Na początku lat dziewięćdziesiątych rozpieprzył się w drobny (czerwony od krwi) pył, podobno niezniszczalny (a na pewno nieziszczalny) system paranoiczny, nieludzki – bo soviecki, komunistyczny. System ów zaczął się sypać przynajmniej w połowie lat osiemdziesiątych i rozpoczął się ten proces od samego centrum czerwonej zarazy – czyli Moskwy. Wcześniej każde oznaki buntu (PRL) tonęły we krwi. Czyli sam potwór zdał sobie sprawę z tego, że zdycha. Wbrew temu, co usiłują nam wmówić różne bolki i Frasyniuki, rozpieprzył się sam!

Był po prostu tak niewydolny i śmiertelnie chory, że z wyczerpania padł! 

Glebnął na ryj, mimo że wciąż jeszcze wyglądał na niezniszczalnego (o tym z kolei byli przekonani właściwie wszyscy na zewnątrz tego systemu). Gorbaczowa, który nasyłał na buntujące się republiki ZSRR czołgi i specnaz, które to oprócz licznych ofiar nie osiągnęły niczego - bo już NIC nie były w stanie uratować – wciąż oskarża się w Rosji o zniszczenie tego czerwonego imperium, gdy on tym czasem właśnie robił co mógł, by to imperium uratować!

Tyle że nie mógł już NIC.

Za to na zachodzie jego beznadziejną walkę odebrano jako w miarę pokojową rozbiórkę komunizmu i darowano mu w nagrodę nawet Nobla (!!!).

Na naszym poletku w ten czas wyrósł nam przaśny bucefał, twierdzący, że samodzielnie ten system obalił (też Noblista), niczym czterej pancerni wygrywający II WŚ. Koleś ostatnimi czasy przerósł w pysze, chamstwie i paranoicznym postrzeganiu rzeczywistości samego siebie, a to już było praktycznie nie do przeskoczenia!

A żeby nie czuł się samotny, to dołączył do niego niejaki Frasyniuk, prezentując ten sam poziom arogancji, potężnej pychy i jakiejś nieogarniętej wściekłości na to, że lud niewdzięczny nie czci ich jak należy (czyli totalnie i bezkrytycznie), a nawet śmie ich traktować jak zwykłych osobników równych wobec chociażby prawa, lub o zgrozo – jak zdrajców!

Marzeniem tych wyssanych już do cna ze skromności i obiektywizmu osobników jest chyba ostatecznie przypięcie do nich na stałe brązowej tabliczki z napisem: "Obiekt historyczny, prawem chroniony.". 

Tyle że historia już ich ocenia, podobnie jak "generała", który  wynalazł to sformułowanie i tuż przed śmiercią się tej oceny doczekał. Taka nikła namiastka sprawiedliwości…

 

107 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

       Jestem człowiekiem zazwyczaj spokojnym i z natury, albo z treningu unikam stanu zdenerwowania. Naprawdę, trzeba mocno nadepnąć mi na odcisk, lub z buciorami wpieprzyć się w strefę mojej prywatności, bym dostał cholery! To chyba taka typowo słowiańska cecha, bo gdzie nie spojrzę i nie wyczytam w kronikach historycznych, to tu, w Polsce umęczonej (a ongiś wielkiej!), lud był zawsze wyjątkowo spokojny, spolegliwy, tolerancyjny i tylko gdy kto mu za bardzo cisnął, to wtedy zamieniał się w bombę.

       Ale czasem się denerwuję.

      Lekko, ale się denerwuję.

      Ma to miejsce na przykład wtedy, gdy muszę co poniektórym ludziom tłumaczyć rzeczy oczywiste. To strasznie dołujące, gdy wiesz, że masz rację, ale ci bardziej uparci twierdzą, że ich racja jest bardziej racjonalna i za cholerę nie chcą dopuścić do świadomości chociażby, że mogą jej nie mieć, lub że prawda leży pośrodku, a nie po ich stronie. To też słowiańska (polska) przypadłość, począwszy od rzeczy przyziemnych, podstawowych wręcz. Ze swojego poletka chociażby: kumpel, typowy taki Sebix ;) wciąż mnie pomniejszał, a siebie powiększał, twierdząc, że mam co najwyżej półtora metra, dopóki się przy nim nie zmierzyłem i wyszło cokolwiek skromne, ale metr sześćdziesiąt pięć. No wzrost mam nikczemny, jak to rzewiej nazywano, ale do zniesienia, więc po co to przeżywać? Ojciec (typowy Janusz z PRL!) wraz z matką, skupieni byli wyłącznie tylko na sobie, a każda próba dotarcia do nich była z góry skazana na klęskę. Mur nie do przebicia. Żeby było weselej, zwę się Piotr. Taki typowy. Podobnie z tłumaczeniem "rekinom" biznesu i kariery w korpo, że branie kredytu na chatę, przy średniej krajowej i notorycznej zmianie miejsca pracy (już samo to jest co poniektórym ciężko wytłumaczyć, a w normalnych krajach to norma!) jest co najmniej bezsensowne. Itd, itp.

