Miesięczne archiwum: Czerwiec 2021

         Wkroczyliśmy juz w trzecią dekadę trzeciego tysiąclecia. PRL jest coraz bardziej mglistym wspomnieniem, a dla drugiego, rosnącego bez niego pokolenia, jest wręcz czymś niepojętym! Tym bardziej, że w szkołach o nim nie uczą – co paradoksalnie jest jedną z jego pozostałości. Tak, system nauczania pozostaje niezmienny od lat 50 XX wieku i jest nastawiony na sprawianie uczącym jak najmniejszych wysiłków, a nauczanym wdrażanie jak największego oportunizmu. Tak, dzięki temu już od pierwszej klasy jesteśmy wychowywani na potulne dziewczynki, odporne na samodzielne myślenie i upokarzanie, za to pokornie chłonące jakąkolwiek "wiedzę" od tych z góry i uniżenie wypełniające polecenia swoich nadzorców.

         Dlatego jest, jak jest. W porównaniu z cywilizowanym światem, polski poziom buntu jest praktycznie równy zeru. PRL i prawie 50 lat dominacji sovieckiej uczyniło z nas ludzi wschodu. Cichych, pokornych i bezdyskusyjnie podległych hierarchii.

         Staliśmy się dziewczynkami z pierwszej ławki, nastawionymi tylko i wyłącznie na zdobycie świadectwa z czerwonym paskiem.

         Reszta otoczenia jest nieistotna!

         Liczy się tylko cel pod nazwą: wegetacja. Liczy się tylko wypłata (maximum 1/4 w porównaniu do dowolnego kraju w starej UE) i nadgodziny pozwalające przeżyć (najdłuższy czas pracy w całej UE). W Polsce są też najszersze widełki płacowe, czego nasze wołki robocze z samego dołu jakby nie zauważają, a pomaga im tego nie widzieć tajemnica dotycząca zarobków (kompletne juz kuriozum światowe!). A widełki owe są ciekawostką samą w sobie (też na skalę co najmniej europejską): w miarę wzrostu stanowiska, wypłata rośnie w ciągu geometrycznym! Stąd też słuszny strach zarządców przed ujawnieniem tych niesprawiedliwych cokolwiek dysproporcji.

         Związki zawodowe są kpiną pasożytującą tylko w budżetówce, rady pracownicze to zazwyczaj klakierzy zarządu bez wpływu na cokolwiek.

         I tak od 30 lat.

         Tyle że ostatnio coś się zmieniło. Z rynku pracodawcy i 30% bezrobocia, w krótkim czasie kraj nasz stał się (teoretycznie) rynkiem pracownika, ze śladowym bezrobociem (mimo plandemii!). Dodatkowo na rynek pracy weszło pokolenie millenialsów, świadome sytuacji i mające wywalone w coś, co było normą w latach dziewięćdziesiątych: zapieprz za michę kartofli, bo nie ma innych opcji. Ale mentalność pracodawców nie zmieniła się ani na milimetr!

         Ciągle panuje hierarchiczne (wschodnie) podejście do pracowników. Każde wyższe stanowisko jest traktowane jako dar od losu i pilnowane jak buda przez burka! Każde polecenie z góry jest bezdyskusyjnie i natychmiastowo przekazywane w dół drabinki zawodowej. Chociażby było najbardziej bezsensowne. Oszczędności, co naturalne, też są wymuszane na tych z samego dołu. Brzmi paranoicznie, ale niestety wciąż się to dzieje. Nie istnieje racjonalne zarządzanie, a tylko wymuszanie. Ale co się dziwić: Polska to wciąż kraj zagranicznych montowni, gdzie innowacje są niepotrzebne, a liczy się tylko wypełnianie norm. Pomysłowość, samodzielność, usprawnienia – to wszystko jest zbędne! Kreatywni pracownicy to kłopot zagrażający wykonaniu planu. Zbędne ryzyko. Ryzyko w polskich montowniach jest absolutnie wykluczone.

