Bez kategorii

         Najsłynniejsze, najbardziej dochodowe i najdroższe filmy powstają w Los Angeles. To wie każdy, bo każdy toto ogląda z wypiekami na twarzy. Oni tam, w tym Hoollyłudzie nawet nabijają się z drugiego, równie dochodowego i kreatywnego Bollywooda, że to niby popelina, sztampa, te produkcje prymitywne i takie tam podobne…

          Tyle, że sami nie są lepsi, a jedyną różnicą są pieniądze wpakowane w efekty specjalne, reklama na cały świat i związana z tym sława i zyski!

           A siara w zasadzie ta sama, jeśli tak na to spojrzeć obiektywnie, dokładnie i bez spiny (takiej, że: "Ojeju, nowy hit wypuścili! Trza zobaczyć, bo wszyscy widzieli!").

           No więc zacznę od erotyzmu na ekranie: I tu i tam zaczyna się on i kończy… na pocałunku. Buzi buzi, a jedyną przewagą Hollywooodu na tym poletku jest to, że tam pokazują miętolone cyce, a sam całusek jest wyposażony w takie efekty dźwiękowe, jakby ślimak wpierdalał akwarium wraz z zawartością. 

           Dalej – akcja. Ostatnimi czasy, sceny pojedynków (ze szczególnym uwzględnieniem SF) przekraczają już granicę absurdu, bo granice zdrowego rozsądku zostały przekroczone już dawno. Niekończąca się moc, niekończąca się odporność, niekończąca się broń, szybkość, wszystko się niekończące! I tak zawinięte w milionowy budżet efektów specjalnych, jak typowy, texański hamburger. I równie niestrawne i tuczące bez sensu.

           Czyli taka sama kicha, jak w hinduskich produkcjach kryminalnych.

           Ale jedno co odróżnia owe indyjskie badziewie od północnoamerykańskiego, to właśnie SF.

           A na czym najchętniej ciągną produkcje Hollywoodu? Ano na podróżach w czasie. Nie powiem: "Powrót do przyszłości" , "Efekt motyla" , czy ostatnio obejrzany "Projekt Almanach", to… no jakby to powiedzieć fajne filmy.

           Tyle że bez sensu.

           Albowiem nie można poruszać się w czymś, co nie istnieje: czyli w czasie.

           Czas nie istnieje, a owy mit podtrzymuje właśnie owo Hollywood, bo na tym trzepie kasę (potężną). Nie ma przyszłości i przeszłości. Jest tylko zmieniające się tu i teraz i nie ma mocy, by to tu przyśpieszyć, lub zwolnić! A tym bardziej ruszyć w dowolnym kierunku i co gorsza: wrócić! Zresztą możemy się przekonać o tym naocznie, bo każde naruszenie tej fantasmagorycznej czasoprzestrzeni (nawet na poziomie atomowym – efekt lawiny) spowodowałoby totalny i nieodwracalny chaos…

           Którego nie widać – więc stąd logiczny wniosek, że nikt się za to w przyszłości nie zabrał.

           No ale na filmach (co poniektórych) wygląda to naprawdę fajnie!

47 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

            Weekend w weekend miałem przyjemność i nieprzyjemność dokonać skali porównaczej w tak zwanych z różna dniach miasteczek prowincjonalnych typu: Przasnysz i Tczew. 

            Tczew teoretycznie był liderem pod względem zrobienia imprezy masowej: pod zarąbistym mostem, przy Wiśle, tudzież piękny bulwar. Przasnysz to z kolei jakaś osada na bezwodnym pustkowiu, o połowę mniejsza od Tczewa i jak mi się wydaje pozbawiona miejscowych przedsiębiorstw, gdzie Tczew jest liderem co najmniej powiatowym w tej kwestii. No i tam zwyczajnie, na stadionie to zorganizowano.

             Tyle że organizacja pozamieniała wszystko i potencjalna klęska stała się sukcesem, a wspaniałe szanse zostały zmarnowane!

             No więc jak się powinno robić taką imprezę?

            Jednocześnie powinno się zacząć od zaplecza i od frontu.

