Bez kategorii

         Dzisiaj jest pierwsza niedziela pod znakiem zakazu handlu. Znaczy ogólnie skupiono się, nie wiadomo czemu, na wielkich, zazwyczaj zagranicznych, tak zwanych marketach (za mojej młodości w PRLu, zwano je jakże swojsko i pięknie: samami i rzadziej supersamami – komu to przeszkadzało?!). Obecni zarządcy RP (jakkolwiek jej nie numerują) z pewnością mieli w tej ustawie jakiś interes ekonomiczny, albowiem wręcz wali po oczach skupienie tylko i wyłącznie właśnie na wspomnianych, zagranicznych megasklepach.

          Jakby to była najbardziej poszkodowana grupa pracowników!

          Znaczy tu po raz kolejny wychodzi prymitywizm i tępota kolejnej już ekipy rządzącej, która jak to jej poprzednicy wali na oślep, skrótem, tam gdzie cokolwiek zauważy i co potem skutkuje spięciem pomiędzy nielicznymi neuronami – znaczy pomysłem.

          A pootwierane w niedzielę supermarkety(samy) no zwracały na siebię uwagę dość wybitnie!

         Więc ci – cokolwiek hipokryci – postanowili w nie przypieprzyć z całą furią i docelowym zakazem handlu w każdą niedzielę już za dwa lata!

        Jednakowoż z tak monstrualnie rozwiniętą listą wyjątków, że cała ta akcja już na wstępie traci jakikolwiek sens!

        Oprócz tradycyjnego hałasu medialnego.

        No tu z własnych doświadczeń muszę wrzucić też pierwszą, nielepszą (a o wiele liczniejszą grupę!) ludków pracujących w tak zwanym systemie 4-brygadowym.

        Chociażby.

        Sam miałem, krótko, ale jednak, okazję funkcjonować w takim systemie i nie wspominam tego miło! Kalendarz miałem rozpieprzony jak fizjologię po zmianie czasu, weekend normalny bywał tylko raz w miesiącu, a na ogół zaczynał się we wtorki, czy inne, dziwne dni (o ile nie wymagano nadgodzin, co w tym kraju jest normą, o dziwo uwielbianą także przez pracowników! Bo to więcej kasy panie…).

         Czyli ogólnie niesympatyczny chaos.

         No ale tego nie widać, ponieważ ta spora grupa pracowników funkcjonuje gdzieś na obrzeżach, w zamkniętych, blaszanych montowniach, gdzie się nie rzucają w oczy.

         I to jest według tych świętojebliwych hipokrytów w porządku!

         Podejrzewam, a nawet jestem pewien, że nie zdają sobie sprawy z tego procederu, bo z normalną (?!) pracą owa polityczna kasta ma niewiele wspólnego i widzi tylko to, co chce widzieć i co im podszeptują kręcący się po sejmie wysłannicy przeróżnych grup/korporacji/stowarzyszeń. Mają oni jakąś angielskojęzyczną nazwę i nawet była w swoim czasie afera z nimi związana, ale wyleciało mi to z głowy)*.

         A te zamknięte markety (samy)? No nie wiem, jak można z tego robic dramat? Ucierpieć moga jedynie zakupoholicy i pracoholicy, a jedno i drugie mnie, jak i większości społeczeństwa nie dotyczy…

 

 

 

 

* Teraz sobie przypomniałem: to lobbyści.

 

101 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Polacy to ogólnie naród gnuśny. Od zarania chyba, bo wzmianki o posiadaniu tej cechy pojawiają się już wieki temu. Też częściowo leniwi, ale tylko pod względem ideowym – bunty i rewolucje tak charakterystyczne dla zachodu, a nawet Rosji, tutaj skutecznie i bez problemu wygaszano. No ale leniwi pod wzgledem pracy już nie są, a wręcz przeciwnie! Przeciętny polski robotnik zapierdalać wręcz uwielbia (najwyższa średnia tygodniowego czasu pracy na przykład). Orkę polak przeciętny ma już niejako na stałe zainstalowaną w swojej postpańszczyźnianej krwi. Oczywiście jest też mała, ale głośna za to grupka nierobów, która to jest i gnuśna i leniwa pod każdym już względem. Oni w swej krwi (niekoniecznie błękitnej) przechowali za to wszystkie złe cechy arystokracji I RP. Najgorszą z nich jest permanentne wywyższanie się ponad resztę ludu, graniczące wręcz z rasizmem (gdyby nie to, że wszyscy korzeniami tkwimy w tej samej, leśno/bagiennej, starożytnej Polsce)! Oni to są samozwańczym rozumem i sumieniem narodu, a prawda przez nich objawiona ma być łykana przez lud ciemny bez żadnych zastrzeżeń, bo to ta nasza inteligencja oświecona i to im tylko prowadzić te wiecznie beczące stado baranów, których wciąż muszą się wstydzić przed tym pięknym zachodem.