     No po prostu przeciętny Polak przejawia nadmierną, niczym nie uzasadnioną pewność siebie, przeciwnie proporcjonalną do jego inteligencji (i nie mającą na ogół związku z zajmowanym stanowiskiem i stopniem wykształcenia), którą ci z dołów społecznych zwą zasadami, a ci z góry inteligenckim dostosowaniem do wzorców zachodnich, czy jakoś inaczej…  

     Ale jest też inna nacja, ongiś blisko związana z Polską, która to rację swą stawia ponad wszystko, co ostatnimi dniami doprowadziło do paranoi. 

     Zwą się żydami.

     Otóż ponad 40 lat po holokauście naszła ich jakaś taka dziwna i sadystyczna wprost chęć, by za tą zbrodnie obarczyć… właśnie Polaków! To by było nawet śmieszne, mroczno śmieszne, gdyby nie to, że jest prawdziwe. Ukuli oni więc taki międzynarodowy zwrot: Polish Death Camp i cały ten drugowojenny antysemityzm zaczął być spychany… właśnie na Polaków!

      Kowal zawinił, cygana powiesili.

      W pale to się nie mieści, ale jakby cały świat się zmówił (poprzez media napędzane właśnie przez żydów i niemiecką politykę historyczną (!!!)), by z ofiar cokolwiek (Polaków), zrobić katów!

      No idzie się wkurwić.

      Swoją drogą, te wyrażenie: "Polish Death Camp", to całkiem niezła nazwa dla jakiejś kapeli deathmetalowej. Jakby to odpowiednio wykorzystać…?

      Najbardziej przykre jest to, że ponosimy konsekwencje (jakby jeszcze było mało!), czegoś, co 80 lat temu zostawili po sobie idioci z arystokratycznym na ogół rodowodem rządu II RP. Megaparadoxem jest to, że ci tchórze, którzy po rozpoczęciu wojny co do jednego ewakuowali się do GB, są tak naprawdę odpowiedzialni za wojnę! Puszyli się przed największą potęga militarną świata, czyli Niemcami, a ostatecznie dostali kopa w dupę od ruskich, których – żeby było jeszcze bardziej absurdalnie – po 1939 wybrali sobie na sojuszników!!!

    Efekt jest taki, że wszyscy nas wydymali, a w zamian zostaliśmy uznani za antysemitów!

    I dobrze! Za frajerstwo powinno się cierpieć!

    Tylko czemu cierpi już kolejne pokolenie…?

     I małą pociechą jest to, że ta żałosna arystokracja po wojnie skończyła w angielskich garkuchniach na zmywaku. Dziś przez nich robimy to samo.

     No ogólnie wciąż zamiatamy rozpieprz, który zostawili po sobie właśnie ci kretyni z II RP i musimy słuchać, że za II WŚ są odpowiedzialni jacyś niejasnej proweniencji naziści (na ogół niemieckojęzyczni), a za ów holokaust odpowiedzialni są głównie Polacy, bo to oni obsługiwali Polskie obozy, w Polsce (?!) i tylko się jakoś nie wspomina że ofiarami byli obywatele polscy – tyle że narodowości żydowskiej. Jakby do pieca trafiali polscy żydzi, a przez komin wychodzili już po oczyszczeniu tylko sami żydzi? Naziści tam jakieś filtry zainstalowali, czy co?

    Przy okazji wyjaśniła się ta szopka z polskimi (a jakże!) naziolami gdzieś w lesie, na tle płonącej swastyki, z torcikiem z takąż z czarnych wafelków. Po prostu do TVN 24 wparowali przedstawiciele albo żydów, albo tej żałosnej opozycji, a najpewniej wszyscy razem i poprosili o coś, co potwierdzi polski pęd do nazizmu, bo za niecały miesiąc wchodzi ta nieszczęsna ustawa o IPN. Ci wygrzebali coś tak debilnego, sprzed ponad roku, że sami tego nie chcieli wyemitować. No ale pod naciskiem poszło na vizję i teraz już wiadomo pod co ten grunt przygotowano…

56 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Xięga ulicy mówi, że nie ma kobiet brzydkich – są tylko niezadbane. Praktycznie to prawda! Właściwie każda kobieta, przy odrobinie samozaparcia (czasem całkiem dużej) jest w stanie wyjść ze stanu bycia pasztetem, w stan… no co najmniej pozwalający na nią patrzeć bez wymiotów!

      Pierwszą taką przeszkodą w byciu piękną jest otyłość. Nie przypadkiem brzydkie kobiety obdarza się przydomkami mięsnymi, lub posiadającymi duuużo masy, jako to właśnie na przykład "pasztet", "kaszalot" , czy "betoniara". Co nie znaczy, że te maxymalnie rozpasione nie znajdą sobie chłopa: zboków jest dużo i dzięki temu potwory fizyczne i mentalne ZAWSZE mają branie. Po prostu muszą trafić na odpowiedniego czuba, który chce wydymać akurat taki, a nie inny materiał biologiczny.

