Jednym z wielu polskich absurdów jest funkcjonowanie "tak zwanych" związków zawodowych. Są "tak zwane", ponieważ z prawdziwą ideą ochrony pracowników mają niewiele wspólnego, a właściwie nic!

Otóż pierwszą i największą ich wadą jest to, że z założenia są zakładowe, więc trzeba je bezpośrednio organizować… w firmie!

Wyjaśnię pokrótce: w latach 80 reaktywowano tą instytucję (słynna "Solidarność"), która od samego początku służyła celom politycznym (obalenie komuny), a interes robotnika, dla którego oficjalnie ten związek powołano, nie miał znaczenia, bo robotnik zwyczajny miał na wszystko wywalone i (paradoxalnie!) jego interes był lepiej chroniony przez ówczesne (komunistyczne oficjalnie) państwo, niż obecnie! 

Zresztą system funkcjonowania ówczesnych przedsiębiorstw był tak oderwany od rzeczywistości, że można było sobie na takie zachowania pozwolić (właściwie wtedy można było sobie pozwolić na wszystko w kwestii olewania roboty).

No ale system padł, popadały firmy, pozakładano nowe – poinstalowane przez żądnych szmalu krwiopijców,  a w zasadzie funkcjonowania owych związków nic się nie zmieniło.

Czyli: można było (czysto teoretycznie) zainstalować taki związek u siebie, tyle że kończyło się to natychmiastowym wykopem i wilczym biletem w okolicy. W większych, zachodnich zasadniczo montrażowniach, nie wypadało nie mieć związku w zanadrzu, więc istniały (i istnieją tam do dzisiaj) na zasadzie przydupasów zarządu, którzy organizują ściśle reglamentowaną ściemę pod wytyczne góry.

Dół z tego cały czas nic nie ma.

No ale związki cały czas mają się dobrze, jest ich wiele i jest o nich głośno!

Należy zadać sobie podstawowe pytanie: gdzie?

Odpowiedź: w budżetówce.

Czyli tam, gdzie walka o prawa pracownika jest najmniej potrzebna!

Górnicy, hutnicy, policjanci, nauczyciele, cokolwiek utrzymywanego za NASZE  pieniądze co i rusz robią zadymę. Ogólnie chuuuja z tego mają (oprócz górników – bo ci najbardziej bojowi i bezwzględni), ale ten ruch pseudozwiązkowy zajmuje przestrzeń medialną i robi wrażenie pierwszej linii bojowej…

…no nie zwykłego pracownika niestety!

Bo ten szary Kowalski w Pcimiu Dolnym, w firmie zatrudniającej 10 osób ma gówno do gadania i gówno może – tam sobie nie może pozwolić na związki. Nawet w tych montażowniach też może gówno – jak już wspomniałem, tam związki są w kieszeni zarządu i spełniają czysto teoretyczną rolę.

Więc, czy można?

 Ależ owszem!

Pomysłodawcy owej instytucji, czyli USA już dawno wypracowało sobie idealną formę działania:

Tam Związek jest ogólnokrajowy i niezależny od jakiejkolwiek firmy, co znacząco zmienia postać rzeczy. Tam może działać naprawdę niezależnie. Tu nie. Wszystko w tym zmieniającym się kraju robiono na kształt i podobieństwo USA… oprócz tego!

Tam znając swoją wartość, podejmując się zatrudnienia, wpisujesz się do związku, wpłacasz składki… i dalej on cię ochroni swymi skrzydełkami!

Naprawdę to tam działa!

Nawet jako jedyny zatrudniony na kompletnym zadupiu, w dupie firmie, TO ONI mają nóż na gardle i muszą się dogadywać przynajmniej, z pracownikiem, bo wiedzą że za nim stoi cała armia fachowców, która w każdej chwili może ich wetrzeć w ziemię (ach te amerykańskie prawo!).

I się do tego stosują.

Proste?

Jak zwykle nie w Polsce…

140 odsłon(a), 1 odsłon(a) dziś

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 54.81.244.248
Kontakt
Your name
Your email
Enter your message
Enter below security code