       Właśnie. Wstyd ów jest wręcz bijącą w oczy oznaką potężnych komplexów, mających korzenie w wieku XIX, gdy społeczeństwo formalnie nieistniejącego i rozdartego na trzy części państwa bezradnie patrzyło na niespotykaną wcześniej w historii explozję techniczno/społeczno/ekonomiczno/kulturalną wolnej, kwitnącej i szerzącej na świat cały swe idee i wynalazki Europy. Więc spadkobiercy (najczęściej już tylko duchowi) owej leniwej arystokracji, łykają do dziś bez zastanowienia WSZYSTKO co zachodnie, jak szpaki wiśnie. Oni jeszcze niestety nie wyszli ze stanu zaborów i okupacji, więc coś takiego jak interes narodowy dla nich nie istnieje, bo zwyczajnie łączności z żadnym narodem nie czują – nie mogą się przecież utożsamiać z tak przez nich pogardzanymi ciemniakami z wiosek odległych! Oni to przecież młodzi, wykształceni, z wielkich miast! Nazwali sami siebie inteligencją i wyrażenie to funcjonuje chyba tylko tutaj? Bo chyba nikt nie wie, co tak naprawdę oznacza. Podobnie jak słowo "faszyzm", które jest tak uniwersalne, że aż się chyba już znudziło i coraz mniej go słyszymy. Za to ostatnio zastąpiono je jakże groźnym "nazizmem". Cokolwiek by nie mówić, lud ów pogardzany i flekowany od stuleci, także posiada swoje komplexy, ale objawiają się one w całkiem inny sposób. Potomkowie chłopów pańszczyźnianych i drobnego mieszczaństwa reagują na zachód dokładnie odwrotnie, po swojemu, gburowato i prostacko. Negują ten zachód, wyśmiewają i nadeń się wywyższają. 

        W przeciwieństwie do pełnej i bezkrytycznej akceptacji elit, takie kompletne wręcz wyparcie.

        A prawda jak zwykle, tradycyjnie leży po środku i ten zachód, podobnie jak my, ma swoje wady i zalety, niektóre warto zaakceptować, o innych wręcz nie warto dyskutować!  Ma też inną historię i wynikającą z niej mentalność. Można wybierać, ale trzeba czynić to z rozumem, a to wciąż dla wielu jest zbyt trudne, a dla "elit" chyba wręcz niemozliwe!

128 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

    Na początku lat dziewięćdziesiątych rozpieprzył się w drobny (czerwony od krwi) pył, podobno niezniszczalny (a na pewno nieziszczalny) system paranoiczny, nieludzki – bo soviecki, komunistyczny. System ów zaczął się sypać przynajmniej w połowie lat osiemdziesiątych i rozpoczął się ten proces od samego centrum czerwonej zarazy – czyli Moskwy. Wcześniej każde oznaki buntu (PRL) tonęły we krwi. Czyli sam potwór zdał sobie sprawę z tego, że zdycha. Wbrew temu, co usiłują nam wmówić różne bolki i Frasyniuki, rozpieprzył się sam!

Był po prostu tak niewydolny i śmiertelnie chory, że z wyczerpania padł! 

Glebnął na ryj, mimo że wciąż jeszcze wyglądał na niezniszczalnego (o tym z kolei byli przekonani właściwie wszyscy na zewnątrz tego systemu). Gorbaczowa, który nasyłał na buntujące się republiki ZSRR czołgi i specnaz, które to oprócz licznych ofiar nie osiągnęły niczego - bo już NIC nie były w stanie uratować – wciąż oskarża się w Rosji o zniszczenie tego czerwonego imperium, gdy on tym czasem właśnie robił co mógł, by to imperium uratować!

Tyle że nie mógł już NIC.

Za to na zachodzie jego beznadziejną walkę odebrano jako w miarę pokojową rozbiórkę komunizmu i darowano mu w nagrodę nawet Nobla (!!!).

Na naszym poletku w ten czas wyrósł nam przaśny bucefał, twierdzący, że samodzielnie ten system obalił (też Noblista), niczym czterej pancerni wygrywający II WŚ. Koleś ostatnimi czasy przerósł w pysze, chamstwie i paranoicznym postrzeganiu rzeczywistości samego siebie, a to już było praktycznie nie do przeskoczenia!

A żeby nie czuł się samotny, to dołączył do niego niejaki Frasyniuk, prezentując ten sam poziom arogancji, potężnej pychy i jakiejś nieogarniętej wściekłości na to, że lud niewdzięczny nie czci ich jak należy (czyli totalnie i bezkrytycznie), a nawet śmie ich traktować jak zwykłych osobników równych wobec chociażby prawa, lub o zgrozo – jak zdrajców!