      No ale od czasu do czasu znajdą się tacy bohaterowie, którzy zapatrzeni w swoją kupę tłuszczu, widzą w niej, gdzieś głęboko ukrytą laskę (najpewniej zeżartą), która po odpowiedniej obróbce może wyjść na zewnątrz. Zdarzają się takie cuda, gdy ociekające słoniną monstra, pozbywają się owej mięsnej otoczki i naprawdę coś pięknego z tego wnętrza się ukazuje. 

      Ale to rzadko.

      Najczęściej owe zabujane tłuściochy stwierdzają, że skoro kochaś je akceptuje takimi jakie są teraz, to nie muszą się zmieniać. Ba! Dostają wtedy dodatkowej motywacji i zaczynają dominować nie tylko fizycznie (ciężar), ale i mentalnie.

       No spaślaki rodzaju żeńskiego nadzwyczaj często stają się głośne (głównie przez śmiech) i nokautujące (temperament). Masa (nomen omen) obserwacji własnych i potwierdzeń znajomych mych, nie pozostawia raczej wątpliwości, że owe pasztety ową dominacją nad otoczeniem zagłuszają swoje, jakże niskie i proste komplexy.

       Tyle, że to jest do zniesienia, a takie żałosne osobniki są bardziej godne współczucia, niż obrzydzenia.

       Obrzydliwe naprawdę i dogłębnie są osobniki rodzaju żeńskiego, na ogół nie opasłe (ale zazwyczaj pozbawione kobiecych wypukłości), te które osiągnęły najniższy szczebelek wyższego rozwoju zawodowego (wyżej, przy awansach też obowiązują jakieś zasady) i mają wpływ na innych pracowników – choćby minimalny.

       Co najmniej dwukrotnie (trzykrotnie?) w czasie swojej tułaczki po różnych firmach, w czasach różnej prosperity, spotkałem na swej drodze takie paszkwile. Mimo że te baby nie były ze sobą spokrewnione, to jedno je łączyło:

do swej fizycznej ohydy – jakby jeszcze samo to nie wystarczało – dorzucały taki ładunek mentalnej szkaradności, że…

      … no jedyne określenie,które mi przychodzi do głowy, to: 

      one cuchnęły. Cuchnęły energetycznie. Bo tak, jak pewne osoby określa się mianem wampirów energetycznych, tak też istnieją śmierdziele energetyczne.

      Na swoje nieszczęście spotkałem takie coś dwukrotnie i za każdym razem to była baba!

      Nie chcę trzeciego razu, bo zostanie przekroczona masa krytyczna.

75 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

       Media usłużne tak zwanej "totalnej opozycji" (winno być raczej: "totalna popierdółka") dokonały kolejnego już z całej serii strzału w kolano, a to za sprawą wygrzebania po ponad roku (!!!) grupki wyraźnie upośledzonych /zboczonych fa/fety-szystów?, którzy w lesie urządzili przebierankę, no wręcz regularny, fachowy happening, którego tematem przewodnim była III Rzesza i jej symbolika (?!!!!!). No kolesie byli wyjęci z kontextu, niczym zbiegli pacjenci jakiegoś psychiatryka, lub aktorzy Monty Pythona. Równie dobrze takie szopki mogliby organizować obywatele Izraela gdzieś pod Jad Waszem. Sens (a raczej bezsens) byłby ten sam. No idioci po prostu są stałą i niezmienną mniejszością w społeczeństwie i najczęściej rzucają się w oczy.

       Tylko po co robić z tego kolejną medialno/polityczną histerię?!

       Wystarczyłoby zawiadomić odpowiednie służby, które takich świrów powinny umieścić w zakładzie zamkniętym (nie w więzieniu!), na dokładnej obserwacji, przy okazji z obowiązkowym pakietem doszkolenia historycznego.

       Że tak powiem, spuszczanie się nad tą grupką dziwadeł, a już cokolwiek straszenie odradzającym się nazizmem (faszyzmem?) jest samo w sobie chore i nie powinno mieć miejsca i zrównuje straszących pod względem mentalnym ze straszydłami. No powiem krótko: nawet starsi ludzie namiętnie czerpiący swą CAŁĄ wiedzę z TVN 24 i poprawiający swoje notowania (niską samoocenę) za pomocą "Szkła Kontaktowego", mieli niezłą bekę, gdziekolwiek bym nie spojrzał, chociażby ze słynnego już tortu ze swastyką z wafelków. No bo to była zwykła szopka, a ludziska, których tam zaprezentowano, przekroczyli granice zwykłej fascynacji tematyką akurat hitlerowską i na własne życzenie wpakowali się do jednego worka właśnie ze zboczeńcami i innymi psychopatami.

       I tyle.

