Bez kategorii

Czyli jeszcze o świętach.

W tym rocku jednak zaobserwowałem coś, co jeszcze w zeszłym aż tak nie raziło. Mianowicie zamerykanienie. I nie chodzi tu o zwyczajowy szał zakupowy (szaleństwo praktycznie). W Polsce to nie jest jeszcze takie płytkie, skomercjalizowane zapełnianie sobie pustego życia, a bardziej podświadoma (nieuświadomiona) pozostałość po PeeReLowskich czasach kryzysu, gdzie lodówę wypełniało się, czym tylko wpadło w ręce – to była kwestia przeżycia. Teraz nic nie wpada – wystarczy odstać swoje (ewentualnie zapłacić drożej, ale bez kolejki) i KAŻDA lodówa robi się nagle za mała. Dotyczy to zresztą każdego, dłuższego weekendu, a dla pobocznego obserwatora jest co najmniej szokujace i Boże Narodzenie zbytnio się nie różni od innych świąt, czy to cywilnych, czy religijnych.

Oczywiście w kolejkach przeważają osoby starsze – właśnie z owego PRL. Taka ich skromna tradycja.

Tu muszę wtrącić kolejną obserwację, która taką mentalność podkreśla w całości i bezdyskusyjnie. Otóż co piątek, praktycznie pod moimi oknami, staje sobie jakimś tam niemieckim kombiakiem rolnik sprzedający swojskie (kto wie?) mleko, jajca, tudzież kartofle. Ziemniaki można kupić u niego bez problemu (tanie i dobre – ostatnio brałem :), na jajca i mleko są zapisy. Towarzystwo oczywiście jest zawsze to samo – grupka najwyżej 10 dziadków i babć, którzy potrafią czekać na ten samochód nawet ponad godzinę, niezależnie od pogody! Taka skromna, zintegrowana grupa, która w normalnych warunkach spotykałałaby się pod znakiem jakiegoś hobby (w PRL hobby było jedno – chlanie podłej, ciepłej wódy), tudzież w jakimś pubie, cukierni, itp. Tyle że to jest poza zakresem polskiego, zwykłego emeryta… więc sobie tak tuptają pod kioskiem RUCHU (a jakże – jest tu taki!) czekając na swojskie (podobno) mleko i jajca z niezestresowanych podobno kur…

Ale nie o tym. Jak zwykle o muzyce, a konkretnie o kolędach, których my Polacy mamy multum, w różnym zakresie, a i da się z nich ukręcić coś całkiem odlotowego, jak na przykład zrobił to staropolski punk, pod jakże zacną nazwą "Parawino".

Tyle że media tego już ostatnio absolutnie nie chwytają i w radiotelevizorniach leci anglojęzyczny chłam spod znaku: "Mery Christmas" (rozumiem: ta Mery to hołd złożony Maryi, czy cuś)? O reklamach nie ma co wspominać, bo tam już polskości nie uświadczysz. Wiadomo, agencje reklamowe są przepełnione zaćpaną młodzieżą, posługującą się co najmniej slangiem polsko/angielskim. Dla nich normalne jest anglo/amerykańskie, a czymś dziwnym i wszetecznym są wszelkie zdania złożone w czystym języku polskim. Poza tym w hAmeryce Boże Narodzenie to przemysł już właściwie i tematów pobocznych spod znaku muzyki wyprodukowano tam kilometry i tony i cały czas się coś tam uskutecznia w tej kwestii.

Co nie ma nic wspólnego z Bożym Narodzeniem, a bardziej z handlem i komercją.

Gorzej, że to chwytają dzieci i zaczynają napier…dalać powszechnie tenże chłam, co miałem okazję doświadczyć podczas osiedlowej choinki, coś tak w Mikołajki. Z trójki bahorów, dwoje zapuściło jakieś dżingo bells i inne kupy, a jedno pokaleczyło kolędę w sposób nieprawdopodobny! Nie wiem, czy to wpływ programów spod znaku Idola, powszechnej emigracji zarobkowej w kierunku krajów germańskich i anglosaskich (chociaż "Cicha Noc" jest czymś uniwersalnym), czy zupełnym poddaniu się rodziców tej zachodniej, komercyjnej fali? Może wszystko naraz?

