Karol Marx był pewien, że kapitalizm to system, który konsekwentnie dąży do autodestrukcji.

          No przyłożył do tego swoje łapska – albowiem jego idee, w morzu krwi, próbowano wprowadzić w życie.

          Spowodowało to powstanie obecnie panującego układu. Dziwnego, globalnego połączenia socjalizmu z kapitalizmem (globalizację też zresztą ten brodaty, leniwy obdartus przewidział).

          Ale kapitalizm sam z siebie, w jednej kwestii, przeobraził się… no nie w idealny komunizm (bo taki nie jest możliwy – jak to z utopią bywa), ale w jedną z jego dość specyficznych odmian.

          Mianowicie w korporacje.

          Coby nie mówić, światem dzisiejszym (tym ekonomicznym) rządzą właśnie one. Korporacje to dziwne, ponadnarodowe twory, niepodlegające państwowym regulacjom – albowiem państwo dla zarządu korporacji nie ma znaczenia: każdy z zarządców jest skąd inąd. Ich to wręcz śmieszy! Korporacji nie obowiązuje takie oddolne przywiązanie do miejsca: ich miejscem jest świat, a celem pieniądz. To piramidalne konstrukcje, na których szczycie stoją nieliczni, bogaci niewyobrażalnie członkowie zarządu, bajecznie opłacani dyrektorzy i setki tysięcy rozsianych po całym świecie wyrobników, którym w ramach wynagrodzenia wypłaca się kwoty wystarczające jedynie na biologiczne przetrwanie. Paradoxem i ironią graniczącą o sarkazm jest fakt, że to owi wyrobnicy są regularnie krojeni z podatków na utrzymanie państwa, ponieważ ta międzynarodowa (internacjonalna) pajęczyna unika opłat w obcych im tworach państwowych na wszelkie możliwe sposoby!

         Tak to wygląda globalnie.

         Ale jak to absurdalnie i komunistycznie działa, jest odczuwalne właśnie na samym dole tej piramidki, czyli w blaszanych zakładach wytwórczych. Podejrzewam, że w Polsce jest to szczególnie widocznie, ze względu na pozostałość po PRLu i następującym po nim nagle wystrzale w dziki kapitalizm (a raczej wyścig szczurów) – czyli  nepotycznym systemie pracy i jakimś bezsensownym parciu ku mglistemu sukcesowi: to znaczy wypłacie wystarczającej na normalne życie. To tak w skrócie.

         Więc z samego dołu tej piramidki:

         Czymś bezużytecznym (acz niezbędnym) są rzesze manualnych, słabo wyszkolonych składaczy czegokolwiek, których niejako pod właśnie państwowym przymusem zatrudnia się na byle umowę, za minimalną płacę (i tak za dużą w oczach zarządców). To dół, fundament owej konstrukcji. Owi monterzy nie mają głosu, praw, a jeszcze niedawno byli łatwi do zastąpienia, więc kręcili te swoje śrubki w ciszy i pokorze. Zresztą i nawet teraz ludzie bez kwalifikacji mają przerąbane.

         Nad nimi stoją tak często przeze mnie opisywani kapo, czyli majstrowie, kierownicy, nadzorcy ogólnie (dostający po trzykroć hajsu, co ich podwładni). System doskonale sprawdzony podczas II WŚ w KL.

         Ale potem zaczyna się drugie piętro tej piramidki - biura.

         Czyli towarzystwo kompletnie oderwane od rzeczywistości hali produkcyjnej, wypełniające polecena z góry (owego zarządu, poprzez dyrektora firmy).

         Zarząd mający pod swoimi rządami setki fabryk, nie bardzo interesuje się działaniem pojedyńczych firm. Ich interesuje produkt finalny. Ogólny. A ten praktycznie zawsze wychodzi na plus.