      To znaczy byłoby na tyle, ale histeria wystartowała z mocą odrzutowca i w całą Polskę – ba! W świat cały! – poszła wieść, że odradza się u nas nazizm… 

       Dla myślących to raczej poronienie, no ale widziałem w owym TVNie dwóch cokolwiek profesorów historii (wynajęci experci), którzy całkiem na poważnie tłumaczyli, że takich drobnostek nie można ignorować, bo nazizm i bolszewizm to też były małe, nieistotne i ignorowane grupki, które potem doprowadziły do dramatu. I oni tak całkiem na poważnie!

       Sęk w tym, że to już było i jak mawiano w PRL se ne vrati. Bo jak słusznie zauważył niejaki Marx (!), "Historia lubi się powtarzać – pierwszy raz jako tragedia, drugi jako farsa.". I z taką właśnie farsą mamy do czynienia. Totalitaryzmy owszem, ciągle jest ryzyko, że powstanie jakiś nowy, ale te spod znaku swastyki, czy sierpa i młota zwyczajnie już się nie odrodzą. Szans najmniejszych na to nie ma! Pewne rzeczy i wydarzenia mijają bezpowrotnie i już! Feudalizm, niewolnictwo, czy palenie czarownic na stosie też nie mogą mieć miejsca. A przynajmniej nie w tak dosłownej postaci.

        To po cholerę taka panika?! Czyżby obrońcy układu zamkniętego już aż tak zdurnieli?! KOD się wyczerpał i ośmieszył, właściwie wszystko, czego się ci z przeciwnej strony barykady nie tknęli, stało się z miejsca żałosne. Więc pozostał jeno faszyzm na koniec? No to trochę się zaczynam bać, bo już od dłuższego czasu noszę na szyi - a jakże! – swastykę! I to podwójną!!! Zwaną dalej kołowrotem Swaroga. A to ze względu na swoją fascynację starosłowiańskimi wierzeniami (powrotem do korzeni bardziej).

         Tylko kto uwzględni takie tłumaczenie, jak zacznie się łapanka na radykałów?

   

 

    

83 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

        Cokolwiek mamy gonitwę i wyścig. No to odbywało się zawsze, ale w ostatnich latach przybrało rozmiary masowe. Jakkolwiek nie ma już takiego absurdu, jak na początku lat 90, gdy zachłyśnięte nowym systemem wilczki przechodziły same siebie w utrudnianiu innym (i sobie) życia, by osiągnąć jakiś iluzoryczny szczyt. Tak nawiasem: szczyty są dla nielicznych, ale wobec nadmiaru chętnych znacznie się obniżyły, co zepsuło smak ich zdobywania. Ci co je zdobywają, mają się za elitę, a to jeno turyści…

       Ogólnie prą wszyscy!… chuj wie dokąd?! Liczy się cokolwiek, co cię stawia przed innymi: audi z niemieckiego szrotu, tatuaż 3 w D, plastik panienka, co i tak naookoło daje dupy (ale aktualny posiadacz o tym nie wie), awans w firmie z dupowłaza na dupowciska, lub nawet zwyczajne w niej trwanie po 20 lat (jak tak długo można pracować w jednym miejscu?!!! Niestety doszedłem do takiego wieku i zakrętu życiowego, że w tej obecnej, świeżej, postaram się wytrwać do końca – mojego, lub firmy). Ale reszta nie ustaje w tym żałosnym wyścigu. Jak sfora wychudzonych kundli, ścigająca się do zjełczałej parówki.

        Trochę tu winne jest rozwalenie systemu społecznego, które nastąpiło jakieś minimum 100 lat temu. Więc błąd polega na tym, że prawie każdy z nas startuje od zera i w wieku już -nastu lat zostaje wystawiony na najcięższą próbę, którą jest wybór stylu (i poziomu) życia. Takie wystrzelenie w kosmos wprost z dzieciństwa, z burzą hormonów i z niedostatecznie ukształtowanym mózgiem na dodatek. Masz coś osiągnąć, ale na dobrą sprawę nie zdajesz sobie sprawy – co? Przed czasami nowoczesnymi (rewolucja techniczna) było to proste: dziecię szlachcica szło drogą szlachecką, mieszczanina i rzemieślnika (tudzież kupca) też swoją odwieczną, tudzież potomek chłopa zostawał na swej ojcowiźnie.

         Dziś nawet ojczyzna nie jest pewna (jakieś 2 miliony emigrantów zarobkowych).

        Dziś jesteś potomkiem niczego i z tego gównianego niczego masz ukręcić złoty bicz. 

        Bo tak nowoczesna tradycja nakazuje.

        Sęk w tym, że miliony myślą podobnie i się robi zator.

        No ale tradycyjnie nie wszyscy wpadają w ten dziki i gęsty nurt i z dwóch brzegów stoją obserwatorzy.

        Nieliczni, ale liczący się.

        Na lewym brzegu posiadacze z dziada pradziada, co ten nurt kontrolują.

        Na prawym stoicy. Starożytni odszczepieńcy.

         Ich jedynym celem jest właśnie Apatheia.