          Więc te nasze strefy ekonomiczne są wypełnione potulnymi biorobocikami, popędzanymi do manualnej pracy (normy kurwa!) przez roztrzęsionych o swoje stanowiska kapo. Kapo jest nietykalny, nawet jak ma potężne problemy z psychiką. Kapo trzeba się przypodobać za wszelką cenę – bo inaczej wywali z roboty (?!). Biorobociki są szczęśliwe, bo w końcu dostają tą swoją upragnioną miskę kapusty z cebulą. Wolny czas im niepotrzebny.

          Im wystarcza wegetacja.

          Ale z taką mentalnością jeszcze długo będziemy w ciemnej dupie.

          Nie żal mi tych ciężko zasuwających podludzi, ale na obecnej sytuacji cierpią tacy jak ja: ludzie zachodu, którzy pracują po to, by żyć, a nie żyją po to, żeby pracować.

153 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

       W terapii leczenia alkoholizmu występuje takie własnie określenie (bez tego vege oczywiście). Oznacza ono u niepijącego już przez jakiś czas stan, który teoretycznie nie powinien wystąpić, a jest normą u świeżych abstynentów. Ano mianowicie takie właśnie poranne, podłe odczucie, jakby wczoraj nastąpił niezły melanż, mimo że nic takiego nie miało miejsca, a na liczniku nieustannie, od paru tygodni zero promila.

       Drugim takim symptomem odstawienia jest dość upierdliwa chęć posiadania w ręku jakiegoś pojemnika z napojem (w domyśle – zastępczy alkohol).

       No a w dzisiejszym, sobotnim i porannym Radiu Gdańsk, wyjechał właśnie temat wołowiny versji vege, którą w końcu skonstruowano (oczywiście w USA) z buraków i nieodłącznej soi i która to pseudowołowina w smaku się ponoć nie różni od normalnej? W cenie jeszcze i owszem.

       Tylko na choooj to?!

       Vegetarianie w większości swej są odbierani przeze mnie jako hipokryci, którzy jak to ci alkoholicy chcą odejść od mięsa, ale to mięso nie chce odejść od nich.

       Więc żeby samych siebie oszukać i uspokoić to dręczące ich mięsko, powymyślali sobie tematy zastępcze w postaci: roślinnych "parówek", sojowych "kotlecików", buraczanej "wołowiny", itp, itd.

       Tak jakby chcieli, a nie mogli, no ale wszystkim wokoło będą wciskać, że to oni to tylko roślinożercy! A wszyscy inni, to nędzni barbarzyńcy pochłaniajacy krwawe białko!

       No może na razie jeszcze nie są tacy bezwzględni w ocenach – bo jeszcze jest ich za mało, ale jak się rozkręcą i dostaną zastrzyk pieniędzy, to może się skończyć psychoterrorem, jak w przypadku szalejącego już teraz LGBTqwerty.

       Co nie zmienia faktu, że są z gruntu fałszywi, bo gdyby byli skupieni na samym vege, to wcinaliby prawilnie same rośliny, nie myśląc o zastępczej garmażerce.

       A tak zawracają nam dupę swoimi niestrawnymi i rażącymi kubki smakowe wynalazkami! Sam kiedyś w hipermarkecie, przez pomyłkę, kupiłem jakieś bezmięsne salami. Musiałem to wyrzucić.

       Ale absolutnym mistrzem był młody koleś występujacy w tym radioreportażu, którego do vegetarianizmu skłonił film na Netflixie, gdzie ujrzał, jak się robi mięsko od podstaw: od samego ubicia zwierzaka.

       Młodziak wpadł w szok, bo pewnie wczesniej był święcie przekonany, że mięso jest ze sklepu, ewentualnie jakimś cudem samo pojawia się w lodówce?

       Tylko jego mamusia coś podejrzanie często się tam kręci…

       Takie więc oto mamy czasy: idiotów, hipokrytów i terrorystów nowej fali, którzy każdy problem po prostu wypierają i zagłuszają.

       Nie ma już nadziei dla europejskiej cywilizacji…

       Zginiemy przytłoczeni pseudotęczowymi flagami, otruci pseudomięsem, przez pseudoświętych…

 

93 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 3.238.132.225