Marzeniem tych wyssanych już do cna ze skromności i obiektywizmu osobników jest chyba ostatecznie przypięcie do nich na stałe brązowej tabliczki z napisem: "Obiekt historyczny, prawem chroniony.". 

Tyle że historia już ich ocenia, podobnie jak "generała", który  wynalazł to sformułowanie i tuż przed śmiercią się tej oceny doczekał. Taka nikła namiastka sprawiedliwości…

 

161 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Jestem człowiekiem zazwyczaj spokojnym i z natury, albo z treningu unikam stanu zdenerwowania. Naprawdę, trzeba mocno nadepnąć mi na odcisk, lub z buciorami wpieprzyć się w strefę mojej prywatności, bym dostał cholery! To chyba taka typowo słowiańska cecha, bo gdzie nie spojrzę i nie wyczytam w kronikach historycznych, to tu, w Polsce umęczonej (a ongiś wielkiej!), lud był zawsze wyjątkowo spokojny, spolegliwy, tolerancyjny i tylko gdy kto mu za bardzo cisnął, to wtedy zamieniał się w bombę.

       Ale czasem się denerwuję.

      Lekko, ale się denerwuję.

      Ma to miejsce na przykład wtedy, gdy muszę co poniektórym ludziom tłumaczyć rzeczy oczywiste. To strasznie dołujące, gdy wiesz, że masz rację, ale ci bardziej uparci twierdzą, że ich racja jest bardziej racjonalna i za cholerę nie chcą dopuścić do świadomości chociażby, że mogą jej nie mieć, lub że prawda leży pośrodku, a nie po ich stronie. To też słowiańska (polska) przypadłość, począwszy od rzeczy przyziemnych, podstawowych wręcz. Ze swojego poletka chociażby: kumpel, typowy taki Sebix ;) wciąż mnie pomniejszał, a siebie powiększał, twierdząc, że mam co najwyżej półtora metra, dopóki się przy nim nie zmierzyłem i wyszło cokolwiek skromne, ale metr sześćdziesiąt pięć. No wzrost mam nikczemny, jak to rzewiej nazywano, ale do zniesienia, więc po co to przeżywać? Ojciec (typowy Janusz z PRL!) wraz z matką, skupieni byli wyłącznie tylko na sobie, a każda próba dotarcia do nich była z góry skazana na klęskę. Mur nie do przebicia. Żeby było weselej, zwę się Piotr. Taki typowy. Podobnie z tłumaczeniem "rekinom" biznesu i kariery w korpo, że branie kredytu na chatę, przy średniej krajowej i notorycznej zmianie miejsca pracy (już samo to jest co poniektórym ciężko wytłumaczyć, a w normalnych krajach to norma!) jest co najmniej bezsensowne. Itd, itp.

     No po prostu przeciętny Polak przejawia nadmierną, niczym nie uzasadnioną pewność siebie, przeciwnie proporcjonalną do jego inteligencji (i nie mającą na ogół związku z zajmowanym stanowiskiem i stopniem wykształcenia), którą ci z dołów społecznych zwą zasadami, a ci z góry inteligenckim dostosowaniem do wzorców zachodnich, czy jakoś inaczej…  

     Ale jest też inna nacja, ongiś blisko związana z Polską, która to rację swą stawia ponad wszystko, co ostatnimi dniami doprowadziło do paranoi. 

     Zwą się żydami.

     Otóż ponad 40 lat po holokauście naszła ich jakaś taka dziwna i sadystyczna wprost chęć, by za tą zbrodnie obarczyć… właśnie Polaków! To by było nawet śmieszne, mroczno śmieszne, gdyby nie to, że jest prawdziwe. Ukuli oni więc taki międzynarodowy zwrot: Polish Death Camp i cały ten drugowojenny antysemityzm zaczął być spychany… właśnie na Polaków!

      Kowal zawinił, cygana powiesili.

      W pale to się nie mieści, ale jakby cały świat się zmówił (poprzez media napędzane właśnie przez żydów i niemiecką politykę historyczną (!!!)), by z ofiar cokolwiek (Polaków), zrobić katów!

      No idzie się wkurwić.

      Swoją drogą, te wyrażenie: "Polish Death Camp", to całkiem niezła nazwa dla jakiejś kapeli deathmetalowej. Jakby to odpowiednio wykorzystać…?

      Najbardziej przykre jest to, że ponosimy konsekwencje (jakby jeszcze było mało!), czegoś, co 80 lat temu zostawili po sobie idioci z arystokratycznym na ogół rodowodem rządu II RP. Megaparadoxem jest to, że ci tchórze, którzy po rozpoczęciu wojny co do jednego ewakuowali się do GB, są tak naprawdę odpowiedzialni za wojnę! Puszyli się przed największą potęga militarną świata, czyli Niemcami, a ostatecznie dostali kopa w dupę od ruskich, których – żeby było jeszcze bardziej absurdalnie – po 1939 wybrali sobie na sojuszników!!!