            W Tczewie rzeczą numer jeden, przyćmiewającą swym ogromem scenę, było rozrośnięte do Gargantuicznych (nazwa do wygooglowania) wesołe miasteczko – nie wiadomo, czy bardziej jasne, czy bardziej głośne? Tam miasteczko (nieodłączny element takich dni) było gdzieś tam, na widoku, ale na tyle daleko, żeby nikt się tym nie przejmował.

             To od frontu.

             Od tyłu właściwie nie było porównania. Tczew popisał się gołą, świeżo zakupioną sceną, małymi głośniczkami cichszymi od tych na miasteczku… i nic więcej! Przasnysz miał perfekcyjne nagłośnienie wraz z obsługą (wynajęcie chyba wychodzi taniej), dwa telebimy, które są podstawą takich plenerowych wydarzeń – ale to nie jest oczywistością dla takich wieśniackich organizatorów jak w Tczewie, serię namiotów dla każdego wykonawcy tuż za sceną i przede wszystkim ogarniętą menadżerką, która robiąc pięć lat w tym szołbiznesie załapała wszystkie, możliwe kontakty i jest w stanie bez problemu załatwić (podejrzewam, że za ten sam budżet) każdego artystę i gwiazdę, a tych niepokornych tak naznaczyć, że już nigdzie nie wystąpią!

              No chyba że w Tczewie…

              W sumie najbardziej było mi żal dwóch, rozpoznawalnych zespołów, które były jeno tłem dla wesołego miasteczka ; i mieszkańców Tczewa, z których podatków to wszystko zasponsorowano.

              A to mogła być taka fajna impreza…

 

54 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

           Wy nowobogackie ćwoki ze słomą w butach! Wy buraki podpierane przez włazidupców wszelakiej maści! Wy jebane dusigrosze znęcające się nad podległymi pracownikami!

        Was czas się skończył.

        Po ćwierćwieczu naprawdę dzikiego "kapitalizmu" , gdy waszym zaklęciem była mantra: "Na twoje miejsce czeka 100 innych za bramą" , nadszedł wreszcie czas rewanżu uciskanego ludu (zajechało komuną, ale chuj!).

NIKT już nie czeka za bramą!

Nawet tak wyczekiwani przez was Ukraińcy, na których tak liczyliście.

Oni dostali wizy na całą Europę i tam będą woleli pracować za 1500 euro, niż zapierdalać u was mondzioły za 1500 PLN!

 Dlatego znikło z tego kraju prawie 3 miliony Polaków.

I nie liczcie na inne nacje zalewające Europę: oni się prędzej wysadzą, niż zaczną pracować!

Jeśli chcecie przeżyć, to musicie się dostosować do NAS! 

Nie macie alternatywy. Albo zaczniecie nam więcej płacić (niektórym już samo to wystarczy) i szanować, albo będziecie zmuszeni sami zapierdalać w swoich opustoszałych fabrykach, firmach, czy chuj wie co tam posiadacie mondzioły!

Musicie zejść ze swego biznesowego Olimpu i dostosować do swych parobków.

Musicie zacząć zauważać w nich ludzi, takich jak wy, a najczęściej lepszych. Wy to jedynie gówno owinięte w banknoty. Jeśli was naprawdę nie stać (w co nie wierzę!), to trudno: posprzedawajcie swe wypasione wille i fury, obetnijcie kieszonkowe swoim paniczykom i zastawcie biżuterię waszych żon i kochanek.

Innego wyjścia nie macie.

Wy nam teraz możecie co najwyżej skoczyć i possać.

My was możemy rozpierdolić w drobny mak!

Bo w końcu, po 25 latach ucisku nastała sprawiedliwość.

         I spieszcie się, bo czas działa na waszą niekorzyść.        

72 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Gnam z siekierą

Wiem na pewno;

Rżnąć ja muszę

Bo nie ruszę

Ścinam las!

Po co nas, po co was?

Trzeba gnać

Bo jej mać

Zacznie srać

A jej cuś

Puści śluź

Zacznie szczekać

Ja nie mogę teraz czekać!

A więc gnam

Ja uciekam!

Ja się wściekam

Ale gnam

Idę pędem

Gdzie dobiegnę

Poza mrok

Poza las

By opuścić wszystkich was.

79 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

         No to jeszcze jedno spostrzeżenie z weekendowej podróży:

         Wykopki na drogach.

         Ale zacznijmy od zarania. 

