyt (najpewniej na jakiś dom, czy mieszkanie), uznałem to za niezły dowcip.

       Po kolejnym wziąłem to za przejęzyczenie, aczkolwiek już coś mi tam grało na alarm.

       Po następnych już byłem pewien, że albo taką propagandę sieją idioci, albo cwaniacy ze sfer bankowo/przedsiębiorczych, dla których ideałem jest pracownik na uwięzi (owego kredytu oczywiście). Raczej skłaniałbym się do tego drugiego, ale zauważyłem też, że podobną bzdurę powtarzają potem pożyteczni idioci – których nigdy nie brak: zwłaszcza płytkie jak muł bagienny "panienki" na wydaniu i ich matki z mrocznego peerelu, dla których teraz trwa kapitalizm (?!!!), w którym tyko sieroty sobie nie radzą. A że tak nie jest – pisałem wcześniej.

        Ale co się musi ukręcić, w jakim łbie, żeby wmawiać ludziom, że wyznacznikiem dojrzałości jest kredyt?!

        No propaganda debilizmu w obecnych czasach wyleciała daleko poza bandę i szybuje nieubłaganie ku granicom absurdu!

        Dojrzałość wyznaczać niewolnictwem – tego sam szatan by chyba nie wymyslił!

40 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

          Jeszcze tak niedawno, na rozmowach kwalifikacyjnych, nieodmiennie zadawano mi pytanie: "A czemu tak często zmieniał pan pracę?". No jak ja to miałem to wytłumaczyć komuś, kto za cholerę tego nie mógł (i nie chciał) pojąć?! Jeszcze niedawno, dla tego postpeerelowskiego społeczeństwa czymś niepojętym własnie była rotacja zawodowa, takich równie niepojętych zawodników jak ja. Gdy tymczasem już od dawna w krajach Europy zachodniej i Stanach (tych Zjednoczonych) średnia rotacji pomiędzy firmami wynosi coś między 7, a 10 razy na przeciętny żywot.

          Tutaj, jeszcze do niedawna obowiązywał soviecki model: zatrudniasz się w jednej firmie i tyrasz w niej, dopóki nie padnie ona, albo ty.

          Płytkie to dosyć, bo wyznający taki schemat, albo boją się jakichkolwiek zmian, albo ugruntowując z czasem swą skromną i żałosną pozycję… no po prostu zmianami są przerażeni!

          Spora część przyspawanych do swojego stanowiska ma też po prostu tak ciasno uwiązaną na szyi pętlę kredytu (na mieszkanie na ogół – bo to z kolei niezbędne dla utrzymania przy sobie kobiety w tym kraju), że moczą się na samą myśl o jakichkolwiek zmianach i dla pracodawcy swego są gotowi zrobić praktycznie wszystko! 

          Łącznie z totalnym upodleniem.

         Paradoxem i absurdem jest, że jeszcze do niedawna musiałem się takim zniewolonym osobnikom tłumaczyć, albo patrzyli oni na mnie, jak na kosmitę (zresztą z przeróżnych względów jestem wciąż tak odbierany – być może rzeczywiście nim jestem?).

         Ale to do niedawna.

        Bo praktycznie znienacka okazało się, że bezrobocie spadło do poziomu śladowego, a firmom naprawdę grozi zapaść z powodu braku pracowników! I nawet rzesza Ukraińców nie jest tego w stanie powstrzymać. No fakt faktem – istnieje szczególne zapotrzebowanie na jakichkolwiek fachowców i ten, kto posiada jakiekolwiek kwalifikacje jest już na wygranej pozycji. 

        Problemem jest pokolenie Januszy biznesu, które przez 30 lat tego buraczanego kapitalizmu nauczyło się wszystkiego… oprócz szacunku do pracownika.

        Teraz te gamonie, które latami żerowały na swych podwładnych, obudzili się z ręką głęboko zanurzoną w nocniku, nie wiedząc o co kaman?!

        Praktycznie wszystkie argumenty wypadły im z rąk… a i tak nogami i rękami bronią się przed podwyżkami dla swych mróweczek! Bo to podstawowa motywacja pracownika.

        Proste to takie.

        I nie docierają do mnie argumenty (?!), że ten średni biznes to taki uciskany i że to motor napędowy gospodarki! Nic z tych rzeczy! Dotychczas biznes w Polsce wyglądał tak, że taki prymitywny Janusz kupował za grosze, używane maszyny na zachodzie, tamże podpisywał kontrakty i odtwarzał coś dla nich, żyłując ze swoich pracowników (tych bojaźliwych) ile wlezie! Sam tymczasem budował pałace dla siebie i rodziny, tudzież rozbijał się po różnych zakątkach globu, najlepszymi furami, po najlepszych hotelach. I proszę nie zaprzeczać! Znam takich historii zbyt wiele! To była norma! 

        Żeby było weselej, w Polsce (i to wyjątek w UE!) wprowadzono jakże znaną metodę wprost z obozów koncentracyjnych, gdzie zwykli pracownicy dostawali absolutne minimum, za absolutne maximum wydajności, ale dalej, co szczebelek, ich nadzorcy zarabiali kwoty większe - w postępie wręcz geometrycznym!