    Efekt jest taki, że wszyscy nas wydymali, a w zamian zostaliśmy uznani za antysemitów!

    I dobrze! Za frajerstwo powinno się cierpieć!

    Tylko czemu cierpi już kolejne pokolenie…?

     I małą pociechą jest to, że ta żałosna arystokracja po wojnie skończyła w angielskich garkuchniach na zmywaku. Dziś przez nich robimy to samo.

     No ogólnie wciąż zamiatamy rozpieprz, który zostawili po sobie właśnie ci kretyni z II RP i musimy słuchać, że za II WŚ są odpowiedzialni jacyś niejasnej proweniencji naziści (na ogół niemieckojęzyczni), a za ów holokaust odpowiedzialni są głównie Polacy, bo to oni obsługiwali Polskie obozy, w Polsce (?!) i tylko się jakoś nie wspomina że ofiarami byli obywatele polscy – tyle że narodowości żydowskiej. Jakby do pieca trafiali polscy żydzi, a przez komin wychodzili już po oczyszczeniu tylko sami żydzi? Naziści tam jakieś filtry zainstalowali, czy co?

    Przy okazji wyjaśniła się ta szopka z polskimi (a jakże!) naziolami gdzieś w lesie, na tle płonącej swastyki, z torcikiem z takąż z czarnych wafelków. Po prostu do TVN 24 wparowali przedstawiciele albo żydów, albo tej żałosnej opozycji, a najpewniej wszyscy razem i poprosili o coś, co potwierdzi polski pęd do nazizmu, bo za niecały miesiąc wchodzi ta nieszczęsna ustawa o IPN. Ci wygrzebali coś tak debilnego, sprzed ponad roku, że sami tego nie chcieli wyemitować. No ale pod naciskiem poszło na vizję i teraz już wiadomo pod co ten grunt przygotowano…

80 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

       Xięga ulicy mówi, że nie ma kobiet brzydkich – są tylko niezadbane. Praktycznie to prawda! Właściwie każda kobieta, przy odrobinie samozaparcia (czasem całkiem dużej) jest w stanie wyjść ze stanu bycia pasztetem, w stan… no co najmniej pozwalający na nią patrzeć bez wymiotów!

      Pierwszą taką przeszkodą w byciu piękną jest otyłość. Nie przypadkiem brzydkie kobiety obdarza się przydomkami mięsnymi, lub posiadającymi duuużo masy, jako to właśnie na przykład "pasztet", "kaszalot" , czy "betoniara". Co nie znaczy, że te maxymalnie rozpasione nie znajdą sobie chłopa: zboków jest dużo i dzięki temu potwory fizyczne i mentalne ZAWSZE mają branie. Po prostu muszą trafić na odpowiedniego czuba, który chce wydymać akurat taki, a nie inny materiał biologiczny.

      No ale od czasu do czasu znajdą się tacy bohaterowie, którzy zapatrzeni w swoją kupę tłuszczu, widzą w niej, gdzieś głęboko ukrytą laskę (najpewniej zeżartą), która po odpowiedniej obróbce może wyjść na zewnątrz. Zdarzają się takie cuda, gdy ociekające słoniną monstra, pozbywają się owej mięsnej otoczki i naprawdę coś pięknego z tego wnętrza się ukazuje. 

      Ale to rzadko.

      Najczęściej owe zabujane tłuściochy stwierdzają, że skoro kochaś je akceptuje takimi jakie są teraz, to nie muszą się zmieniać. Ba! Dostają wtedy dodatkowej motywacji i zaczynają dominować nie tylko fizycznie (ciężar), ale i mentalnie.

       No spaślaki rodzaju żeńskiego nadzwyczaj często stają się głośne (głównie przez śmiech) i nokautujące (temperament). Masa (nomen omen) obserwacji własnych i potwierdzeń znajomych mych, nie pozostawia raczej wątpliwości, że owe pasztety ową dominacją nad otoczeniem zagłuszają swoje, jakże niskie i proste komplexy.

       Tyle, że to jest do zniesienia, a takie żałosne osobniki są bardziej godne współczucia, niż obrzydzenia.

       Obrzydliwe naprawdę i dogłębnie są osobniki rodzaju żeńskiego, na ogół nie opasłe (ale zazwyczaj pozbawione kobiecych wypukłości), te które osiągnęły najniższy szczebelek wyższego rozwoju zawodowego (wyżej, przy awansach też obowiązują jakieś zasady) i mają wpływ na innych pracowników – choćby minimalny.