Jedno jest pewne, mamy dobry zestaw kolęd, ale ich nie wykorzystujemy.

A co do Bożego Narodzenia (świąt znaczy), maniakalnie będę powtarzał, że wolę Wielkanoc, bo przynajmniej czas (wiosna) i miejsce pokrywają się z realnymi wydarzeniami, a i nie jest to takie zobowiązujące, a z tego zimowego cyrku, to albo komercha, albo pogaństwo co i rusz wystawia nogi (chociażby z pierwszej ręki: czerwony krasnal od coli i puste miejsce przy stole, które nie jest dla jakiegoś tam przybłędy, a symbolicznie dla tych co odeszli!).

Czyli cyrk robi się już totalny i powoli zmierzamy ku zanikowi jakichś podstaw religijnych (jeżeli w ogóle kiedykolwiek takie były), które zastąpi prawo popytu i sprzedaży, jak to już od lat mają w USA.

A Wielkanoc cokolwiek się broni.

 

 

PS    Życie właśnie dopisało ciekawy epilog do wczorajszego wariactwa zakupowego. No więc nie dość, że po wielu latach Wigilia wypada w niedzielę, to ta niedziela zrobiła się… handlowa! Ludzie tradycyjnie nie załapali tematu i po wczorajszych tłumach, tudzież tasiemcowych kolejkach (chociażby po chleb)… dzis nie ma śladu! Nawet fryzjer działa od samego rana i ma klientów! 

114 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

          Wróciłem właśnie przed chwilą z hipermarketu, gdzie przed stoiskiem z chlupiącymi w skromnej wanience owymi karpiami, kłębił się tłum (do wigilii został równy tydzień!), głównie starszych osób. Brali żywe, mimo mozliwości zakatrupienia na miejscu owego płetwala, przez odpowiedniego, wynajętego na ten czas pracownika.

          Czyli starym, PeeReLowskim zwyczajem, wrzuca się toto do wanny, gdzie naturalnie blokuje czynności chigieniczne rodziny (Polacy najgorzej śmierdzą tuż przed świętami).

          "Zwyczaj" owy, jak wiele innych, absurdalnych najczęściej zachowań, został zaszczepiony właśnie w czas PRL (45 lat płukanki mózgowej) i patrząc na te stracone pokolenie/a naprawdę cierpię, widząc ich oderwanie od w miarę normalnej już rzeczywistości. Niegdysiejsza nienawiść do strefy emeryckiej, ostatnio przechodzi już we współczucie. Oni są skrzywieni, jak mieszkańcy Korei Północnej, ale to w sumie nie ich wina.

          Gorzej, że te chore "obyczaje" i zachowania przechodzą na następne pokolenia i końca jakby nie widać…

          Ale wracając do płetwala zwanego dalej Karpiem. To ryba podła w smaku (przymulista) i wymagająca większego cokolwiek kunsztu kulinarnego, a rozpowszechniona przez zdaje się Gomułkę, jako taki mięsny kartofel mający wypełnić puste brzuchy wygłodniałego społeczeństwa.

          I jako ten kartofel się go czci – moim rówieśnikom, pamiętającym PRL z dzieciństwa, karp właśnie kojarzy się z czymś zajmującym wannę = święta, a to coś tak podprogowo uzależniającego, jak ssanie sutka swojej kochanki/żony/dziewczyny… Z pewnych zachowań nie zdajemy sobie po prostu sprawy, bo zostały nam wtłoczone – często nieświadomie.