         Mniej więcej do początku XXI wieku polskie drogi to był błotnisty i dziurawy skansen, którym jazda była sporym wyzwaniem. Potem zaczęto poprawiać do stanu używalności trasy krajowe i wybudowano autostrady. Autostrady co prawda są o skalę wielkości za drogie (układ zamknięty pod wodzą Kulczyk Family musi zarobić), ale są! I wbrew pozorom jest ich wystarczająco dużo (zdaje się dwie w poprzek i jedna wzdłuż), by zapewnić swobodę tranzytu przez tą płaską krainę na wiecznym przelocie. Inaczej zrobiłaby się tu Belgia, która przoduje w jednej kwestii: tam 10% powierzchni państwa (to nie kraj) to autostrady!

         A tego by nikt tu nie chciał. 

         Dalej zaczęto robić ścieżki rowerowe (prawidłowo – ale czemu do kurwy nędzy z tej pierdolonej, słynnej kostki brukowej?!), obwodnice, poszerzano już istniejące trakty, stawiano słynne ekrany dźwiękochłonne (pomylone o rząd wielkości w decybelach, dzięki czemu są teraz wszędzie, a najczęściej w całkiem paranoicznych miejscach). A wszystko to głównie dzięki dotacjom UE.

         I te dotacje się jeszcze nie skończyły.

         Co powoduje, że wciąż się wylewa nowe szosy, poszerza stare… i końca nie widać!

        Korki wciąż są niemiłosierne, koparki, ciężarówki i inny ciężki sprzęt popierdziela ku uciesze dzieciaków – niczym wielkie zabawki… ale jak było, tak jest!

        Bo już zdaje się w latach 80, w najbardziej zmotoryzowanym państwie na świecie, czyli w USA, odkryto że nadmierne asfaltowanie ziemii nie przynosi pożądanych rezultatów (zwłaszcza w miastach). To działa tylko do pewnego momentu. Potem są potrzebne inne rozwiązania (rowery, motory, transport publiczny, pakowanie w osobówki przynajmniej po 4 osoby zamiast jednej, itp.).

         A w naszej wesołej krainie tradycyjnie skrajność przeszła w skrajność i na początku sezonu letniego znów skazani będziemy na objazdy, postoje i drogę przez mękę.

         I końca tego szaleństwa nie widać.

75 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

           Choppery i cruisery jakoś tak naturalnie kojarzą się z wolnością i rockendrollem. No tak się przyjęło. Bo widząc, słysząc, a już na pewno czując taki kawał motoru, nie wypada myśleć o czym innym, jak właśnie o rockendrollu, czy przynajmniej bluesie. No nic innego nie pasuje! I jescze te wdzianka skórzano/dżinsowe. Mogłoby się wydawać, że wchodząc w te motórowe klimaty, niejako z automatu powinno się wniknąć w regiony mocniejszej co najmniej muzy, a już z pewnością muzy szarpanej, z perkusją w tle…

           A tu nie!

           Bywając na coraz częstszych i coraz bardziej liczniejszych zlotach motocyklowych, odnoszę coraz mocniejsze wrażenie, że przynajmniej dla 1/3 ich uczestników to tylko przebieranka i udawanie kogoś, kim tak naprawdę nie są! Że to tak naprawdę czopy na czoperach i głąby na cruiserach. To kolesie, którzy porzucają poukładane, całoroczne, przygnębiające życie na parę sezonowych wypadów w teren, podczas których zamieniają się w coś, czym tak naprawdę nie są.

           No przykład taki: podczas ostatniego koncertu, gdzsieś tam w lesie na południu… dosłownie nikomu nie chciało się ruszyć dupy pod scenę, by się rytmicznie pobujać pod muzę wpasowaną właśnie w takie klimaty. Oni woleli biesiadę w swoim towarzystwie (jak na weselu), a tłumnie stawili się pod ową skromną sceną dopiero jak zaczął grać lichy band męczący zgrane covery, ale za to goszczący na tym zlocie rokrocznie, niczym Maryla Rodowicz na Opolu (co się jej znienacka urwało na szczęście). Taka regularna sztampa nie do ogarnięcia dla kogoś z zewnątrz. No kurwa jak jakaś sekta!

            Jestem niemal pewny, że ci poprzebierani pozerzy wylegliby całą masą, gdyby tam zagrała jakaś gwiazda disco polo!

