Jakiś czas temu głośno było o lokalach nocnych, pod intrygującą nazwą: "Cocomo" , umiejscowionych w centrach miast większych i turystycznych, do których zaganiały klientów panienki z różowymi parasolkami. Tam ich odurzały gwałtowymi tabletkami i czyściły konta do zera.

      Wybuchła afera, firma przestała istnieć… ale kluby i zaganiaczki zostały! Tyle że teraz z zielonymi parasolkami (lub nawet bez – konkurencja). Jako że jestem człowiekiem praktycznym i nie opływającym w fortunę, więc omijałem owe kurwidołki z daleka, woląc jasne i proste zasady w zwykłych lupanarach. No ale gdy zebrało się czterech zacnych kawalerów (w tym jeden na finiszu), to będąc na Starym Mieście, chcąc nie chcąc wpadliśmy w piwnicę rozpusty (właściwie to wyglądało jak przedpokój piekła dla zasłużonych!). I tu pierwsza różnica między kurwidołkami: jak na taki klub przystało, atmosfera kipiała erotyzmem, gibającymi się na rurach laskami wyglądu co najmniej nieprzyzwoitego i równie nieprzyzwoicie domagającymi się drinków za kosmiczną cenę. W podniecaniu, nawijaniu makaronu na uszy i wyłudzaniu owych drinów, panienki osiągnęły wręcz cygańskie mistrzostwo!

      No ale cóż – raz można zaryzykować!

      Gorzej, gdy już odpowiednio podjarany, zostałem zaprowadzony do małej klitki na indywidualny występ… który dość szybko się skończył i pojawiła się kelnerka z terminalem (też sexi erotyczna). Za full opcję w przedziale czasowym: 5, 10, 15 minut (!), zasunęła taką cenę, że prawie nie zsunąłem się ze skórzanego fotela! W dodatku w takiej klitce!!! W tak krótkim czasie niemożliwe jest: otwarcie bram remizy, rozwinięcie węży i rozpoczęcie akcji gaśniczej! Facet też potrzebuje czasu i gry wstępnej!

      Kategorycznie więc podziękowałem, pozbierałem ekipę i wpadliśmy do szot baru na ulicy, nomen omen, Piwnej. Takie konkretne miejsca, z konkretnymi napojami lubię! Żadnego żarcia, kaw, piw, ciasteczek, itp! 

      Tylko chlanie.

      W następnym barze kawaler na finiszu musiał być pojony już niejako na siłę (bo to ostatni raz).

      Gorzej, gdy przyszło go odprowadzić (jakoś tak naturalnie postanowiliśmy się rozjechać busami). Zaliczyłem parę okrążeń nie swoją linią, zakończonych desantem na chodniku (do dziś mam fioletowe kolano i zszargane betonem czoło). Kolega jakimś cudem dopłynął do domu i legł od razu za jego progiem, malując parkiet na kolorowo swoimi wydzielinami… Reszta z tego co wiem, przeżyła ten bój. Było zacnie, a i portfel utrzymany!

1,406 odsłon(a), 2 odsłon(a) dziś

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Kategorie
Użytkownicy na stronie
Aktualnie online: 1
Stronę odwiedziło
000000
Dzisiaj :
Wczoraj :
W tym miesiącu :
Obecnie online :
Twoje IP: 18.204.2.231
Kontakt
Your name
Your email
Enter your message
Enter below security code