       Co najmniej dwukrotnie (trzykrotnie?) w czasie swojej tułaczki po różnych firmach, w czasach różnej prosperity, spotkałem na swej drodze takie paszkwile. Mimo że te baby nie były ze sobą spokrewnione, to jedno je łączyło:

do swej fizycznej ohydy – jakby jeszcze samo to nie wystarczało – dorzucały taki ładunek mentalnej szkaradności, że…

      … no jedyne określenie,które mi przychodzi do głowy, to: 

      one cuchnęły. Cuchnęły energetycznie. Bo tak, jak pewne osoby określa się mianem wampirów energetycznych, tak też istnieją śmierdziele energetyczne.

      Na swoje nieszczęście spotkałem takie coś dwukrotnie i za każdym razem to była baba!

      Nie chcę trzeciego razu, bo zostanie przekroczona masa krytyczna.

119 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Media usłużne tak zwanej "totalnej opozycji" (winno być raczej: "totalna popierdółka") dokonały kolejnego już z całej serii strzału w kolano, a to za sprawą wygrzebania po ponad roku (!!!) grupki wyraźnie upośledzonych /zboczonych fa/fety-szystów?, którzy w lesie urządzili przebierankę, no wręcz regularny, fachowy happening, którego tematem przewodnim była III Rzesza i jej symbolika (?!!!!!). No kolesie byli wyjęci z kontextu, niczym zbiegli pacjenci jakiegoś psychiatryka, lub aktorzy Monty Pythona. Równie dobrze takie szopki mogliby organizować obywatele Izraela gdzieś pod Jad Waszem. Sens (a raczej bezsens) byłby ten sam. No idioci po prostu są stałą i niezmienną mniejszością w społeczeństwie i najczęściej rzucają się w oczy.

       Tylko po co robić z tego kolejną medialno/polityczną histerię?!

       Wystarczyłoby zawiadomić odpowiednie służby, które takich świrów powinny umieścić w zakładzie zamkniętym (nie w więzieniu!), na dokładnej obserwacji, przy okazji z obowiązkowym pakietem doszkolenia historycznego.

       Że tak powiem, spuszczanie się nad tą grupką dziwadeł, a już cokolwiek straszenie odradzającym się nazizmem (faszyzmem?) jest samo w sobie chore i nie powinno mieć miejsca i zrównuje straszących pod względem mentalnym ze straszydłami. No powiem krótko: nawet starsi ludzie namiętnie czerpiący swą CAŁĄ wiedzę z TVN 24 i poprawiający swoje notowania (niską samoocenę) za pomocą "Szkła Kontaktowego", mieli niezłą bekę, gdziekolwiek bym nie spojrzał, chociażby ze słynnego już tortu ze swastyką z wafelków. No bo to była zwykła szopka, a ludziska, których tam zaprezentowano, przekroczyli granice zwykłej fascynacji tematyką akurat hitlerowską i na własne życzenie wpakowali się do jednego worka właśnie ze zboczeńcami i innymi psychopatami.

       I tyle.

      To znaczy byłoby na tyle, ale histeria wystartowała z mocą odrzutowca i w całą Polskę – ba! W świat cały! – poszła wieść, że odradza się u nas nazizm… 

       Dla myślących to raczej poronienie, no ale widziałem w owym TVNie dwóch cokolwiek profesorów historii (wynajęci experci), którzy całkiem na poważnie tłumaczyli, że takich drobnostek nie można ignorować, bo nazizm i bolszewizm to też były małe, nieistotne i ignorowane grupki, które potem doprowadziły do dramatu. I oni tak całkiem na poważnie!

       Sęk w tym, że to już było i jak mawiano w PRL se ne vrati. Bo jak słusznie zauważył niejaki Marx (!), "Historia lubi się powtarzać – pierwszy raz jako tragedia, drugi jako farsa.". I z taką właśnie farsą mamy do czynienia. Totalitaryzmy owszem, ciągle jest ryzyko, że powstanie jakiś nowy, ale te spod znaku swastyki, czy sierpa i młota zwyczajnie już się nie odrodzą. Szans najmniejszych na to nie ma! Pewne rzeczy i wydarzenia mijają bezpowrotnie i już! Feudalizm, niewolnictwo, czy palenie czarownic na stosie też nie mogą mieć miejsca. A przynajmniej nie w tak dosłownej postaci.

        To po cholerę taka panika?! Czyżby obrońcy układu zamkniętego już aż tak zdurnieli?! KOD się wyczerpał i ośmieszył, właściwie wszystko, czego się ci z przeciwnej strony barykady nie tknęli, stało się z miejsca żałosne. Więc pozostał jeno faszyzm na koniec? No to trochę się zaczynam bać, bo już od dłuższego czasu noszę na szyi - a jakże! – swastykę! I to podwójną!!! Zwaną dalej kołowrotem Swaroga. A to ze względu na swoją fascynację starosłowiańskimi wierzeniami (powrotem do korzeni bardziej).

         Tylko kto uwzględni takie tłumaczenie, jak zacznie się łapanka na radykałów?