        I na to pieniądze też były!

       Aż nagle, znienacka, złoża tych prostych wyrobników, wprost z samego dołu drabiny społecznej, okazały się wyczerpane.

       Co jest dość niebezpieczne dla gospodarki, bo jeśli te Januszki sie nie ogarną i nie sypną groszem (który mają!), to zapaść jest nieuchronna.

       Albo przynajmniej tak przeze mnie wyczekiwany przez 3 dekady bunt społeczny, który owych Januszy zepchnie tam, gdzie ich miejsce: do chlewa świnie pasać!

46 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

        W czasie pierwszej wojny światowej, po ulicach angielskich miast i miasteczek grasowały panny/damy, które to napotkanym mężczyznom rozdawały jakieś białe kwiaty, po to, by ich… ośmieszyć! Chodziło o to, że według ich konserwatywnej ideologii KAŻDY sprawny mężczyzna powinien wypełnić swój patriotyczny obowiazek i iść na wojnę.

        Czym była owa wojna – dziś doskonale wiemy.

        Rzezią.

        Bezsensowną masakrą milionów w imię niewiadomo w sumie czego?

        Ale w owej wiktoriańskiej GB, dżentelmeni obdarowani tymi kwiatkami, pewnie wstydliwie spuszczali głowy, zalewali się rumieńcami, by jak najszybciej popędzić do punktów werbunkowych, z których ruszali na front, na którym to ginęli stadami – całkowicie bez sensu!

        Co by zrobili, wyposażeni w dzisiejszą wiedzę i mentalność?

        Ano najpewniej wypieprzyliby takiej damulce fangę w ryj, a owy biały kwiat wetknęliby jej w pierwszy, nadający się do tego otwór…

        Bo to by było najlepsze rozwiązanie.

        Czasy, owszem, zmieniły się, ale mentalność pozostała właściwie bez zmian. Dzisiaj wstyd przed odstawaniem od większości jest tak samo bezmyślny i powodowany wyższymi ideami typu: honor, jak ponad 100 lat temu.

        Paradoxalnie: postęp, dostęp do informacji (NET), nie ma znaczenia!

        Ciągle postępowaniem wiekszości kieruje instynkt niższy, nazywany dla niepoznaki wyższymi hasłami.

        I parciem tłumu.

        Co wbrew pozorem jest bardzo trudne do zwalczenia, bo tłum (stado) zachowań antystadnych zwyczajnie nie rozumie i przez to ich nie akceptuje. Co też jest dobrym testem na odwagę: odwracając sie przeciw stadu, niemal natychmiast wystawiasz się na bodzenie i gryzienie.

         A to bardzo boli – bo jeteś sam przeciw wszystkim.

         Ale to jedyna droga by być kimś wyższym.

         Mentalnie.

         A to wynagradza naprawdę wszystkie cierpienia związane z życiem w roju.

         Bo czyni cię KIMŚ.

 

48 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

           Tak się składa, że po tygodniu bezsennych nocek (III zmiana), obudziłem się bogatszy o wyciąg z owej przymusowej firmy ubezpieczeniowej, która to niby dba o nasze emerytury (wypłacane zdaje się obecnie grubo po sześćdziesiątce). Kwota, którą ten urząd wtedy dawkuje, nijak się ma do zabranych przez niego pieniędzy (doliczmy jeszcze regularnie i nieubłaganie postępującą inflację, która to jest nieodzowną częścią nowoczesnej ekonomii i źródłem produkcji coraz mniej wartych banknotów), a całkiem legalnie, w większości, JUŻ z łaski daje beneficjentom tego pomylonego systemu, emeryturę niższą od minimalnej gwarantowanej pensji – czyli dosłownie jałmużnę dla żebraków.

         No więc moja, odłożona (bez mojej wiedzy!) przez ponad 20 lat (często przeplatanych szarostrefowym nieróbstwem) sumka dociągnęła prawie do 90000 PLN (dziewięćdziesiąd tysiaków słownie) i jest szansa przy obecnym trendzie, że przed pięćdziesiątką dojdę do stu tysięcy.

         Czyli dość sporo ogólnie.

        Zawsze oczywiście w takich wypadkach wychodzi motyw wpłacenia owych pieniędzy do banku. Nie wiem jakie jest oprocentowanie, ale zakładając, że pomiędzy 2, a 4% , to gwarantowana miesięczna zapomoga wynosiłaby minimalnie całkiem sympatyczne 2000 PLN.

         Na czysto!

        Czyli dość godnie i wygodnie.

        I to w wieku, w którym mundurówka (opłacana z państwowych pieniędzy, z których też się potrąca składki na ZUS – absurd nad absurdy!), z jakichś niejasnych powodów już może zaczynać sie byczyć – reszta musowo ma dociągnąć do owego 60+.

        A mi też się kurwa już nie chce robić! A system każe mi jeszcze zapierdalać 20 lat, ponieważ nie załapałem się do jakiejś uprzywilejowanej grupy (feudalizm całą parą!). W ogóle do żadnej uprzywilejowanej nie należę, a jedyne z czym się ostatnio identyfikuję, to zaznaczony wcześniej prekariat.