            Bo ich mentalność pasowała jak nic do przaśnego wesela w wiejskiej remizie, a motór i odpowiednie do niego wdzianko to jeno pozór i zmyła.

            Bo podobnie, jak wcześniej opisywane wpieprzanie się w garnitur na takie właśnie wesele nie uczyni cię eleganckim, tak też posiadanie motoru i odpowiednie do niego szaty (koniecznie z kamizelką z nazwą gangu) nie uczyni cię rockendrollowcem. To jeno profanacja czegoś, co powinno być symbolem wolności i dobrego grania!

             No ale gdy statyczni, nijacy ludzie postanawiają wydawać swe pensje na rockowe maszyny i dopasowane do nich stroje, to kto im zabroni?

             Tylko dlaczego nie wydają ich na przyczepy kempingowe i vany je ciągnące?

              Uparli się, by wyglądać na coś, czym nie są, na czymś do czego nie powinni się zbliżać.

               Smutne i wkurwiające… 

70 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

          W filmie "Elizjum" bogata i nieliczna mniejszość żyje sobie na tytułowej stacji kosmicznej praktycznie w raju, mając dostęp do maszyn gwarantujących ciągłe zdrowie i nieprzemijającą młodość. W przeciwieństwie do miliardów pariasów tłoczących się na zdezelowanej ziemii. Rzecz oczywista mają oni owy tłum w głębokiej pogardzie, pilnując swej rajskiej siedziby jak twierdzy. Jaki taki porządek na owej ziemii utrzymują przy pomocy robotów produkowanych przez samych jej mieszkańców (!). Biedota sama sobie składa aparat opresyjny, będąc w dodatku wdzięczną, że może załapać tak dobrą fuchę w świecie bezrobocia i nędzy.

         Ma to wiele wspólnego z polskimi przedstawicielami samozwańczej elyty, którzy umiejscowili się głównie w Warszawce i większych miastach typu: Kraków, Wrocław, czy Trójmiasto. To Polska "A". Ongiś zresztą to sklasyfikowałem. Polska "B" to mniejsze miasta (ale wciąż duże). "C" to już drobnica w stylu Tczewa na przykład, "D" mniejsze miasteczka i w końcu "E", czyli krainy strukturalnego bezrobocia w rodzaju Warmii, czy Zachodniopomorskiego. Tak oni to widzą w tym Warszawskim Elyzjum. Ale też jednym z głównych i ważnych elementów tego podziału jest też z dawna powtarzana mantra: "Młodzi, wykształceni, z dużych miast".

         Chodzi w niej głównie o politykę, ale też nie tylko. Ostatnio na przykład znowu to słyszałem w związku z niechęcią przyjęcia do Polski tak zwanych uchodźców (w domyśle armii inwazyjnej z grupą bojową na czele, czyli z terrorystami). Jakiś kolejny cham z tytułem naukowym i jakąś funkcją polityczną stwierdził, że ci właśnie "Młodzi, wykształceni, z dużych miast" są za… bo już ich tam mają i się przyzwyczaili. Dziwna to logika, bo można się też przyzwyczaić do mieszkania w pobliżu wysypiska śmieci, czy dymiącej kotłowni – co nie znaczy że jest fajnie.

          Oczywiście nie omieszkał dodać, że przeciw są… no właśnie, te: "Niewykształcone, stare przygłupy z zapadłych wiosek". Określił to jakoś łagodniej, ale tak było w domyśle. I tak ta zsiadła śmietanka odbiera wszystkich, którzy żyją na uboczu. No tu się powinni już dawno zburzyć rolnicy wszelakiej maści, bo takie określanie ludzi to w sumie czystej maści segregacja społeczna, język nienawiści i zwykła pogarda zwyczajnych dupków! Ktoś w końcu powinien  to ogarnąć prawnie, bo to w równej mierze "prawda" i przegięcie, co zachodnie określenie: "Polskie obozy zagłady". Tamto chamstwo zaczęto w końcu zwalczać z całą zaciętością i skutecznie. Na miejscu zaś nic się nie robi z równie bolesnymi określeniami wykluczającymi, jakby nie było, większość społeczeństwa (i wyborców)…

         

99 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

          Nie ma nic bardziej bezcennego, od usłyszenia poniedziałkowym świtem (coś przed 4 rano), namiętnie wyjacego alarmu samochodowego! Na szczęście pracuję nieregularnie i do roboty idę dopiero w środę rano, więc mogłem to spokojnie odespać. Inni nie. Tutaj pojawiła mi się kolejna rozkmina: do czego tak naprawdę służą alarmy samochodowe?!