   

 

    

127 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

        Cokolwiek mamy gonitwę i wyścig. No to odbywało się zawsze, ale w ostatnich latach przybrało rozmiary masowe. Jakkolwiek nie ma już takiego absurdu, jak na początku lat 90, gdy zachłyśnięte nowym systemem wilczki przechodziły same siebie w utrudnianiu innym (i sobie) życia, by osiągnąć jakiś iluzoryczny szczyt. Tak nawiasem: szczyty są dla nielicznych, ale wobec nadmiaru chętnych znacznie się obniżyły, co zepsuło smak ich zdobywania. Ci co je zdobywają, mają się za elitę, a to jeno turyści…

       Ogólnie prą wszyscy!… chuj wie dokąd?! Liczy się cokolwiek, co cię stawia przed innymi: audi z niemieckiego szrotu, tatuaż 3 w D, plastik panienka, co i tak naookoło daje dupy (ale aktualny posiadacz o tym nie wie), awans w firmie z dupowłaza na dupowciska, lub nawet zwyczajne w niej trwanie po 20 lat (jak tak długo można pracować w jednym miejscu?!!! Niestety doszedłem do takiego wieku i zakrętu życiowego, że w tej obecnej, świeżej, postaram się wytrwać do końca – mojego, lub firmy). Ale reszta nie ustaje w tym żałosnym wyścigu. Jak sfora wychudzonych kundli, ścigająca się do zjełczałej parówki.

        Trochę tu winne jest rozwalenie systemu społecznego, które nastąpiło jakieś minimum 100 lat temu. Więc błąd polega na tym, że prawie każdy z nas startuje od zera i w wieku już -nastu lat zostaje wystawiony na najcięższą próbę, którą jest wybór stylu (i poziomu) życia. Takie wystrzelenie w kosmos wprost z dzieciństwa, z burzą hormonów i z niedostatecznie ukształtowanym mózgiem na dodatek. Masz coś osiągnąć, ale na dobrą sprawę nie zdajesz sobie sprawy – co? Przed czasami nowoczesnymi (rewolucja techniczna) było to proste: dziecię szlachcica szło drogą szlachecką, mieszczanina i rzemieślnika (tudzież kupca) też swoją odwieczną, tudzież potomek chłopa zostawał na swej ojcowiźnie.

         Dziś nawet ojczyzna nie jest pewna (jakieś 2 miliony emigrantów zarobkowych).

        Dziś jesteś potomkiem niczego i z tego gównianego niczego masz ukręcić złoty bicz. 

        Bo tak nowoczesna tradycja nakazuje.

        Sęk w tym, że miliony myślą podobnie i się robi zator.

        No ale tradycyjnie nie wszyscy wpadają w ten dziki i gęsty nurt i z dwóch brzegów stoją obserwatorzy.

        Nieliczni, ale liczący się.

        Na lewym brzegu posiadacze z dziada pradziada, co ten nurt kontrolują.

        Na prawym stoicy. Starożytni odszczepieńcy.

         Ich jedynym celem jest właśnie Apatheia.

101 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

             Na szczyt K2 ruszyła niedawno polska wyprawa, by go zdobyć zimą. To podobno taka nasza, krajowa specjalizacja, by właśnie wdrapywać się na nie zimą, gdy nikt normalny tego nie robi. Ba! Reklamuje się to w mediach, jako coś niezwykłego! 

             No tak. Głupota zazwyczaj jest niezwykła….

             Zresztą określanie wspinaczki jako zimowa, jest równie niedorzeczne, co nazywanie mieszkańców dolin pomiędzy szczytami: góralami. Formalnie to doliniarze. Klimat cokolwiek jest nieobliczalny i takie zimowe wejście na szczyt równie dobrze może się odbyć w temperaturze pokojowej i przy lekkim zefirku. Poza tym wyczuwam, że gdy ta zgraja himalaistycznych przypałów zdobędzie w końcu jako pierwsza wszystkie ośmiotysięczniki zimą (zostały już chyba ze trzy), to zacznie je ponownie podbijać wiosną, jesienią, porą monsunową, czy co tam w tej strefie geograficznej obowiązuje? Potem, naturalną drogą, przyjdzie ich zdobywanie bez górnej odzieży, skacząc na jednej nodze, z zawiązanymi szczelnie oczami, czy co tam sobie ci imbecyle wymyślą? Podobnie zresztą, jak w Księdze Rekordów Guinnessa, gdzie 2/3 rekordów to wynaturzenia jakichś zakompleksionych pajaców (też w większości Polacy), których jedynym celem jest być w czymś pierwszym, nawet jak reszta ludzkości ma to totalnie w dupie i absolutnie nikt z 7 miliardów jej aktualnych członków nie chce z nimi konkurować.