         Więc już na drugim piętrze budynku zaczyna się paranoja (jak ktoś kiedyś umieści biura poniżej hal, to będzie oznaką zmian). W polskich warunkach urzędują tam na ogół gamonie po bylejakich uczelniach, wkręceni poprzez innych gamoni. Trzymają się swych siedzisk uparcie i kurczliwie, albowiem to ich życie.

          Dosłownie!

          Takie zwykłe biuro, zwykłej wytwórni, po latach zmienia się w zmieloną melasę, jeden organizm, który myśli tak samo, robi to samo, żyje tak samo, itd…

          Taka sztuczna inteligencja żyjąca w oderwaniu od wszystkiego, coś jak grzybnia.

           Pod spodem są ludzie myślący, obserwujący działanie tego systemu. Ba! Oni chcą to zmienić na lepsze! Ale dla grzybni nie ma to znaczenia. Oni są ponad to. Oni wypełniają polecenia korpo. Bilans i tak będzie na plus. Ich błędy (idące nieraz w setki tysięcy) pójdą w koszta tych z dołu (poobcinane same setki). Im korpo wybaczy. Bo korpo tak ma. Bo korpo tak działa i to o dziwo jeszcze się trzyma kupy!

           Tam naprawdę trzeba zapaści owych setek fabryk, by coś przestawić, ale i tak największy rozpiździaj robią spece od obrotu kapitałem (maklerzy), którzy to wszystko ustawiają na najwyższym szczeblu (pieniężnym).

            Oni nawet nie wiedzą co czynią!

             A to wszystko, o dziwo ciągle działa!

             Że zacytuję: "Marks twierdził zaś, że ze sprzeczności pomiędzy właścicielami kapitału, a jego wytwórcami wynika zjawisko nadprodukcji. Chciwi większych zysków kapitaliści produkują coraz więcej, jednocześnie ograniczając płacę robotników. W efekcie robotników nie stać na zakup produkowanych przez siebie towarów. Wyjściem z sytuacji staje się walka o nowe rynki zbytu. Gdy te rynki się jednak skończą, a także wyczerpią się możliwości respirowania popytu na rynkach wewnętrznych, kapitalizm upadnie."

    

       Najśmieszniejsze, że na tych u linii żyłuje się i oszczędza do fizycznego oporu! Śrubuje się im normy, wylicza co do sekundy czas przerw, itp. Wszystko po to, by zaoszczędzić każdą złotówkę, każdy grosz… a potem jakiś handlowiec, planista, czy inny czop z owego biura daje po całości dupy i straty idą w setki tysięcy, a nawet miliony (straceni klienci)! I nikt tam za to nie ponosi konsekwencji!!! Oni się wytłumaczą praktycznie ze wszystkiego. Tak jest naprawdę, bo to widziałem już przynajmniej trzykrotnie (w tym jedna firma przez to całkowicie padła!).

         Paranoja totalna!

 

 

        "Kapitał jest pracą umarłą, która jak wampir ożywia się tylko wtedy, gdy wysysa żywą pracę." 

         Dziś, już na sucho, ponownie zaczyna się go doceniać. Był cokolwiek błyskotliwy, ale nieudolna i nieprzemyślana próba wprowadzenia jego idei w zycie skończyła się horrorem. No cóż. Ciężka jest dola filozofa…

        "Formuły, które na pierwszy rzut oka zdradzają, że właściwe są takiej formacji społecznej, w której jeszcze proces produkcji rządzi ludźmi, a nie człowiek procesem produkcji, wydaję się jej burżuazyjnej świadomości koniecznością równie naturalną i oczywistą jak sama praca produkcyjna. Dlatego też burżuazyjna ekonomia polityczna traktuje przedburżuazyjne formy społecznego organizmu produkcyjnego mniej więcej tak samo jak Ojcowie Kościoła traktują religie przedchrześcijańskie."

        

        

44 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 54.196.26.1
Kontakt
Your name
Your email
Enter your message
Enter below security code