         Nie słyszałem, żeby wycie ocaliło jakiś samochód przed kradzieżą. W ogóle żeby oprócz wkurwiania ten dźwięk miał jeszcze jakąś funkcję?! Tym bardziej, że każdy taki wyjec jest identyczny i ogarnięcie, co to akurat za wóz ryczy jest praktycznie niemożliwe! Wykorzystywali to specjalnie ongiś złodzieje samochodowi i całą nocą namiętnie uruchamiali owo paskudztwo, aż właśnie koło 3-4 rano wszyscy dookoła (włącznie z właścicielem) już mieli na to wyjebane i zabierali furę można powiedzieć: z fanfarami! Najczęściej tenże megagłośny buczek uruchamia się podczas sylvestrowych fajerwerków, gwałtownych, letnich burz i nawałnic, tudzież podczas wypadków, po to chyba, żeby kierowcę jeszcze dodatkowo zdołować (o ile jest jeszcze żywy).

         Ale od lat WSZYSTKIE samochody posiadają toto na wejściu.

         I dla wszystkich jest owo upierdliwe chadziajstwo tak naturalne, jak zamek w drzwiach.

         Tyle że całkiem niepotrzebne.

         Tu przyszedł mi znowu na myśl wyraz: "konformizm".

         Konformizm nakazuje posiadanie tego, co reszta, nawet jak jest to najbardziej bezsensowne. Konformizm zakazuje krytykowania najbardziej oczywistych idiotyzmów – bo tak postępuje reszta. Więcej! Gdy zaczniesz krytykować taki ogólnie przyjęty idiotyzm – wtedy ciebie samego zaczną uważać za idiotę. Konformizm ćwierć wieku temu nakazał masie ludzkiej liczyć do trzech: kredyt, orka, małżeństwo. Odstępstwo od tej normy jest przez te masy przygłupów traktowane co najmniej jak upośledzenie psychiczne.

          A nad takimi drobiazgami, jak alarmy samochodowe się nawet nie zastanawiają: jest, to jest, więc po co drążyć temat?

          Dopóki takie gówno niepotrzebnie cię nie obudzi…

 

          

           P.S.        Takimi niepotrzebnymi nikomu popłuczynami po PRLu były festiwale: w Sopocie i w Opolu. Ten pierwszy (bursztynowy słowik) odlecial niejako sam, parę dziadziów i babć pochlipiało, ale życie wypelnilo amfiteatr w Sopocie innymi wydarzeniami. Opole zaś w tym rocku jebło z hukiem, w dodatku z mocnym fundamentem politycznym. No zawsze robi się brzydki smrodek, gdy muzycy zaczynają ingerować w politykę, a polityka w muzykę. Sęk w tym, że muzyka. Muzyka polska dokładnie, była w całkowitym odwrocie od lat już parunastu przynajmniej, a to za sprawą: wytwórni muzycznych, stacji radiowych i w końcu chałturników zaliczających corocznie właśnie Opole, czy inne sylvestry z czymkolwiek (tu działało TV). Chałturnicy owi, wypasieni szmalcem ponad miarę, tak naprawdę mieli głęboko w tłustych dupskach los muzyki polskiej jakiegokolwiek formatu!

                          Ich potrzebą jedyną, "artystyczną", były już tylko jubileusze, recitale i after party we własnym towarzystwie.

                          No powiem krótko na typowym przykładzie: tam, gdzie na scenie miała się pojawić niejaka Maryla Rodowicz, z miejsca, odgórnie i ze 100% pewnością wyczuwałem chujnie z patatajnią. 

                           I mam nadzieję, że ten opolski kamyczek spowoduje lawinę, która w końcu zasypie to całe omszałe towarzystwo, a na swoje miejsce wrócą muzycy wykonujący prawdziwą sztukę, pożądaną przez publiczność.