72 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

             Na szczyt K2 ruszyła niedawno polska wyprawa, by go zdobyć zimą. To podobno taka nasza, krajowa specjalizacja, by właśnie wdrapywać się na nie zimą, gdy nikt normalny tego nie robi. Ba! Reklamuje się to w mediach, jako coś niezwykłego! 

             No tak. Głupota zazwyczaj jest niezwykła….

             Zresztą określanie wspinaczki jako zimowa, jest równie niedorzeczne, co nazywanie mieszkańców dolin pomiędzy szczytami: góralami. Formalnie to doliniarze. Klimat cokolwiek jest nieobliczalny i takie zimowe wejście na szczyt równie dobrze może się odbyć w temperaturze pokojowej i przy lekkim zefirku. Poza tym wyczuwam, że gdy ta zgraja himalaistycznych przypałów zdobędzie w końcu jako pierwsza wszystkie ośmiotysięczniki zimą (zostały już chyba ze trzy), to zacznie je ponownie podbijać wiosną, jesienią, porą monsunową, czy co tam w tej strefie geograficznej obowiązuje? Potem, naturalną drogą, przyjdzie ich zdobywanie bez górnej odzieży, skacząc na jednej nodze, z zawiązanymi szczelnie oczami, czy co tam sobie ci imbecyle wymyślą? Podobnie zresztą, jak w Księdze Rekordów Guinnessa, gdzie 2/3 rekordów to wynaturzenia jakichś zakompleksionych pajaców (też w większości Polacy), których jedynym celem jest być w czymś pierwszym, nawet jak reszta ludzkości ma to totalnie w dupie i absolutnie nikt z 7 miliardów jej aktualnych członków nie chce z nimi konkurować.

            Chociaż też możliwe jest, że to nie kompletni idioci, a nieźli cwaniacy, którzy dla pozyskania sponsorów dla swojego – drogiego cokolwiek – hobby, musieli wykombinować coś orginalnego? Bo co to za wyczyn wejść na szczyt jako parę tysięcy któryś tam wspinacz? Na takim na przykład Mount Evereście jest obecnie już taki tłok, jak nad Morskim Okiem w czasie lata! 

             Swoją drogą, żyjemy w czasach trudnych dla odkrywców, gdzie wszystko podobno już zostało odkryte i zdobyte, więc ci z żyłką exploratorską muszą zwyczajnie kombinować. Chociaż mogliby choć trochę się wysilić i znaleźliby dla siebie dość sporą lukę, na przykład na Antarktydzie, gdzie sporo szczytów nie dość, że stoi odłogiem, to jeszcze potencjalny zdobywca mógłby je dowolnie nazwać! Tyle że to by było słabe medialnie…

             W sporcie, już tym wyczynowym, a nawet olimpijskim, też można spotkać podobne paranoje, a największą jest dyscyplina o dziwnej nazwie: "chód sportowy" , gdzie za każdym bie chodziażem musiałby biec (truchtać?) sędzia, bo złamanie zasad tych poronionych "wyścigów" jest równie nieuniknione co sex w pornolach. Oczywiście najwybitniejszym przedstawicielem tych biegospacerów jest Polak…

             Chociaż tacy z brzegu pierwsi lepsi Amerykanie też mają coś absurdalnego, co uznają za sport narodowy i jeszcze po chamsku i bezczelnie zwą to futbolem, mimo że ani to piłka, ani odbijana stopami. W dodatku nikt nie rozumie jej zasad… 

 

 

             PS                    I co to jest za zdobywanie szczytu zimą, gdy czeka się potem na miejscu… na dobrą pogodę!? To jak przystąpienie do głodówki, ale z przerwą na posiłek. Jeśli już się głosi wszem i wobec, że zdobędziemy szczyt zimą, to raczej wymagane są ku temu zimowe warunki. Inaczej to zwykła popierdółka i oszustwo.  

102 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Brzydkie kobiety są złe

Szpetnie gną usta swe

Zgryz mają zwarty

Byt ich niewarty

Minowe pole

Straszą przedszkole…

 

Brzydkie kobiety są wstrętne

Choć chcą, nie mogą być ponętne

Twarze ich ponure

Celulit niszczy skórę

Wrogiem wszyscy

Nienawiść niszczy…

 

Są tłuste i się tego wstydzą

Są stare i tego nienawidzą

 

Niesymetryczne

                          Niesympatyczne

                                                     Nieogarnięte

Po prostu są wstrętne!

 

Kwiat swego żywota

Bezcenna cnota

Niewypełniona

A żądza kona…

 

To skarb ich największy

Co między uda

Pośladki się mieści

Cel licznych batalii

Wypraw straceńczych

Szturmów szaleńczych

Byle się zmieścić!