          Tyle, że owego karpia da się dobrze i smacznie przyrządzić…

          Tu takie małe wspomnienie. Otóż dzieciństwo spędziłem na Mierzei Wiślanej i ryby wszelakiego rodzaju, w różnej postaci, stanowiły podstawę mojego wyżywienia (oprócz galaret, bo te toleruję tylko w formie owocowej – reszta jest dla mnie równie nieapetyczna co flaki). Łososie, wędzone węgorze – to było dla mnie normalką. Teraz to luksus. Dorsza wpierdzielało się w ostateczności, a karpia… tylko na święta, bo już taka tradycja.

           Sęk w tym, że nikt tam nie trzymał żywych ryb (świniaki, krowy i kury, owszem, jak to na wsi). No do dzisiaj, jak chcę zjeść śledzia, to nie kupuje całej ławicy i nie wpierdzielam jej do basenu przynajmniej! Tudzież szprotek ( skubanie wędzonych bardzo uspokaja, to wręcz kontemplacyjna czynność – co niewielu już rozumie). No co tu dużo mówić: mamy w Polsce całkiem spore pogłowie wędkarzy, ale czy któryś z nich przynosi żywe ryby do domu i pakuje je do wanny?! Tu by prędzej, czy później zainterweniował psychiatra.

           A przed wigilią nagle to co nienormalne staje sie normą!

           I tu nie chodzi o kwestie ekologiczno, wegetariańskie, czy coś tam. Jak wspomniałem, wychowałem się na wsi, wiem co jem i lubię to jeść, ale na litość Boga, czy chcąc sobie usmażyć schabowego, kupuję żywą świnię i trzymam ją na balkonie?! Tudzież chcąc zjeść udko z kurczaka, przyganiam go sobie do domu (2 piętro w centrum dość żywego osiedla)?!

          A karpie kupują żywe.

          Nonsens i paranoja…

106 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

       Jako że z zamiłowania poszedłem w stronę literatury (czytam – pisać wciąż usiłuję), to pragnę coś wspomnieć o literatach lat ostatnich, z piórem mistrzowskim.

       Niestety wszyscy zeszli, aczkolwiek to było jeszcze niedawno.

       Zacznijmy od tego, że znana maxyma głosi, iż lepiej napisać jedną, dobrą książkę, niż sto bylejakich.

       Niestety w dzisiejszych czasach idzie się na ilość w jakiejkolwiek dziedzinie (technika, muzyka, tudzież literatura), byleby dożyć do pierwszego.

       Byleby zrobić sławę. Na chwilę choć zacelebrycić przynajmniej.

       Nie tędy droga niestety.

       Owych trzech mistrzów lat ostatnich to: Stanisław Lem, Philip K. Dick i Terry Pratchett. Dwóch anglojęzycznych i Polak (znak czasów). Chociaż narodowości różnej: Polak, Amerykanin z Kalifornii i Anglik.

       No i wszyscy oni niestety są zaprzeczeniem tej reguły. Takie wyjątki ją potwierdzające.

       Najsłynniejszy z nich, namiętnie teraz wprost przenoszony na ekran przez ziomków Amerykanin (Dick) ciągnął jeden w sumie temat, ale jakże niesamowity! Dotykał czlowieczeństwa, poszukiwał czegoś ponad i takie tam już wałkowane chociażby przez Lecha Jęczmyka na naszym poletku. Robił to z gracją i w takiej ilości, że przynajmniej nad tym można by się zastanowić (chociaż ilość używek, które pomagały w jego twórczości jest równie ogromna i trochę tłumaczy jego nadaktywność).

       Nasz rodzimy Lem trzaskał swoje opowiadania równie mocno, acz już bez używek, a ich rozrzut był taki, że ów Dick nie wierzył w jego istnienie i za dziwnym nazwiskiem "Lem" spodziewał się tuzina przynajmniej komunistycznych, PeeReLowskich pisarzy!

       Co już świadczy o geniuszu tego skromnego Lwowiaka.

