Wróciłem właśnie przed chwilą z hipermarketu, gdzie przed stoiskiem z chlupiącymi w skromnej wanience owymi karpiami, kłębił się tłum (do wigilii został równy tydzień!), głównie starszych osób. Brali żywe, mimo mozliwości zakatrupienia na miejscu owego płetwala, przez odpowiedniego, wynajętego na ten czas pracownika.

          Czyli starym, PeeReLowskim zwyczajem, wrzuca się toto do wanny, gdzie naturalnie blokuje czynności chigieniczne rodziny (Polacy najgorzej śmierdzą tuż przed świętami).

          "Zwyczaj" owy, jak wiele innych, absurdalnych najczęściej zachowań, został zaszczepiony właśnie w czas PRL (45 lat płukanki mózgowej) i patrząc na te stracone pokolenie/a naprawdę cierpię, widząc ich oderwanie od w miarę normalnej już rzeczywistości. Niegdysiejsza nienawiść do strefy emeryckiej, ostatnio przechodzi już we współczucie. Oni są skrzywieni, jak mieszkańcy Korei Północnej, ale to w sumie nie ich wina.

          Gorzej, że te chore "obyczaje" i zachowania przechodzą na następne pokolenia i końca jakby nie widać…

          Ale wracając do płetwala zwanego dalej Karpiem. To ryba podła w smaku (przymulista) i wymagająca większego cokolwiek kunsztu kulinarnego, a rozpowszechniona przez zdaje się Gomułkę, jako taki mięsny kartofel mający wypełnić puste brzuchy wygłodniałego społeczeństwa.

          I jako ten kartofel się go czci – moim rówieśnikom, pamiętającym PRL z dzieciństwa, karp właśnie kojarzy się z czymś zajmującym wannę = święta, a to coś tak podprogowo uzależniającego, jak ssanie sutka swojej kochanki/żony/dziewczyny… Z pewnych zachowań nie zdajemy sobie po prostu sprawy, bo zostały nam wtłoczone – często nieświadomie.

          Tyle, że owego karpia da się dobrze i smacznie przyrządzić…

          Tu takie małe wspomnienie. Otóż dzieciństwo spędziłem na Mierzei Wiślanej i ryby wszelakiego rodzaju, w różnej postaci, stanowiły podstawę mojego wyżywienia (oprócz galaret, bo te toleruję tylko w formie owocowej – reszta jest dla mnie równie nieapetyczna co flaki). Łososie, wędzone węgorze – to było dla mnie normalką. Teraz to luksus. Dorsza wpierdzielało się w ostateczności, a karpia… tylko na święta, bo już taka tradycja.

           Sęk w tym, że nikt tam nie trzymał żywych ryb (świniaki, krowy i kury, owszem, jak to na wsi). No do dzisiaj, jak chcę zjeść śledzia, to nie kupuje całej ławicy i nie wpierdzielam jej do basenu przynajmniej! Tudzież szprotek ( skubanie wędzonych bardzo uspokaja, to wręcz kontemplacyjna czynność – co niewielu już rozumie). No co tu dużo mówić: mamy w Polsce całkiem spore pogłowie wędkarzy, ale czy któryś z nich przynosi żywe ryby do domu i pakuje je do wanny?! Tu by prędzej, czy później zainterweniował psychiatra.

           A przed wigilią nagle to co nienormalne staje sie normą!

           I tu nie chodzi o kwestie ekologiczno, wegetariańskie, czy coś tam. Jak wspomniałem, wychowałem się na wsi, wiem co jem i lubię to jeść, ale na litość Boga, czy chcąc sobie usmażyć schabowego, kupuję żywą świnię i trzymam ją na balkonie?! Tudzież chcąc zjeść udko z kurczaka, przyganiam go sobie do domu (2 piętro w centrum dość żywego osiedla)?!

          A karpie kupują żywe.

          Nonsens i paranoja…

196 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 2
Stronę odwiedziło
000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 54.89.187.28
Kontakt
Your name
Your email
Enter your message
Enter below security code