Lecz nie wy panie

Wstrętne jak sranie

Waszą nadzieją: zboki, perwersi

Sort mężczyzn gorszy

Nie żadni lepsi…

99 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

            Przed świętami internet (polski) oszalał ze śmiechu, widząc występujące z kolędą, czy czymś w tym stylu, niejakie siostry Godlewskie , skądinąd ziomalki z niedalekiego Malborka. No nie oszukujmy się, siostry owe spełniają wszelkie kryteria pozwalające z nich drwić do woli, a branie na poważnie ich występów samo w sobie by było drwiną. Więc mamy na You Tubie dwa pociesznie gibające się plastiki z ustami karpia – co od razu do nich przylgnęło – o umiejętnościach wokalnych z podrzędnego karaoke. No żeby to jeszcze robiły z dystansem, to by nie było problemu (i ogólnokrajowego rechotu), ale bardziej to wygląda na jakże modne ostatnimi laty wybicie się za wszelką cenę i bez względu na umiejętności. Tylko czekać aż wystąpią owe panie na jakimś kolejnym teleturnieju z kategorii "Mam Talent", z wielkimi ambicjami zrobienia kariery.

          No kompletny brak pokory i samokrytycyzmu!

          Tyle że już się wybiły. Podobnie jak niejaka Sexmasterka (?!) z jakże makabrycznym utworem: "Poka Sowę". Ba! Nawet wystąpiły w TVN, gdzie zarzekały się, że nie zwracają uwagi na zalewający je (acz bolesny) hejt (?!) i dalej będą robiły swoje.

          No, patrząc w komentarzach, prawdziwego, prymitywnego hejtu widziałem niewiele, a w większości bardziej jakże zasłużoną bekę. W ogóle nad tym prawdziwym hejtem przeprowadzono już badania naukowo/statystyczne i wychodzi nie dość, że jest go coraz mniej, to i tak zawsze i na wszystko trafi się jakiś zakomplexiony prymityw, dla którego niekonstruktywne (i najczęściej nielogiczne) zbluzganie czegokolwiek jest jego idee fixe. Tyle że jest to równie nieliczne, co prawdziwe czuby w realnym życiu. Sęk w tym, że jest to bardzo widoczne i na 100 normalnych wpisów, 1 prawdziwy hejt i tak będzie kłuł w oczy. ale nie da się tego uniknąć, podobnie jak upośledzonych psychicznie w rzeczywistości – prędzej czy później się na jakiegoś natkniemy. Jedynym wyjściem jest wtedy pozbycie się natręta – analogicznie w necie, zignorowanie hejtera.

          Nie byłoby problemu z niedorobionymi artystkami, ale owo hasło "Hejt" i "mowa nienawiści" robi ostatnio zawrotną karierę w mediach mainstreamowych, co już powoli wyklucza jakąkolwiek krytykę! Mianowicie każdą niepochlebną opinię można tak zakwalifikować… i tak się dzieje! Niektórzy doszli w tym do perfekcji i oczekują tylko pochwał i samych superlatyw, a narzekaczy, czy zwracających choćby delkatnie uwagę na błędy (w końcu nikt nie jest nieomylny) klasyfikują od razu jako niedorobionych gnomów i trolli.

           Jak choćby Jurek Owsiak ze swoim WOŚP. No nie mogłem o nim nie wspomnieć, jako że za tydzień ma znowu finał tego swojego cyrku. I wygląda na to, że ostatni, bo przez swoje ośle zaparcie i totalną już arogancję podpadł chyba wszystkim sensownie zdającym sobie sprawę z tego, że coś tu nie kaman. Poniżej wklejam jakże celny, chłodny i analityczny artykuł o tym co to jest*

            Sęk w tym, że społeczność internetowa to nie jakieś stado bezmyślnych pożeraczy wieści z TV (z korzeniami w PRL – jak już wcześniej pisałem), a bardziej ogarnięta grupa wychwytująca w mig wszelkie niedociągnięcia i bezlitośnie je krytykująca, lub wyśmiewająca. Bo mogą. Bo tak na to pozwala (jeszcze) ten internacjonalny Hyde Park. I w myśl starego, żydowskiego powiedzenia: "Gdy wiele osób mówi ci, że masz problem, to znaczy że go naprawdę masz." , krytykowany powinien się nad tym zastanowić przynajmniej. Tyle że krytykowani najczęściej przechodzą w stan kompletnego zamurowania, bo co im tam ten anonimowy plebs będzie życie układał!

            I wtedy robi się naprawdę śmiesznie, i żałośnie, i straszno nawet, jak mawiają ci ze wschodu…

 

 

 

 

 

 

 

"Naiwnie ulegałem temu jazgotliwemu, costyczniowemu szantażowi moralnemu przez blisko dwie dekady, ciągnąc na to dzieci i namawiając innych. Aż zdałem sobie sprawę, że bynajmniej nie spontaniczne zaangażowanie służb publicznych (policja, straż, wojsko, placówki służby zdrowia, telewizja publiczna we wszystkich centralnych i lokalnych ośrodkach, szkoły, urzędy, firmy państwowe itd. ) – do promocji czegoś, co przynieść może nawet nie pół procenta wydatków NFZ na zdrowie Polaków i co utrudnia dziś często racjonalne zakupy w wielu szpitalach – jest kilka razy większe niż największy nawet pożytek z tej akcji.