      Ostatni ze zszedłych – Pratchett, poszedł w zupełnie innym kierunku i do końca życia ciągnął właściwie jeden temat, co dla innych twórców jest co najmniej niszczące! Jego Cykl Dysku jest niekończącą się, humorystyczną opowieścią, osadzoną w jednym świecie… i w zasadzie pisaną na jedno kopyto!

      Mimo to nie nudzi ani przez chwilę, jak muzyka Lemmy Kilmistera, czy AC/DC.

      Tak potrafią tylko mistrzowie.

 

 

 

101 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Mija już prawie 30 lat od zmiany systemu z nienormalnego, sovieckiego (czy tam socjalistycznego), centralnie planowanego, na… równie nienormalny, ale za to promowany jako wolnorynkowy i kapitalistyczny.

Miało być parę lat przejściowych problemów (tak mówili – a lud umęczony uwierzył) – wiadomo, czas zmian i chaosu, ale potem… uoooo!!! Czego to nie miało być! Raj banana i kokosy! A od kiedy zaczęto usilnie wciskać nasz kraj w ramy UE (przy pomocy narastających przepisów – pasujących do krajów zachodnich, a hamujących rozwój rozpieprzonej gospodarczo Polski), no to już miała zapanować sielanka, a zarobki i emerytury miały osiągnąć poziom zachodni!

Jak wiadomo, nic takiego się nie stało, a my wciąż jesteśmy najbiedniejszym rejonem UE.

Albowiem usilnie chciano doprowadzić do upadku państwa przy pomocy z pozoru potrzebnych działań (tak to tłumaczono) przy medialnej, doprowadzonej do perfekcji propagandzie. Wytłumaczę to jak zwykle od końca. Obecnie wychodzi na jaw patologia związana z tak zwaną reprywatyzacją kamienic w Warszawie. Prywatyzacja to ogólnie słowo klucz, przy pomocy którego regularnie rżnięto większość narodu w bezbronne odbyty. Otóż dotkniętych nią zostało prawie 50 tysięcy lokatorów!!! W samej Warszawie! To jakby sprzedać (i exmitować) cały Tczew! Wyszło nawet ostatnio, że usłyszeli oni od tej urzędniczej mafii jakże słynne hasło: "wasze ulice, nasze kamienice"! Najtragiczniejsze i najbardziej bolesne jest to, że po II WŚ owe kamienice w zasadzie nie istniały, a Warszawa była morzem ruin, a budynki, ot tak, oddawano w pełni odbudowane i nikogo to nie ruszało. Prawo było nieme, media ciche, bo to panie już tak jest w kapitalizmie. Jeśli kapitalizm=bezprawie, nędza i złodziejstwo, to i owszem, jesteśmy (byliśmy właściwie – niemrawo się zaczyna bowiem to porządkować) przodujacym krajem "kapitalistycznym". Już od prawie 30 lat.

Ale to był drugi etap rozszarpania kraju przez układ zamknięty, czyli służby specjalne PRL (i związku sovieckiego). Szczęśliwie przyhamowany w swej kulminacji i co nieco się nawet może uda przywrócić normalności.

Nie da się jednak odwrócić tego, co stało się na początku lat 90 (a i trwało to dobrą dekadę).

Zaczęło się od likwidacji PGRów. Tego cholerstwa akurat nikt nie żałował i nie bronił, tyle że została po tym czarna, patologiczna dziura, która wciąż niewielu obchodzi.

Ale Polska była jeszcze wtedy pełna firm po Gierku. Owszem, zacofanych sprzętowo, źle zarządzanych (jak to w PRL), ale do uratowania. Trzeba było tylko zainwestować i zmienić sposób zarządzania. Niewiele w sumie. Tyle że tam wtedy zadziałało inne, magiczne hasło: "inwestor strategiczny". Ów inwestor to zazwyczaj była konkurencyjna korporacja z zachodu, której jedynym interesem było przejęcie i skasowanie niedoinwestowanego przeciwnika.

I to się udało.

Resztę działających firm poprzejmowali ubecy i ich rodziny (teraz to już ciągnie trzecie pokolenie).