            Chociaż też możliwe jest, że to nie kompletni idioci, a nieźli cwaniacy, którzy dla pozyskania sponsorów dla swojego – drogiego cokolwiek – hobby, musieli wykombinować coś orginalnego? Bo co to za wyczyn wejść na szczyt jako parę tysięcy któryś tam wspinacz? Na takim na przykład Mount Evereście jest obecnie już taki tłok, jak nad Morskim Okiem w czasie lata! 

             Swoją drogą, żyjemy w czasach trudnych dla odkrywców, gdzie wszystko podobno już zostało odkryte i zdobyte, więc ci z żyłką exploratorską muszą zwyczajnie kombinować. Chociaż mogliby choć trochę się wysilić i znaleźliby dla siebie dość sporą lukę, na przykład na Antarktydzie, gdzie sporo szczytów nie dość, że stoi odłogiem, to jeszcze potencjalny zdobywca mógłby je dowolnie nazwać! Tyle że to by było słabe medialnie…

             W sporcie, już tym wyczynowym, a nawet olimpijskim, też można spotkać podobne paranoje, a największą jest dyscyplina o dziwnej nazwie: "chód sportowy" , gdzie za każdym bie chodziażem musiałby biec (truchtać?) sędzia, bo złamanie zasad tych poronionych "wyścigów" jest równie nieuniknione co sex w pornolach. Oczywiście najwybitniejszym przedstawicielem tych biegospacerów jest Polak…

             Chociaż tacy z brzegu pierwsi lepsi Amerykanie też mają coś absurdalnego, co uznają za sport narodowy i jeszcze po chamsku i bezczelnie zwą to futbolem, mimo że ani to piłka, ani odbijana stopami. W dodatku nikt nie rozumie jej zasad… 

 

 

             PS                    I co to jest za zdobywanie szczytu zimą, gdy czeka się potem na miejscu… na dobrą pogodę!? To jak przystąpienie do głodówki, ale z przerwą na posiłek. Jeśli już się głosi wszem i wobec, że zdobędziemy szczyt zimą, to raczej wymagane są ku temu zimowe warunki. Inaczej to zwykła popierdółka i oszustwo.  

147 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Brzydkie kobiety są złe

Szpetnie gną usta swe

Zgryz mają zwarty

Byt ich niewarty

Minowe pole

Straszą przedszkole…

 

Brzydkie kobiety są wstrętne

Choć chcą, nie mogą być ponętne

Twarze ich ponure

Celulit niszczy skórę

Wrogiem wszyscy

Nienawiść niszczy…

 

Są tłuste i się tego wstydzą

Są stare i tego nienawidzą

 

Niesymetryczne

                          Niesympatyczne

                                                     Nieogarnięte

Po prostu są wstrętne!

 

Kwiat swego żywota

Bezcenna cnota

Niewypełniona

A żądza kona…

 

To skarb ich największy

Co między uda

Pośladki się mieści

Cel licznych batalii

Wypraw straceńczych

Szturmów szaleńczych

Byle się zmieścić!

Lecz nie wy panie

Wstrętne jak sranie

Waszą nadzieją: zboki, perwersi

Sort mężczyzn gorszy

Nie żadni lepsi…

138 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

            Przed świętami internet (polski) oszalał ze śmiechu, widząc występujące z kolędą, czy czymś w tym stylu, niejakie siostry Godlewskie , skądinąd ziomalki z niedalekiego Malborka. No nie oszukujmy się, siostry owe spełniają wszelkie kryteria pozwalające z nich drwić do woli, a branie na poważnie ich występów samo w sobie by było drwiną. Więc mamy na You Tubie dwa pociesznie gibające się plastiki z ustami karpia – co od razu do nich przylgnęło – o umiejętnościach wokalnych z podrzędnego karaoke. No żeby to jeszcze robiły z dystansem, to by nie było problemu (i ogólnokrajowego rechotu), ale bardziej to wygląda na jakże modne ostatnimi laty wybicie się za wszelką cenę i bez względu na umiejętności. Tylko czekać aż wystąpią owe panie na jakimś kolejnym teleturnieju z kategorii "Mam Talent", z wielkimi ambicjami zrobienia kariery.

          No kompletny brak pokory i samokrytycyzmu!

          Tyle że już się wybiły. Podobnie jak niejaka Sexmasterka (?!) z jakże makabrycznym utworem: "Poka Sowę". Ba! Nawet wystąpiły w TVN, gdzie zarzekały się, że nie zwracają uwagi na zalewający je (acz bolesny) hejt (?!) i dalej będą robiły swoje.