        Tyle że ten nie wypłaca pieniędzy (jeszcze).

        A  ZUS? Nawet na dalekim horyzoncie nie widac nadziei na jego likwidację. ŻADEN rząd nie zabierzę się za tą śmierdzącą sprawę, bo nie o to chodzi politykom. W tej naszej, wychwalanej pod niebiosa "demokracji", najwazniejsze jest nabijanie sobie głosów wyborców i sprawianie wrażenia, że kraj rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej.

        I lud ciemny za każdym razem to kupuje…

       Paradox "demokratycznego państwa prawa": żeby odebrać część MOICH, zagrabionych przez owe państwo pieniędzy, muszę dociągnąć prawie do 70ki i żyć jeszcze parędziesiąt lat!

      Co jest mało prawdopodobne i nie każdemu się udaje…

76 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Epoka w której żyjemy, jest dość szalona. Absurdalnie wręcz wariacka!

Mianowicie jej hasłem przewodnim jest: "Sukces!".

Sformułowaniem dopełniającym, wpajanym nam już od maleńkości jest: "Musisz w życiu coś osiagnąć!."

Osobami, które tą epokę szaleńczego parcia wzwyż najpełniej charakteryzują, są trenerzy personalni i mówcy motywacyjni, tudziez panie psycholożki, które uświadamiają zahukanej młodziezy, jak żyć asertywnie i szczęśliwie rwać do przodu, by wybić się ponad resztę tego zapierdalającego z całą energią maratonu.

Oczywiście czysta i prosta w zasadzie logika, przestaje obowiązywać w czasie startu tego oszalałego, nakręconego tłumu, gdy przed oczami wyświetla im się tylko i wyłącznie słowo: "Cel".

A owa logika prosto i konkretnie, nie pozostawia właściwie złudzeń, że prawdziwy sukces jest dla nielicznych. Na ogół dla tych, co mieli fory już na starcie (a konkretnie - miejsce ich startu wypadło bliżej mety, niż reszcie).

Reszta musi zapierdalać!

Dosłownie! Według nieubłaganych praw natury, ci co wystartowali najdalej – najszybciej stracą siły i za jasną cholerę nie dojdą tam, gdzie dotarła wybrana reszta.

Dla tych wybranych owy "cel" w zasadzie nie różni się od dotychczasowego trybu życia, reszta ów "cel" kreuje sobie na podstawie przekazów medialnych, podpowiedzi otoczenia (żyjącego w strefie złudzeń), które to otoczenie najsilniej skierowane jest na modę i dorównaniu reszcie stada w życiu tak jak inni…

Czyli samonakręcające się wariactwo, zmierzające bez żadnych hamulców w samozatracenie..

Daliśmy sie urobić kompletnie i totalnie. Od momentu upadku komunizmu (30 lat już) żyjemy w świecie ludzi sukcesu, gdzie tenże sukces ma być natychmiastowy i pełny. Tak nam to wmówiono, taki ma być cel żywota naszego. Ludki, które na tenże szeroko reklamowany sukces (cokolwiek by to nie znaczyło: dla większości sukcesem jest dom na spłacany przez dekady kredyt i błyszczące audi z dojczszrotu) się nie załapały, są co najmniej wyśmiewane, tudzież wskazywane paluchami, jako ci, którzy wybrali złą drogę, wykazali za mało samozaparcia, determinacji, pracowitości, pomysłowości, itp…

Otóż tak, rzecz jasna nie jest!

Składową dotarcia na szczyt (na ogół taki malutki szczycik, malutkiego, szarego człowieczka) jest w większości szczęście – jako to urodzenie, charakter (luzacy i uczciwi odpadają na starcie), znajomości i odpowiednie predyspozycje, pozwalające na sprytne wkręcanie się w tryby mielące ogół.

A nie każdy to potrafi, a tym bardziej chce.

Owi outsajderzy żyją jako ludzie wolni, pozbawieni pętli kredytu na szyi, stękania pozbawionej samokrytycyzmu żony (na ogół nastawionej na wyssanie swego partnera w iście wampirycznym stylu), tym samym też nie przywiązani za wszelką cenę do aktualnie zatrudniającego ich zakładu (zakład to dobra nazwa dla zarzadzanych przez Januszy biznesu drobnych form wytwórczych, nastawionych na całkowite wyexplatowanie swych pracowników po to, by owy Janusz postawił sobie pałac i wyjechał na wakacje na Karaiby).

Owi outsajderzy, którzy wystartowali z dalekich pozycji, ale w porę zdali sobie sprawę, że wyścig do mety nie ma sensu, są solą w oku stada, które napiera na siebie, zmierzając do mitycznej (przynajmniej – jak reszta jest poza zasięgiem) stabilizacji.

My nie musimy nic.

Ale nienawiść ze strony owych niewolników jest całkiem niepotrzebna.

Bo winny jest system i to z nim trzeba walczyć.

45 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 54.81.150.27