A masa zwyczajnego narodu tak naprawdę wciąż wegetuje. Małe, pozostałe przy życiu firmy, ledwo wiążą koniec z końcem. Pracownicy najemni wciąż działają w systemie folwarcznym, gdzie pan przez swych zarządców (kierownictwo niższego szczebla) ciśnie ich równo do posadzki, by równo i cicho wyrabiali normę. Żeby przeżyć, zapieprzają po 24h na dobę, spłacają kredyty, a za normalną pracę nie mają co liczyć na normalną zapłatę. Dzięki temu jakieś 3 miliony ludków nie wytrzymało i wyjechało w zachodnią cholerę, gdzie za normalną pracę, w normalnych warunkach normalnie się zarabia.

Obecny rząd wieszczy sukcesy, ale do sukcesów jeszcze daleko!

Pozostała mentalność owa folwarczna i tak przez te trzy dekady zaczopowany układ zamknięty (do 3 pokolenia włącznie – jak wspomniałem), że powrót do normalności będzie trwał kolejne dekady, a i wyłuskanie pasożytów z poprzedniego systemu nie obędzie się bez bólu.

A nam przez ten czas nie wzrośnie poziom życia.

Nie ma z czego.

Mimo niskiego bezrobocia, wciąż jesteśmy krajem wschodnim, azjatyckim, montażownią dla zachodnich koncernów, bez swojej techniki, przemysłu, pomysłów, gdzie przeciętna płaca jest jeno ułamkiem europejskiej. Polacy nie mają przyszłości niestety…

…i jaj…

Nieszczęśliwy, wykastrowany naród…

 

 

PS    W każdym normalnym kraju 50 000 ludzi wywalonych na bruk wywołałoby co najmniej zamieszki… Ba! W Poznaniu dochodziło do podobnych wynaturzeń i jakiś cwaniak oczyścił z lokatorów 12 kamienic. Mieszkańcy trzynastej się zjednoczyli, sprawę nagłośnili, wynajęli prawników… i swoje mieszkania obronili! Ci Warszawiacy zawsze wydawali mi się jacyś dziwni…

117 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Od lat rzuca durniów pod moje nogi

Dba mocno o to, bym wciąż był ubogi

Dociska kolanem mnie do podłogi

Nawozi obficie moje nałogi

Ale jest!

Pierwszy wśród pierwszych – ja jestem drugi

Mistrz obserwacji, pobawić się lubi

Wskazówki ma mętne – choć sam się nie gubi

Nie licz na pomoc ziemskiej obsługi…

 

Robi mi test!

Czyni to fest!

Egzamin z tła

"Pomoc" zła trwa…

 

Nie da żyć lekko

On nie pozwoli

Przeczołga w błocie

Aż krzyż zaboli

 

Wiek męki drobny Go nie obchodzi

Masz zmierzać w wieczność

Więc nie schodź z drogi!

Materii sypkiej omijaj złogi.

 

Zacisnąć zęby – cel mieć przed sobą

Zetrzeć pył z oczu, co duszę rani

Padłeś, lecz powstań!

Nie daj się wciągnąć

Złudnej otchłani…

 

 

 

148 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

             Od dobrych paru tygodni, na wszystkich kanałach TV pojawiały się fotki z jakichś portali społecznościowych, z owym (cokolwiek utytułowanym) aktorem na tle niejakiego polskiego fiata. No zachwycił się owym maluchem, jak niegdyś Michael Jackson innymi, amerykańskimi maluszkami… Ci amerykańscy celebryci miewają różne odpały, ale to wcale nie znaczy, że trzeba się tym jarać.