71 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

             No jakoś nie mogę się przestać wyżywać na ludziach urodzonych w latach 40, czy 50!  Te biedne istoty są ewenementem na skalę historyczną. Mogli być normalni, ale urodzili się w tak schizoidalnych czasach, że zostali bezpowrotnie skrzywieni. Między nimi, a moim pokoleniem (połowa lat 70) jest przepaść. Od obecnego pokolenia i wcześniejszych jest kosmos.

             Na przykład imprezy. Jestem niemal pewny, że do nadejścia epoki punkowej (u nas to koniec lat 70) i rockowego boomu nie istniało coś takiego jak melanż, czyli imprezy z jakimiś excesami, które można by potem wspominać nawet do końca życia.

            Z tego co pamiętam, te dziady borowe siadały przy stołach i… chlały!  "Impreza" w ich wykonaniu, to było nalewanie ciepłej, prymitywnej wódy do dziwacznych fajansów i robienie plam na białych obrusach. Do kompletnego upojenia. Jeśli przypadkiem zatańczyły, to niemrawo, pod jakąś zrypaną muzę. Owszem – teraz też większość densi pod jakieś zrypy, ale jest potężny wybór i całkiem spokojnie można wybrać coś oprócz disko, tekno, czy hip-hopu (ale już samo to jest sporym wyborem w porównaniu z wtedy). 

             Te ich wiejskie podansówy były równie żałosne. Nawet do lat 90, gdy śmiesznie ubrane ludki, z dziwacznymi fryzurami, pociesznie gibały się na jakichś klepiskach.

            Tyle że oni wszyscy trwają w przekonaniu, że wtedy było wspaniale.

            Bo byli młodzi i życie przeszłe nie ma im nic do zaoferowania oprócz tej biednej kichy.

            Konformizm, i to nędzny, był i jest podstawą ich życia.Typowa, niewolnicza przypadłość, gdy musisz być tak jak reszta, zlać się z masą, gdzie wszystko jest wyrysowane według ogólnego szablonu, a na każdą inność reaguje się z histeryczną wprost wściekłością, bo wszystko co burzy wyrysowany schemat może też zburzyć sens ich podłego żywota.

            Ale to właśnie oni w nowych czasach nauczyli nas liczyć do trzech: kredyt, orka, związek. Bo dla nich nie ma alternatywy…

            …lecz ci najmłodsi w liczbie 3 milionów znienacka taką alternatywę ujrzeli. W tej bogatej Europie nie dotkniętej piętnem komunizmu, gdzie życie (przynajmniej do niedawna – dopóki nie zalali ich muzole) wyglądało całkiem inaczej.

            Po prostu normnalnie i realnie.

            A nie socrealnie.

104 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

          Wróciłem właśnie z komunii (pierwszej) mojej chrześniaczki. Nie, tam się nie czepiam, wsio OK, ale przy okazji przypomniało mi się sporo wydarzeń spod znaku wesel i ślubów – czyli jakichś pokrewnych polomelanżów.

          I tu największym stresem było dla mnie wbicie się znowu w gajer (a zwłaszcza w spodnie w kancik!), no ale znalazłem złoty środek. Więc od dłuższego już czasu nie używam nonsensownego urządzenia duszącego, pod znakiem: krawat.

          Po drugie: mam luźny gajer, w którym się dobrze czuję i wyglądam, w dodatku w niekoniecznie modnym kolorze (szary) i kroju (luźny).

          I to mnie odróżnia od tych sezonowych gajerowców, którzy chociażby kupili najdroższy garnitur, czy go tam sobie uszyli… to wciąż wyglądają jak dresy w gumofilcach. Otóż ja się wtym gajerze może i czuję nieswojo, ale swobodnie. A te weselne postdresy? Oni wciąż są w dresie. I to wychodzi w akcji. Wychodzi śmiesznie.

         Bo elegancję, jak to już od dawna powtarzano, ma się w sobie i chociażby się chodziło w worku na śmiecie, to i tak ona wybije na zewnątrz. A jak jesteś workiem śmieci, to w co byś się nie odział, to ta śmieciarnia i tak z ciebie wyjdzie. 

         To tak nieskromnie (ale prawdziwie!) na dziś…

75 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
021620
Dzisiaj : 1
Wczoraj : 4
W tym miesiącu : 126
Obecnie online : 1
Twoje IP: 54.162.218.214