          No, patrząc w komentarzach, prawdziwego, prymitywnego hejtu widziałem niewiele, a w większości bardziej jakże zasłużoną bekę. W ogóle nad tym prawdziwym hejtem przeprowadzono już badania naukowo/statystyczne i wychodzi nie dość, że jest go coraz mniej, to i tak zawsze i na wszystko trafi się jakiś zakomplexiony prymityw, dla którego niekonstruktywne (i najczęściej nielogiczne) zbluzganie czegokolwiek jest jego idee fixe. Tyle że jest to równie nieliczne, co prawdziwe czuby w realnym życiu. Sęk w tym, że jest to bardzo widoczne i na 100 normalnych wpisów, 1 prawdziwy hejt i tak będzie kłuł w oczy. ale nie da się tego uniknąć, podobnie jak upośledzonych psychicznie w rzeczywistości – prędzej czy później się na jakiegoś natkniemy. Jedynym wyjściem jest wtedy pozbycie się natręta – analogicznie w necie, zignorowanie hejtera.

          Nie byłoby problemu z niedorobionymi artystkami, ale owo hasło "Hejt" i "mowa nienawiści" robi ostatnio zawrotną karierę w mediach mainstreamowych, co już powoli wyklucza jakąkolwiek krytykę! Mianowicie każdą niepochlebną opinię można tak zakwalifikować… i tak się dzieje! Niektórzy doszli w tym do perfekcji i oczekują tylko pochwał i samych superlatyw, a narzekaczy, czy zwracających choćby delkatnie uwagę na błędy (w końcu nikt nie jest nieomylny) klasyfikują od razu jako niedorobionych gnomów i trolli.

           Jak choćby Jurek Owsiak ze swoim WOŚP. No nie mogłem o nim nie wspomnieć, jako że za tydzień ma znowu finał tego swojego cyrku. I wygląda na to, że ostatni, bo przez swoje ośle zaparcie i totalną już arogancję podpadł chyba wszystkim sensownie zdającym sobie sprawę z tego, że coś tu nie kaman. Poniżej wklejam jakże celny, chłodny i analityczny artykuł o tym co to jest*

            Sęk w tym, że społeczność internetowa to nie jakieś stado bezmyślnych pożeraczy wieści z TV (z korzeniami w PRL – jak już wcześniej pisałem), a bardziej ogarnięta grupa wychwytująca w mig wszelkie niedociągnięcia i bezlitośnie je krytykująca, lub wyśmiewająca. Bo mogą. Bo tak na to pozwala (jeszcze) ten internacjonalny Hyde Park. I w myśl starego, żydowskiego powiedzenia: "Gdy wiele osób mówi ci, że masz problem, to znaczy że go naprawdę masz." , krytykowany powinien się nad tym zastanowić przynajmniej. Tyle że krytykowani najczęściej przechodzą w stan kompletnego zamurowania, bo co im tam ten anonimowy plebs będzie życie układał!

            I wtedy robi się naprawdę śmiesznie, i żałośnie, i straszno nawet, jak mawiają ci ze wschodu…

 

 

 

 

 

 

 

"Naiwnie ulegałem temu jazgotliwemu, costyczniowemu szantażowi moralnemu przez blisko dwie dekady, ciągnąc na to dzieci i namawiając innych. Aż zdałem sobie sprawę, że bynajmniej nie spontaniczne zaangażowanie służb publicznych (policja, straż, wojsko, placówki służby zdrowia, telewizja publiczna we wszystkich centralnych i lokalnych ośrodkach, szkoły, urzędy, firmy państwowe itd. ) – do promocji czegoś, co przynieść może nawet nie pół procenta wydatków NFZ na zdrowie Polaków i co utrudnia dziś często racjonalne zakupy w wielu szpitalach – jest kilka razy większe niż największy nawet pożytek z tej akcji.

Ale chyba nawet nieracjonalność ostentacyjnej pompy towarzyszącej WOŚP nie jest w tym najgorsza. Najgorsze jest to surrealistyczne, ogłupiające poczucie wyższości tych, którzy "dali", głęboko wierząc, że zbawili tym pół Polski (znam nawet takich, którzy poza WOŚP nie wspomagają żadnej innej akcji dobroczynnej przez cały rok), gdy tymczasem do każdej ich złotówki wrzuconej do puszki państwo latami dokładało po kilka złotych, tylko po to, żeby o tej akcji nadal głośno było.

To nie ma nic wspólnego z charytatywnością, to marnotrawienie wielu zasobów, aby otrzymać tak niewiele, ale w zamian pielęgnować kult świeckiego świętego i jego kiedyś szczytnej, choć dawno wypaczonej idei, która tylko pozornie pobudza obywatelskie instynkty, faktycznie kanalizując je zgodnie z życzeniem promotorów.

Niechże Owsiak udowadnia dalszą sensowność tej akcji bez angażowania państwa, jak radzić sobie musi tysiące innych przedsięwzięć, o wiele racjonalniejszych ekonomicznie i znacznie lepiej, bo prawdziwie oddolnie kreujących niezależne postawy obywatelskie."

155 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 54.81.244.248