            A polskie televizornie podjarały się totalnie i dzień w dzień, pokazywały pana Toma na tle malucha, jako taką naszą, przaśną ciekawostkę rozsławianą na świat cały, aż w końcu z miasta, wktórym produkowano to "cudo" (Bielsko Biała) wysłano do jUeSAj jakiś dobrze zachowany egzemplarz w jego aktorskie ręce. Na szczęście darczyńcom zostało trochę godności i zaznaczyli, że po krótkiej jeździe ma pójść na licytację w jakimś szczytnym celu. Można wybaczyć, bo przy okazji wypromowalo się miasto, a miejscowy szpital pediatryczny dostanie zastrzyk gotówki.

            Tu mały wtręt: polski fiat jest tak samo polski jak porsche, czy lamborghini. Nawet polonez powstał na bazie fiata, więc jedyną polską konstrukcją pozostaje niezmiennie syrenka. Taka jest żałosna historia polskiej,powojennej motoryzacji… Nasi cokolwiek mniejsi, południowi sąsiedzi z byłego rejonu dominacji sovieckiej, już mają się czym pochwalić: skoda i dacia sprzedają się doskonale i są w pełni oryginalnymi, nowoczesnymi samochodami promującymi Czechy i Rumunię bez jakichś niepotrzebnych, celebryckich pierdół! I co z tego, że to tak właściwie Volkswageny i Renault? Marka się liczy! A oba te kraje mają swoją.

           Polska tylko żenujące wspomnienia…    

          Tu należy zaznaczyć, że tak naprawdę, najbardziej zakomplexioną grupą społeczną w Polsce są dziennikarze, aktorzy, w mniejszym stopniu muzycy, ogólnie ta słoikowa, warszafska elyta artystyczno/publicystyczna. Dziennikarze notorycznie się moczą, jeśli tylko ktoś mniej więcej znany, za granicą wspomni o Polsce. Masa aktorów śni o karierze w Hoollywwooodzie. Muzycy, ze szczególnym uwzględnieniem młodych szansonistów i szansonistek z konkursił televizyjnych, marzą o karierze zagranicznej, niczym bobas o cycku mamusi! A wszyscy, łącznie z politykami postępowymi (obecna opozycja) drżą w histerii, by za ową granicą zachodnią nie padło złe słowo o Polsce. Takie psychopatyczne: "co o nas pomyślą?" doprowadza ich do nerwicy i bezsenności.

            Paradoxalnie: taka postawa powoduje, że Polacy są postrzegani jako przygłupi, bo tak usilnie chcą się dopasować do wymarzonych wyżyn… że nieustannie wychodzą na błaznów!

            Zero poczucia własnej wartości, zero charakteru, zero oryginalności. Ci nasi bywalcy pierwszych stron gazet, są elastyczni jak plastelina… i śmieszni jak ludziki z niej lepione.

             A jak ktoś tylko mignie na tamtejszym firmamencie (nawet w głębokim tle), no to szał totalny i reszta tych ludzików piszczy w zazdrości!

 

 

            PS      Niedawno jakaś tam chałupnicza firemka zaprezentowała z założenia superfurę o jakże górnolotnej nazwie: Huzaria. Duda prezio nawet toto promował. Tradycyjnie okazało się to kompletną kupą… Na chwilę obecną start motoryzacyjny liczy się w miliardach, a jakieś luxusowe marki w setkach milionów… Tyle że to musi mieć potencjał! A! nie wspomniałem o Hiszpanach, którzy mają swojego Seata (też Volxwagen) i całkiem dobrze na nim jadą….

           

            

 

             

105 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

No nie chodzi mi o jakąś tam dołującą akcję typu: wszystko pada. Bardziej rozchodzi mi się o korelacje z cyklu: człowiek – zwierzę.

Więc od sporego już czasu obserwuję zmianę podejścia ludzia do zwierzaka, objawiającą się najdobitniej w podejściu do śmierci tego ostatniego (śmierć dosięga każdego i to całkiem neutralne i niewymagające słowo).

Zwierzaki przestały zdychać, padać, odchodzić, itp…

One ostatnimi czasy zaczęły umierać!

A to bardzo niebezpieczne dla naszego człowieczeństwa!