Ale chyba nawet nieracjonalność ostentacyjnej pompy towarzyszącej WOŚP nie jest w tym najgorsza. Najgorsze jest to surrealistyczne, ogłupiające poczucie wyższości tych, którzy "dali", głęboko wierząc, że zbawili tym pół Polski (znam nawet takich, którzy poza WOŚP nie wspomagają żadnej innej akcji dobroczynnej przez cały rok), gdy tymczasem do każdej ich złotówki wrzuconej do puszki państwo latami dokładało po kilka złotych, tylko po to, żeby o tej akcji nadal głośno było.

To nie ma nic wspólnego z charytatywnością, to marnotrawienie wielu zasobów, aby otrzymać tak niewiele, ale w zamian pielęgnować kult świeckiego świętego i jego kiedyś szczytnej, choć dawno wypaczonej idei, która tylko pozornie pobudza obywatelskie instynkty, faktycznie kanalizując je zgodnie z życzeniem promotorów.

Niechże Owsiak udowadnia dalszą sensowność tej akcji bez angażowania państwa, jak radzić sobie musi tysiące innych przedsięwzięć, o wiele racjonalniejszych ekonomicznie i znacznie lepiej, bo prawdziwie oddolnie kreujących niezależne postawy obywatelskie."

115 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Po ćwierćwieczu od nastania nowego systemu i, coby nie mówić, wstrzeleniu się w końcu na wyższy poziom ekonomiczny (do nie zniszczonego ruską okupacją i systemem sovieckim zachodu, oczywiście wciąż nam jednak sporo brakuje), należałoby się spodziewać także awansu cywilizacyjnego społeczeństwa, co powinno się objawiać postawami obywatelskimi, większą integracją środowisk lokalnych, a także większą aktywnością filantropijną. Jednak niezbyt to jeszcze jest widoczne.

Owszem, są miejscowości, osiedla, kamienice, bloki, a nawet klatki schodowe, gdzie mieszkańcy są zorganizowani, potrafią się razem integrować, bawić i działać razem w swoim wspólnym interesie – tudzież pomagać potrzebującym ze swojego otoczenia, bo ślepy los nie wybiera i KAŻDY kiedyś, niespodziewanie, może potrzebować pomocy. Wiele w takich akcjach pomaga obecność jakiejś wyrazistej osobowości, lidera, a jak Bóg da, to autorytetu nawet!

Niestety nie jest to powszechne.

A niestety, żeby stać się społeczeństwem na najwyższym stopniu rozwoju (te ciągłe ściganie zachodu), takie zachowania są wprost niezbędne!

I niestety wciąż tu dominuje mentalność postsoviecka i wariacko-kapitalistyczna, gdzie każdy ciągnie do siebie, nie ogladając się na innych, a każdy powodowany innymi pobudkami.

Więc dla większości starych ludzi świat kończy się na drzwiach (lub furtce) ich własnego obejścia. Dalej to może być nawet potop!

Podam przykład swojej okolicy (czteropiętrowe bloki z późnego PRL), gdzie objawiło mi się niedawno, że w sporych mieszkaniach przebywają w większości postPeeReLowskie zombie i młodzi, przećpani najemcy, którym ogólnie wszystko wisi.

Starzy, to ofiary transformacji ustrojowej, którzy tyrali, by przeżyć i dorobić. Tyle, że po drodze gdzieś się pogubili. Integracja zeszła na plan dalszy, bo priorytetem było: przetrwać, się nachapać, zapewnić przyszłość swoim potomkom (mnie ten ostatni punkt niestety nigdy nie dotyczył). Taka odmiana wyścigu szczurów. Dziś ta zgraja dziadów i bab borowych (często z zacną emeryturą, na której wydanie nie mają ŻADNEGO pomysłu!) żyje w kompletnym oderwaniu od obecnej rzeczywistości – bo ta ich niezauważalnie wyprzedziła i znikła gdzieś za horyzontem. Rzadko opuszczają swoje bezpieczne siedliska (głównie po zakupy i do przychodni), żyją w totalnej nieufności (a i tak ich skroi ktoś sprytny i wygadany), a dzieci i wnuki, które wspomogli (wspomagają) kasą i słoikami, wpadają kurtuazyjnie od święta, by czynić szopkę pełną miłości i po zakończeniu przedstawienia (tudzież odebraniu gotówki i wspomnianych słoików) spierdalać co koń mechaniczny wyskoczy do swojego świata.

A starzy zostają z demencją i pilotem do televizora (jedyny sprzęt elektrotechniczny, który w miarę sprawnie obsługują) by zatopić się w bełkocie Radia Trwam i TVN 24…

Z czasem przestają się w ogóle ruszać i umierają. Bo kto przestaje się ruszać, ten umiera.