Czyli zostały wyrównane przez wypasione społeczeństwo z jednostką ludzką.

Dociągnięto je do naszego poziomu.

A jak zauważył nieoceniony Lech Jęczmyk, to działa w drugą stronę: sami się ściągamy do poziomu zwierząt.

Nie czuję się zwierzakiem. Czuję się koroną stworzenia, kimś wybranym przez Boga do władania tą planetą.

Reszta jest niżej.

My umieramy – reszta zdycha (pada, odchodzi, czy cuś tam). 

Niby prosta gra słów, a może poprzestawiać system wartości.

Jakiś levicovy premier Hiszpanii ongiś chciał nadać szympansom prawa ludzkie. Niedawno, gdzieś tam dla beki, nadano jakiemuś robotowi obywatelstwo i podarowano paszport.

Rozumiem miłość do zwierząt i zauroczenie techniką, ale w tych kwestiach ostatnio przekracza się pewne niedopuszczalne granice!

Zamiast rozmyślać nad istotą czlowieczeństwa (temat na wiele tomów filozoficznych dysertacji, najlepiej to ogarniał Filip K. Dick. , a i tak się skończyło na serii pytań bez odpowiedzi) człowiek poistanowił się zsunąć w dół pod pozorem wciągnięcia w górę istot mniejszych (zwierzaków), lub niedopracowanych (automaty).

Ja rozumiem, ludzie w większości są źli. Ale to ich wybór (wolna wola), wynik choroby, urazów, itd.

Co nie znaczy, że nie są ludźmi, a zwierzęta są lepsze!

Jakby nie patrzeć, ślepy, głupi, zwierzęcy instynkt rzadko opanowuje jednostki, a nawet jak, to oficjalnie się z tym nie obnoszą (jeszcze).

Chociaż takie instynktowne pieprzenie jest usilnie promowane…

Że niby naturalne i nie trzeba z tym walczyć.

Działamy wciąż umysłem, zasadami społecznymi, jako zorganizowana grupa władców planety.

WSZYSTKO  jest poniżej!

A co zdegenerowane jednostki robią z tym przywilejem… No cóż! Wolna wola.

Nikt inny takowej na czas obecny nie posiada.

Więc nie ma dyskusji!

My umieramy - reszta zdycha, albo się psuje.

Pozostaje kwestia z jednostkami ludzkimi, naprawdę upośledzonymi umysłowo w stopniu dogłębnym.

Od dawna nurtuje mnie pytanie – jak je zaklasyfikować?

 

 

PS      A! Pies nie ma imienia. Pies się wabi. Tak dla przypomnienia.

 

101 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Jednym z wielu polskich absurdów jest funkcjonowanie "tak zwanych" związków zawodowych. Są "tak zwane", ponieważ z prawdziwą ideą ochrony pracowników mają niewiele wspólnego, a właściwie nic!

Otóż pierwszą i największą ich wadą jest to, że z założenia są zakładowe, więc trzeba je bezpośrednio organizować… w firmie!

Wyjaśnię pokrótce: w latach 80 reaktywowano tą instytucję (słynna "Solidarność"), która od samego początku służyła celom politycznym (obalenie komuny), a interes robotnika, dla którego oficjalnie ten związek powołano, nie miał znaczenia, bo robotnik zwyczajny miał na wszystko wywalone i (paradoxalnie!) jego interes był lepiej chroniony przez ówczesne (komunistyczne oficjalnie) państwo, niż obecnie! 

Zresztą system funkcjonowania ówczesnych przedsiębiorstw był tak oderwany od rzeczywistości, że można było sobie na takie zachowania pozwolić (właściwie wtedy można było sobie pozwolić na wszystko w kwestii olewania roboty).

No ale system padł, popadały firmy, pozakładano nowe – poinstalowane przez żądnych szmalu krwiopijców,  a w zasadzie funkcjonowania owych związków nic się nie zmieniło.