Pustostany po nich przejmują wnuczki, lub idą pod wynajem i też są traktowane jako przejściowy barak, gdzie otoczenie jest nieistotne, bo każdy młody marzy, by zamieszkać w jakiejś aglomeracji (a najlepiej w warszafce). Jak już wcześniej wspominałem: taka kredytowa karuzela bez końca, gdzie każde pisklę gdzieś spieprza, gdzie nie ma korzeni i przywiązania, bo trzeba być na swoim (?), które to swoje i tak przepadnie, bo następcy podążą gdzie indziej. Nowa fala owych pisklaków, alkoholizm swoich dziadów i ojców zamieniła na chemiczne używki. Ich xiężniczki i herosi są wychowywani w kompletnym oderwaniu od uczuć wyższych , bo najważniejszy jest człowiek sobie sam! Egoizm trwa i w tych nowych blokach, w nowoczesnych, strzeżonych dzielnicach (jakże podobnych do więzień?), gdzie ci oderwańcy pozostaną odrębni do bólu i skupieni w 100% na jakże chwytnym haśle: "Kariera i pieniądz!".

Jakby nic więcej nie istniało, a ta żałosna i ulotna kariera, tudzież niewielki w porównaniu z gigantami pieniądz miał jakiekolwiek znaczenie?

A ich dzieci to i tak będą beznamiętne ułomki – tyle że ze społecznego awansu… 

Więc może czas w końcu trochę przysiąść i skończyć z dorobkiewiczostwem? Koninktura gospodarcza temu sprzyja. a tych starych zombiaków pooddawać do przytułków chociażby, gdzie ktoś by się nimi zaopiekował i pokazał nowy świat?

 

139 odsłon(a), dzisiaj nie było odsłon

Tak w te święta, w których czas wszyscy zjeżdżają w kąt rodzinny, trochę mnie naszło spostrzeżenie związane z ową mobilnością i demografią.

A więc normą obecnie jest, że dziecko, dwójka – trójka to już przesada i łapie się lekko pod patologię (matka już wtedy za choooja nie może pracować, ale te słynne 500+ coś poprawia w tej kwestii), no więc ta skromna jak na dawniejsze czasy czereda traktuje swój dom rodzinny jak pas startowy… i po osiągnięciu dojrzałości i odpowiednim wybiciu z progu frunie sobie w siną dal.

Czyli to co robili ich rodzice – kredyty, zapieprz ponad normę i ponadnormatywna spina – traci sens po osiągnięciu przez ich potomków wieku dojrzałego. Ten tak ciężko spłacany dom staje się pusty, a dzieciarnia zaczyna robić dokładnie to samo i… bez sensu! A rodzice powoli starzeją się w pustej (wciąż spłacanej) chacie i po osiągnięciu stanu demencji na ogół kończą w jakichś hospicjach. Taki niekończący się taniec ze śmiercią (i ratami kredytu do grobowej deski).

Na razie, na powrót ze świąt dostają słoiki od starych i ze swej na ten przykład podlaskiej ojcowizny wracają do swego warszawskiego korpo, by robić dokładnie to samo, tylko w innej scenografii.

Jakby postęp wymagał wyrwania korzeni?

Więc przynajmniej do II WŚ tak nie było. Przede wszystkim posiadanie poniżej trójki dzieci było traktowane jak patologia, a jedynaków wręcz wytykało się palcami! Z tej gromady dzieciarni (przynajmniej czwórka) jedno musiało przejąć schedę – reszta mogła fruwać. Dziecic przejmował dworek, rolnik ziemię, rzemieślnik warsztat, itp. Ojcowizna była świętością, a ziemia rodzinnym skarbem, a tym co nie łapali się na dziedzictwo, albo odczuwali potrzebę fruwania po świecie (lub mieli talent do nauki) odpalało się odpowiednią dolę… i wszystko w miarę sprawnie funkcjonowało!

Dużo zmieniła właśnie ta II Wojenka (Światowa żeby nie było). Przetasowanie ludnościowe w tej naszej zakorzenionej od tysiącleci krainie przekroczyło wszelkie normy i wykroczyło właściwie poza granice rozumu! Przynajmniej 1/3 mieszkańców Polski ma poobcinane korzenie! 

I dalej, masochistycznie je sobie wycina! Nie ma już społeczności, siedlisk, dziedzictwa. Jest grzybnia. Co pokolenie wyrasta jakieś domostwo (ciężko spłacane), które zamienia się w zmurszałą purchawkę, umierającą po wydaniu nasion. Nikt nie chce wracać do miejsca, w którym się wychował, każdy gdzieś pędzi – byle dalej. Znaczy jest grupa ludzi, która zostaje, ale powszechnie uznaje się ich (niejednokrotnie całkiem słusznie!) za degeneratów.

Jakby obecność w jednym miejscu paliła ich w stopy?

Rozumiem jednak – uciec z blokowiska, wieżowców (fuj! ze slamsów trzeba spierdalać, to naturalne), ale zostawiać na przykład hektary ziemii, bo w korpo lepiej? Dom na wsi, po to by za ciężką harówę wybudować się za miastem?

No coś tu nie kaman!

 

112 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Kategorie

Użytkownicy na stronie

Aktualnie online: 1

Stronę odwiedziło

000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 23.20.165.182

Kontakt

Your name
Your email
Enter your message
Enter below security code