Czyli: można było (czysto teoretycznie) zainstalować taki związek u siebie, tyle że kończyło się to natychmiastowym wykopem i wilczym biletem w okolicy. W większych, zachodnich zasadniczo montrażowniach, nie wypadało nie mieć związku w zanadrzu, więc istniały (i istnieją tam do dzisiaj) na zasadzie przydupasów zarządu, którzy organizują ściśle reglamentowaną ściemę pod wytyczne góry.

Dół z tego cały czas nic nie ma.

No ale związki cały czas mają się dobrze, jest ich wiele i jest o nich głośno!

Należy zadać sobie podstawowe pytanie: gdzie?

Odpowiedź: w budżetówce.

Czyli tam, gdzie walka o prawa pracownika jest najmniej potrzebna!

Górnicy, hutnicy, policjanci, nauczyciele, cokolwiek utrzymywanego za NASZE  pieniądze co i rusz robią zadymę. Ogólnie chuuuja z tego mają (oprócz górników – bo ci najbardziej bojowi i bezwzględni), ale ten ruch pseudozwiązkowy zajmuje przestrzeń medialną i robi wrażenie pierwszej linii bojowej…

…no nie zwykłego pracownika niestety!

Bo ten szary Kowalski w Pcimiu Dolnym, w firmie zatrudniającej 10 osób ma gówno do gadania i gówno może – tam sobie nie może pozwolić na związki. Nawet w tych montażowniach też może gówno – jak już wspomniałem, tam związki są w kieszeni zarządu i spełniają czysto teoretyczną rolę.

Więc, czy można?

 Ależ owszem!

Pomysłodawcy owej instytucji, czyli USA już dawno wypracowało sobie idealną formę działania:

Tam Związek jest ogólnokrajowy i niezależny od jakiejkolwiek firmy, co znacząco zmienia postać rzeczy. Tam może działać naprawdę niezależnie. Tu nie. Wszystko w tym zmieniającym się kraju robiono na kształt i podobieństwo USA… oprócz tego!

Tam znając swoją wartość, podejmując się zatrudnienia, wpisujesz się do związku, wpłacasz składki… i dalej on cię ochroni swymi skrzydełkami!

Naprawdę to tam działa!

Nawet jako jedyny zatrudniony na kompletnym zadupiu, w dupie firmie, TO ONI mają nóż na gardle i muszą się dogadywać przynajmniej, z pracownikiem, bo wiedzą że za nim stoi cała armia fachowców, która w każdej chwili może ich wetrzeć w ziemię (ach te amerykańskie prawo!).

I się do tego stosują.

Proste?

Jak zwykle nie w Polsce…

100 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Wirujące wiadro

Myśli wir

Pomysłowy zżeracz

I pochłaniacz chwil

Ogniomistrz idei

Bandzior likwidator

Każdą niu inwencję

Tnie jego sekator

Czarna dziura chłonie

Cokolwiek zapłonie

Mózg nie musi działać!

Niech działają dłonie!!!

Pod czaszką bezpiecznik

Co ma duszę zmieścić

Jak nie przypasuje

Wtedy się popieści

Może złapiesz fazę

Ból istnienia minie

Zapomnisz o więcej

Skupisz się na chwilę

Nie masz być jak Boski:

Opcja niedostępna!

Zwalczaj życia troski

Wymyśl i zapomnij

Nie posiadasz hasła

Ryj jak drobny kornik

Wszystko inne pomiń…

110 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Ona czuje się damą

Choć ciała ma dużo

To mózgu zbyt mało

W swej wieży z betonu

Chce xięcia wypatrzyć

W falbankach, na koniu

Lecz w dole są dresy

W audi ze złomu

Co zamiast rapierów

Kije z bejzbolu

A ona w legginsach

Na tłustym swym ciele

Na starej kanapie

Wśród kupy brudu

Staje się w myślach

Boginią wśród ludu

Otwiera oczy

Chwyta faceta

Skromnego sługę

Niemego jeńca

To polska kobieta…

90 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 23.20.165.182